Coś robię źle. Tylko co?

25.04.06, 17:02
Mam problem z ojcem mojego dziecka. Dziecko ma trzy miesiące, on widzial je
trzy razy. Raz w szpitalu, 4 dni po porodzie i dwa razy do nas przyjechał.
Ostatnio był półtora miesiaca temu, potem niby chciał przyjechać, ale był
chory. Nasze stosunki są chodne ale poprawne. Płaci jakieś małe pieniądze,
ale w wydatkach typu szczepionka, wózek, wyprawka dla dziecka nie
partycypuje - mimo że powiedziałam mu ostatnio, że kupiłam wózek - nawet nie
spytał ile i czy ma się dołożyć. Czasem dzwoni i pyta co słychac. Czuję się
wtedy, jakby dzwonił do mnie co najmniej szef, zrobić kontrolę. Nie wiem czy
to zainteresowanie pro forma, czy jak - po co te pytania - czy byłam na
szczepieniu, u ortopedy, ile wazy itd. Pzeciez nie jestem wyrodną matką i jak
dotąd sama sobie radzę bez jego pomocy. Mała dość dużo płacze, powiedziałam
mu to, nawet poprosiłam, żeby przyjechał na parę dni się nią troche
pozajmowac bo jak dotąd dwa razy ograniczył się do godzinnej wizyty i wzięcia
małej na spacer, a rzekomo tak tęskni. Ja mimo macierzyńskiego pracuję od
porodu (w domu) i dodatkowo własnie finalizuję doktorat, co zajmuje mi
mnóstwo czasu a przy tak absorbującym dziecku czasem nie daję rady. Ale on
wykorzystał cały urlop, żeby pojechac w trase koncertowa swojego zespołu i
przyjechać nie może. Poprosiłam, żeby załatwił becikowe i zasiłek rodzinny,
bo ja do swojego mopsu mam 230 km, a on kilka minut drogi. Nie załatwił, bo
nie ma czasu.
Ostatnio zadzwonił i pyta czy mała płacze - ja na to że tak, na co on "Wiesz,
jestem rozczarowany - jak ostatnio dzwoniłem, mówiłaś że już nie płacze tyle.
To o co w końcu chodzi?". Wkurzyłam się, bo w końcu to nie on się użera z
płaczącym niemowlakiem, więc czym jest rozczarowany. Ale opanowałam się i
spytałam się tylko co w związku z tym. A on na to, że w związku z tym się
rozłącza i rzucił słuchawką. Odesłał mi bez słowa wyjasnienia papiery o to
becikowe, chyba żebym sama je załatwiła. Kurcze, w końcu ta kasa jest w
interesie dziecka nie moim. Nie rozumiem o co chodzi. Nie odbiera telefonu,
nie moge się skontaktować. Wiem, że może jestem przemęczona i sfrustrowana,
bo całymi dniami siedzę przy komputerze albo uciszam dziecko, ale zastanawiam
się po co prosiłam go o uznanie dziecka. Teraz ma do niego takie sama prawa
jak ja,a ja sobie nie wyobrazam sytuacji, że kiedy by mi się coś przytrafiło,
on miałby wziąć małą. Widział ją dotąd w sumie trzy godziny. Doszłam do
wniosku, ze pewno coś źle rozgrywam, tylko co? I co dalej z tym fantem
zrobić? Nalegac na spotkania czy odpuścić, założyć sprawę w sądzie i
sformalizować alimenty, widzenia, prawa rodzicielskie.
    • magi32 Re: Coś robię źle. Tylko co? 25.04.06, 23:21
      Witajwink
      nie wiem czy jestem odpowiednia osoba zeby sie na ten temat wypowiadac bo mam
      troszke podobnie.....
