mrs_ka
14.11.05, 23:29
Przepraszam dyskutantki, ale tak mnie dzisiaj zmroziła wypowiedź Kiniego, że
poddaję Jego post pod dyskusję ogólną.
Oczywiście mam w swym sercu litośc, więc nie każę sie Wam przedzierać przez
meandry Jego rozważań. Ot, taki fragment:
"Romans nie jest zaprzeczeniem prawdy, uczciwości, dobra. Bo być może właśnie w
tym momencie do głosu dochodzi prawda i uczciwość wobec własnych potrzeb które
są jak najbardziej prawdziwe. To znaczy że dotychczasowy wynik testu prawdy i
uczciwości był zafałszowany, nawet jeśli wydawał się pozytywny. A dobro? To
pojecie jest najbardziej względne. Dopiero gdy sobie to uświadomimy i nauczymy
się z tym żyć - dopiero wtedy można zacząć rozwijać te wartości, ...tak bez
przekłamań, bez zagłuszań "ja" - własnego i drugiej osoby. Nigdy nie jesteś
właścicielem/ką życia (też: seksualnego) drugiej osoby, nawet jeśli przy
ołtarzu obiecano ci coś do końca życia. Obietnica zawsze jest dążeniem, nie
faktem (faktem jest tylko podpis na akcie ślubu, a podpis to nie życie
seksualne)"
Mam tutaj takie pytanie:
czy jest na tym forum ktoś (poza Kinim), kto mógłby się pod tym podpisać?
Powiem szczerze, że klapki mi dziś spadły z butów. Oto Kini w swoim
niepowtarzalnym i pseudointelektualnym stylu mówi nam, że zdrada jest w
istocie głębokim aktem egzystencjalnym, którego sensem jest szukanie prawdy i
uczciwości.
Interesują mnie także konsekwencje zdania "dobro jest pojęciem względnym".
Wiecie, ja do tej pory żyłam w przekonaniu, że dobro jest pojęciem
bezwzględnym. I jeśli tatuś puka na boku panienkę to niestety, ale nie robi
dobrze. A jesli mamusia robi manko w swojej firmie to nie należy się jej za to
laur. Dobro, uczciwość, praworządnośc to NIE są pojęcia względne, na Boga!
Rozumiem jednak, że powinnam się nauczyć żyć z relatywizmem moralnym, a wtedy
dopiero życie odsłoni przede mną prawdziwe wartości. I na przykład uznam, że
pielęgniarki wkładające wczesniaka do kieszeni w istocie hołdowały tylko
relatywizmowi moralnemu, bo szczeniak i tak miał umrzec, a one przynajmniej
zdobyłyby nagrodę na konkursie fotografii.
I pytanie kolejne:
czy zaufałybyście rodzicowi, który sadzi takie farmazony i chce je przekazać
dziecku?
Bo tu, Moje Miłe, rzecz się nie rozbija o to, czy dziecko zje hamburgera czy
zdrową żywnośc, ale o tak zwany kręgosłup moralny. Pojęcie dla niektórych
archaiczne. Na tej zasadzie dobre jest to, co nam służy. I pewnego dnia z ust
własnego dziecka możemy usłyszeć, że relatywnie Hitler miał rację, bo
wszystko można, byle z ostrożna. Po prostu facetowi powinęła się noga, ale
ogólne założenia miał pozytywne. Można zdradzać dopóki nie dowie się
współmałżonek. Można kraść, o ile nas na tym nie złapią. Można niszczyć tak
długo, o ile służy to naszym interesom.
Kobiety, zbaraniałam dziś. Autentycznie mnie zmroziło.
Kini pisze też:
"Nadal myślę że romans nie winien mieć zbyt wiele z rozważaniami na
poziomie prawdy, uczciwości, dobra"
Nie? To czymże jest romans? Zdradzone żony, halo, to o Was się tu mówi. Jak
rozumiem- wszystkie doskonale wiecie, że Wasz małżonek szukał tylko prawdy o
sobie i jego skok w bok nie ma nic wspólnego z prawdą, uczciwością i dobrem.
On miał tylko egzystencjalny wytrysk.
Wasze dzieci tez powinny się czym prędzej dowiedzieć, że "wierność" jest tylko
intelektualną kategorią, która nie ma nic wspólnego z praktyką. I absolutnie
nie powinny się przejmowac takimi bzdetami jak dekalog czy prawo moralne. Kant
był idiotą- nei ma czegoś takiego jak "prawo moralne".
Istnieje tylko egoizm.
a.