Dziewczyny, eks chce żebym się podzieliła z nim zwrotem podatku,
wynikającym z ulgi na dziecko. Średnio mi się to uśmiecha, chociaż
fakt pozostaje faktem, że przez częśc poprzedniego roku podatkowego
mieszkaliśmy razem.
Moje argumenty:
1. On pracuje w budżetówce, pobiera na dziecko różne dodatki, które
przewyższają całą ulgę, nigdy z tych pieniędzy dziecko nie
skorzystało, może niech się też w takim razie z nami podzieli.
jego kontrargument: to są pieniądze, które pracodawca oferuje
wyłącznie jemu, a ulga przysługuje nam obojgu.
2. Za te pieniądze synek pojedzie na wakacje.
kontrargument: dziecko nie musi jeździc na wakacje, on w jego wieku
nigdzie nie jeździł i też dobrze się miewa.
3. Załóżmy dziecku konto oszczędnościowe i tam wpłacajmy tego typu
ekstra pieniądze.
kontrargument: nie, bo ja to na pewno wydam bez sensu na jakieś
głupie wakacje i w ogóle, on nie będzie odkładał, jak jemu pieniądze
są teraz potrzebne na różne rzeczy dla dziecka (nie wiem na jakie
rzeczy, bo dziecko praktycznie cały czas jest ze mną, ale nie ważne)
4. Daje nam małe alimenty (250 zł, jak mu się łaskawie przypomni na
koniec miesiąca - to nawet nie jest pół czesnego za żłobek), jak mi
podpadnie, to pójdę do sądu i na pewno dostanę większe.
kontrargument: "ale czemu ty chcesz ze mną walczyc?! I wcale nie
dostaniesz większych, bo ja mam kredyty, sratatata i sąd to na pewno
uzna."
Dziewczyny, jak się od tego wykręcic? macie jakiś pomysł?

Prawnie
chyba mu przysługuje, ale ja naprawdę nie wydam tych pieniędzy dla
siebie na nowe buty... Nawet jak razem mieszkaliśmy, to większośc
wydatków na dziecko ponosiłam ja.