      Nie wiem dlaczego obwiniasz w tym wszystkim siebie(choc ja robie podobnie ale o
      tym pozniej;/)Jak Ty mozesz zawinic w tej sytuacji,dlaczego uwazasz ze Twoje
      zachowanie mogloby zmienic jego postepowanie??On nie dojrzal jeszcze do
      ojcowstwa,widzi tylko swoje sprawy,np zespol...moze zalezy mu na dziecku,mysle
      ze tak jest ,ale jest jeszcze sam za bardzo dzieckiem zeby..byc ojcem;/A co z
      Wami,nie jestescie razem?Jaki jest jego stosunek do Ciebie?napisz cos
      wiecej,prosze,moze w koncu ktos mnie zrozumiewink
      Ja mam 7 mies.coreczke,mam bo to ja sie nia zajmuje,ojciec malej pracuje za
      granica,kiedy bylam w ciazy byl w Polsce raz, 2tyg,oczywiscie nie mial dla mnie
      za wiele czasu,widzielismy sie kilka razy,wspominalam juz ze to bylo w
      mies.ciazy i wyjechal jak tylko termin porodu sie zblizal?Wiec przy urodzinach
      dziecka go nie bylo,przez nastepne pol roku tez.oczywiscie przez caly czas niby
      pytal o mala,twierdzil ze teskni(za nia)Caly czas powtarzal ze zarabia
      pieniadze,bo jest tylko po liceum(przerwal studia) i Musi pracowac za
      granica...Teraz przyjechal ok mies.temu,bywal niby czesto, niby mial byc u nas
      codziennie,ale oczywiscie zawsze mu cos wypadalo(na pewno nie wazne spotkania i
      praca...)kumple,mecze ,ewentualnie imprezy,i w sumie bywal u nas po pol godz,
      czasem zdarzylo sie ze sost troche dluzej.Jesli chodzi o pieniadze to jest
      ok,nawet bardzo,ale pieniadze sa dla niego niestety wazniejsze od corki bo
      wlasnie pojutrze wyjezdza
      A z nami to juz kompletnie nie wiem co bedzie,nie wiem czego on chce,on chyba
      tez tego nie wie,caly czas niestety mam wrazenie ze mysli tylko o sobie,duzo
      przez niego placze,on nawet nie dostrzega ze mnie rani caly czas...Tez koncze
      studia,z tym ze pisze licencjat,niedlugo sesja,a dziecko zdrowe niestety nie
      jest...do tego psychicznie czsem wysiadam,boje sie ze zawale studia przez to
      wszystko. No i tez przez caly ten czas zastanawiam sie co ja robie zle??co
      zrobilam?Moze to przeze mnie jest tak jak jest,moze gdybym wiedziala gdzie
      popelniam blad to wszystko by sie zmienilo..czasem tak mysle,do tego kocham go i
      nie potrafie sie z nim rozstac
      przepraszam za dluzyznywinkw kazdym raze mysle ze to oni sa winni,sa sobie winni
      ze sa egoistami,ze nie mysla o dziecku na pierwszym miejscu,ze nie chca/nie
      potrafia byc ojcami i to oni poprostu na tym traca.Nie powinnysmy szukac winy w
      sobie,oni to wyczuwaja,a to tylko utwierdza ich w przekonaniu ze sa
      najwaznejsi,mowi ze moga tak postepowac...mam nadz ze jest tak jak mysle
      Wiec nie zadreczaj sie ,dziecko najwazniejsze!Ono wyczuwa ze jestes smutna,wiec
      glowa do gory!(do siebie tez to pisze,moze cos dawink)
      pozdrawiam
      • anetina Re: Coś robię źle. Tylko co? 26.04.06, 07:40
        wydaje mi się, że
        należy ueregulować to wszystko prawnie
        - alimenty
        - widzenia
        - a może i prawa rodzicielskie

        ucałuj córeczkę
        nic nie jest twojej winy - żyj dniem dzisiejszym

        ty masz dziecko i to jest najważniejsze
    • kini_m Re: Coś robię źle. Tylko co? 26.04.06, 08:03
      Tsunami
      Źle nic nie robisz. Pozostało Ci jedynie konfliktowe podejście i spostrzeganie
      wszystkiego poprzez ten pryzmat.
      Po rozejściu się nie ma już co oczekiwać że będziecie sobie słodzić, wspierać,
      życzliwie wspomagać, rozumieć drugą stronę. Gdyby tak było to byście się nie
      rozchodzili. Ale rozeszliście - bo właśnie tak nie jest.
      [Już słyszę ten tłum dziewczyn które twierdzą że facet nawet po rozejściu
      powinien dzieckiem zająć się, zorganizować, zapewnić itp. Tylko że taki stan
      odpowiada pełnej rodzinie, lub spotkać można w rozbitej gdzie winę rozbicia
      ponosi kobieta a facet nadal pozostaje oddany rozbitej rodzinie.]
      Po rozejściu masz tylko dwa wybory:
      - docenić jakikolwiek wkład dawany przez ojca,
      - nie oglądać się na niego, nie doceniać a od razu pójść do sądu.
      Tsunami, pozbaw się złudzeń że życie po rozwodzie wygląda w tak samo
      zaangażowany sposób jak w pełnej rodzinie.
      (Np: ja chciabym być tak zaangażowany i zajmować się stale córką bo zawsze się
      nią zajmowałem, ale exia nas odgradza - więc de facto zaangażowanie jest
      zaoblokowane - i drugorzędną rzeczą pozostaje z czyjego powodu. Gdyby on była
      normalną matką i partnerką to do rozjścia przecież by nie doszło - to oczywista
      kolej rzeczy.)
      Tsunami, oczywiście możesz się wkurzać o taki stan rzeczy - ale co to da?
      No, może tylko w przypadku wniesienia sprawy w sądzie Twoja zaciekłość da jakiś
      skutek.

      Oczywiście możesz mieć dyskomfort po jego stylu rozmowy o dziecku.
      Tylko że takie ścinanie się różnych rodzajów spojrzenia jest tez w normalnych
      związkach (np ostatnio Kai opisywała jak to z ścina się z zadowolona ze swego
      nexta). To co was rózni to jedynie to, że po rostaniu nie macie już dla siebie
      na to wzajemnej życzliwości.
      O pieniądzach na potrzeby dziecka nie mów w zawoalowany sposób (co ile
      kosztowały), ale wprost że chcesz abyście razem ponosili koszty - i najlepiej w
      tej formie, a nie jako żądanie (to mała różnica formy wypowiedzi, ale duża
      róznica w jakości dyskusji).
      Tsunami, myślę że dobrze by było gdybyś jak najmniej się wkurzała na ojca
      waszego dzieciątka, bo to się będzie udzielało w waszych kontaktach i nawet
      tyle go nie zobaczy dziecko i ty, co w obecnym momencie.
      • tsunami05 Re: Coś robię źle. Tylko co? 26.04.06, 08:29
        Hmmm. Nie wyjaśniłam do końca sytuacji - rozwodu nie było, bo nie było ślubu.
        Dziecko jest owocem krótkiego związku, nie lubię o tym mówić, bo zaraz słysze
        teksty o prezerwatywach, a naprawdę nie chce mi się tłumaczyć jak to było. Z
        jego strony to podobno była wielka miłość - z mojej - nic. Krótkowtrwałe
        zauroczenie odmniennością (facet z innej bajki). związek ozywiście nie
        przetrwał, odeszłam kilka tygodni po tym, jak się dowiedziałam o ciąży.
        Chodzi mi o to, że on tak wiele mówi o swojej miłości do dziecka, tak tęskni
        rzekomo i jakoś tego nie widzę. Zaczynam się zastanawiać, czy dobrze było
        słuchać rady psychologa, znajomych, żeby w ogóle proponowac mu uznanie dziecka.
        I nie wiem co dalej. Olać, nie zwracać uwago na jego fochy i szczeniackie
        manewry (odsyłanie dokumentów). Ja nawet próbowałam być miła - zdjęcia mu
        wysyłam itp. I dupa.
    • jula55 Re: Coś robię źle. Tylko co? 26.04.06, 09:25
      Traktuj go normalnie, życzliwie. Doceniaj to, co robi sam z siebie i nie
      oczekuj za wiele (zwłaszcza, że sama go zostawiłaś i zdecydowałaś, że dziecko
      będzie się wychowywać bez ojca). Zniechęcając go i okazując zniecierpliwienie
      działasz de facto przeciwko dziecku.
    • bojana Re: Coś robię źle. Tylko co? 26.04.06, 09:56
      Kiedyś przeczytałam, że kobieta zostaje matką w naturalny sposób zaś mężczyzna
      może sie stać ojcem lub nie. W sytuacjach, kiedy rodzice nie są razem jest to
      jeszcze trudniejsze dla faceta, bo ma mniejszy kontakt z dzieckiem i przez to
      mniejsze "przesłanki" do zbudowania więzi emocjonalnej. Z tego co piszesz facet
      nie jest ostatnim draniem, jakoś tam się interesuje. Moze on po prostu jest
      równie nieporadny jak wielu facetów? Tekst z płaczem dziecka jest śmieszny, ale
      jakże typowy, obrażanie się i odsyłanie również. Nie oczekuj od niego, że
      zakocha się w dziecku tak jak Ty, faceci potrzebują do tego trochę czasu. Do
      tego może odbierać Twoje negatywne nastawienie, zmęczenie i frustrację, o
      której pisałaś.
      Ja na Twoim miejscu zaprosiłabym go na kawę, najlepiej na neutralny grunt i
      zapytała czego oczekuje, jak sobie wyobraża kontakty, jak wyobraża sobie swoje
      obowiązki. Zapytałabym, czy mogłabym zrobić coś aby ułatwić kontakty z
      dzieckiem, jak chciałby spedzać czas z dzieckiem (może basen, może chce chodzic
      do lekarza, może chce zabierać na mszęwink), może sam Ci powie o czymś co go
      blokuje. Potem powiedziałabym czego ja oczekuję (w kwestii kontaktów i
      finansów). W każdym razie - zrobiłabym dużo, aby z ojca biologicznego "zrobić"
      dziecku tatę.
      Z doświadczenia wiem, że wszelkie naciski przynoszą odwrotny skutek, dlatego
      polecam zabiegi zawoalowane.

      Ja długo zabiegałam o to, by eks zabierał synka do siebie na noc raz w
      tygodniu. W końcu się zgodził. Syn szalał ze szczęscia jak się o tym projekcie
      dowiedział. Kiedy po paru tygodniach zapytałam eksa jak mu sie to wszystko
      podoba, powiedział, że bardzo polubił te wieczory i cieszy się, że spędza z
      synem czas w ten sposób, ani myśli o zaprzestaniu, choć przy pierwszym razie
      taką możliwość sobie zastrzegł.
      Zatem, warto było prosić eksa, choć mogłam sie obrazić (po tym co w tak zwanym
      międzyczasie usłyszałam), odwrócić i stwierdzić: nie to nie, twoja strata.
      Tylko co by to komu dało? A tak cała trójka jest zadowolona, szczególnie
      korzysta na tym syn.
      Tak już będzie, wiele zależy od Ciebie, od Twojego uporu, ale również od tego,
      czy czasami będziesz potrafiła dla dobra dziecka "schować język za zębami".
      Mi w każdym razie przyświeca dobro mojego dziecka i uparcie sie tego trzymam.
      Wiele razy eks dał mi tak popalić swoją "elokwencją i argumentacją", że
      pierwszą myślą było aby go już nigdy nie spotkać, uciec. Rozważałam takie
      bezpieczne kierunki jak Wyspy Zielonego Przylądkawink
      Dużo Ci jeszcze będzie zadawał głupich pytań, zrobi dużo głupich rzeczy, to
      pewne. Postaraj się mieć do niego przyjazne nastawienie (da się wypracować,
      znam z autopsjiwink, bo bez tego ciężko będzie. Zresztą, Twoje dziecię świetnie
      rozpoznaje nastawienie emocjonalne (neagatywne zaciąży na relacji dziecka z
      ojcem), więc choćby dla niego warto nad sobą popracować.
      Warto sie starać, bo od Ciebie (i każdej matki) dużo zależy. Nie twierdzę, że
      wszystko, ale dużo.
      Pozdrawiam
      • tsunami05 Re: Coś robię źle. Tylko co? 26.04.06, 10:31
        Też myślę o Wyspach Zielonego Przylądka ale na razie nawet nie mogę ze sobą
        dziecka zabrać do pracy, do Czech, bo nie ma paszportu...
        Zastanawiam się co będzie lepiej - walczyć ze sobą (nie umiem sobie tej
        sytuacji wyjasnić sama ze sobą, facet byłby teraz obcym człowiekiem,
        wykasowałabym dawno jego numer telefonu, nigdy mnie nic z nim głębszego nie
        łączyło) czy odpuścić, niech on się usunie, w końcu zniknie. Mała go nie zna,
        nie bedzie miała za kim tęsknić. Zwłaszcza że on uznanie dziecka uzależniał od
        tego czy ja będe miła czy nie.
        Mi najbardziej chodzi o to, że on tyle mówi jak to tęskni, podobno płacze
        oglądając małej zdjęcia - ja bym w takiej sytuacji na piechotę przyszła ją
        odwiedzić te 100 km, mimo że nie opowiadam wszystkim jak bardzo ją kocham.
        Poświęcam jej cały wolny czas, a lekko nie jest. On ma tylko pracę, potem może
        wsiąść w autobus i przyjechać, pomóc mi - dziecko też by było spokojniejsze,
        gdyby nie było cały czas uciszane w leżaczku, bo mamusia musi się skupić. Jego
        życie się nie przewróciło do góry nogami, dalej chodzi sobie na próby, pracuje
        za grosze a ja łapię zlecenie za zleceniem, żeby było ok, żeby kupić fajny
        wózek itp.
        To jest to "konfliktowe podejście" o którym pisze mi kini. facet potrafi tylko
        narzekać i płakać, i się obrażać. zero inicjatywy. i ja tego nie moge
        zaakceptowac, a proby wyjasnienia - jeszcze jak bylismy "razem", zeby mu
        uswiadomic czemu nie moge sie z nim wiazac - nic nie daja.
        • kini_m Re: Coś robię źle. Tylko co? 26.04.06, 11:13
          [Jak pisałem poprzedni wpis to jeszcze niw widziałm tego z g.10:31 więc teraz
          na niego odpiszę:]
          Tsunami, mając na myśli: konfliktowe podejście -
          -nie tyle miałem na myśli różnice w wychowaniu, realizowaniu, wykonywaniu
          obowiązków (bo one są, były i będą nawet w pełnych rodzinach),
          -ale brak wyrozumiałości na te róznice (którą to wyrozumiałość się ma w pełnej
          rodzinie) czyli konfliktowy sposób postrzegania.
          Więc nawet rozumiem ten konlikt (jako postrzeganie i jako realizację) i uważam
          go za oczywisty.
          Chodzi mi o to że po rozejściu pozostaja dwie drogi postępowania:
          - docenić cokolwiek się ma, dostaje od drugiej strony (i rozwijać to jak
          podpowiadają Jula i Bojana),
          - żyć stwierdzeniem że zawsze robi za mało, uczynić z tego oręż i udowadniać w
          sądzie że należy mu się tylko tyle i nic więcej.
          Chyba nie muszę mówić które jest godne polecenia.
          Natomiast zawracanie sobie głowy jego sposobem postrzegania (ile deklaruje a
          ile robi) do niczego nie prowadzi, tylko dołuje Ciebie.

          Hmm... pójdę po własnym przykładzie: słyszałem od exi szantażowanie ile to razy
          nie odchodziła bo jak czegoś nie zrobiłem (a to bo pracę straciłem, a to bo
          naczyń na czas nie umyłem) - pracę znalzałem, naczynia myłem już w 80% ja w
          domu - ale i tak zrobiła swoje.
          Rozwaliła życie (sobie, mi, dziecku) - bo w jej postrzeganiu ciągle było: on,
          on, on...
          Ja nie rozwaliłem tej rodziny - bo robiłem swoje, nie biorąc do siebie jej
          sposobu postrzegania świata, jej wyzwisk, wulgaryzmów (niemniej zwracjąc na te
          jej uwagi które w jakiejś części były słuszne). Oczywiście różnice biorą się z
          wychowania a związek to już tylko sprawdzian umiejętności, ale to inna opowieść.
          Reasumując: jesli chcesz wykończyć sobie życie to zwracaj uwagę niezadowolona
          na to jak postrzegaja i realizują swiat inni (np. ojciec dzeicka).
          • tsunami05 Re: Coś robię źle. Tylko co? 26.04.06, 11:27
            O to mi chodziło. O konstruktywne rady. Tylko wiesz, teraz mam problem, bo
            muszę pojechac te 230 km do MOPSu, z małą, i sama załatwiac, to czego on nie
            mógł zrobic od dwóch miesięcy, bo się obraził i odeslał papiery. Mogę się nie
            dołowac i nic nie oczekiwać ale na miesiąc przed obroną doktoratu takie jazdy
            mnie wkurzają i nic na to nie poradzę. Boję się, że w tym roku nie da mi
            zaświadczenia o dochodach i dupa zimna, już wcale zasiłku rodzinnego nie
            dostanę, ani porodowego. A byłoby za ten wózek - choć tak mógł się dołożyć. Ale
            nic to - tytan tsunami i z tym sobie poradzi, i na przyszłość po prostu nawet
            nie spojrzy na żadnego nieudacznika życiowego - tylko jak tu nie wpoić tego
            dziecku...
        • bojana Re: Coś robię źle. Tylko co? 26.04.06, 11:25
          Wiem, że jest Ci ciężko, to oczywiste. Jesteś rozgoryczona jego postawą, masz
          prawo. Jednak myślę, że byłoby Ci jeszcze gorzej, gdyby on sie wcale nie
          interesował i zupełnie olał kontakt z dzieckiem i nawet tych marnych groszy nie
          płacił.

          Nie walcz ze sobą bo to nie ma sensu, postaraj się tylko zaakceptować sytuację,
          w której sie wszyscy troje znajdujecie. Jest jak jest, nie przeskoczysz tego.
          Twoje dziecko ma ojca i szanse, że będzie go znało i kochało. To naprawdę dużo.
          Jasne, że możesz się usunąć i wtedy Twoje dziecko nie będzie znało swojego ojca
          i jak napisałaś "nie będzie tęskniło". Do czasu. Szybko się zorientuje, że
          czegoś brakuje. A wtedy to już będzie dla dziecka bolesne. Lepszy tata na
          odległość niż jego brak.
          Lepiej tłumaczyć dziecku dlaczego tata nie mieszka z nami niż tłumaczyć
          dlaczego Tadzo ma tatę a ja nie, dlaczego nie znam taty?
          Kiedyś przeczytałam mądrą radę - jak nie wiesz jak sie zachować w stosunku do
          dziecka to wczuj sie w jego sytuację. Spróbuj zastanowić sie czego Ty byś
          chciała w tej sytuacji będąc na miejscu dziecka.
          Jest jak jest, pewnych spraw nie zmienisz. Postaraj sie to rozegrać tak, żeby
          nie skrzywidzić swojego dziecka i nie zaprzepaścić czegoś, co ma szanse
          powodzenia. Zobaczysz, za jakiś czas trochę odżyjesz, dziecko nie będzie już
          takie absorbujące, dojdziesz do formy, zaczniesz się częściej uśmiechać i czas
          zrobi swoje - jakoś sie to ułoży, przy Twoich staraniach pewnie trochę lepiejsmile

          Może zadzwoń do niego i zachęć do spotkania z dzieckiem. Opowiedz "przejęta" o
          nowościach - jak to włoski urosły/ma podobne oczy/stopy/cudnie się śmieje -
          cokolwiek. Nie dlatego, że Ty chcesz żeby się spotkał, spraw, żeby on chciał i
          czuł przy tym Twoją pełną aprobatę. Ja bym tak zrobiła.
      • kini_m Re: Coś robię źle. Tylko co? 26.04.06, 10:48
        Bardzo się cieszę że dziewczyny zabieracie głos w taki sposób prawdziwie
        konstruktywny i wychodzący pozytywnie naprzeciw drugiej stronie.
        Już tego było coraz mniej na forum.

        Tsunami, dla mnie nie ma znaczenia czy był formalnie rozwód czy nawet nie miało
        szansy go być (dlatego staram się używać formy: rozejście, rozbita rodzina
        zamiast rozwód.) A jeśli to był przelotny związek to nie ma większego
        znaczenia, bo dla dziecka to czy tak, czy siak pozostaje rozbita rodzina wraz z
        okoloicznościami tej sytuacji.

        Uznanie dziecka - jest przede wszystkim w interesie dziecka, a po drugie w
        interesie rodzica. W tym miejscu zgadzam się z radami innych osób. (Powiem
        więcej - nawet żądanie przez faceta przeprowadzenia badań DNA jest w interesie
        dziecka, bo rozwianie wątpliwości kto jest ojcem zawsze będzie działało na
        korzyść dziecka.)
        To co napisała Bojana: "może stać się ojcem lub nie" - to nieco zbyt ostro
        powiedziane. Ale ja zawsze powtarzam - że mężczyzna spotyka się z dzieckiem,
        poznaje je 9 miesięcy później niż kobieta, nawet w pełnej rodzinie. (Choć ja co
        prawda widziałem córeczkę już kilkakrotnie na monitorku USG przed urodzeniem i
        przytulić mogłem tylko poprzez brzuszek mamusi.) Ale jest tu w sposób naturalny
        pewne opóźnienie. A co dopiero w rodzinie zdezintegrowanej! Napewno to nie
        sprzyja.
        Bardzo ładnie napisałaś Bojana: aby zrobić coś żeby z biologicznego "zrobić"
        tatę.
        pozdrawiam
Pełna wersja