partofthegame
10.06.08, 12:04
Witam serdecznie
Podczytuję to Forum od dłuższego czasu, a teraz chcę się ujawnić i
poszukać w Was wsparcia. Zapewne za niedługi czas dołączę do grona
samodzielnych mam, ale droga do tego wydaje mi się nie do przebycia
w tym momencie...
Podjęłam decyzję o rozwodzie z moim mężem. Kosztowało mnie to wiele
nerwów, ale nie zamierzam zejść już z tej ścieżki. Obawiam się
jednak że nie będzie to łatwe i liczę na Wasze wsparcie.
Historia w skrócie - jesteśmy razem 8 lat, mieszkamy razem lat 5, od
3 lat małżeństwo, synek 2 lata.
Nigdy nie było jakoś idyllicznie (oprócz początku znajomości), ale
wierzyłam głupio, że "jakoś" się ułoży. Oboje mamy waleczne
charaktery, choć z mojego zostały tylko strzępki.
Czuję że ten związek wypompował ze mnie całe powietrze, dałam sobie
wmowić że jestem nikim, nie mogę o niczym decydować, nie znaczę nic.
Rok przed ślubem, prawie na ukończeniu studiów, podjęłam pracę, w
tym czasie mąż jeszcze studiował. Pomagali nam rodzice, kupili
mieszkanie na spółkę (tzn. pół teściow, pół moich rodziców), dawali
jakieś sumki na utrzymanie. Niestety, ja po 3 mcach pracy bardzo
poważnie zachorowałam, spędziłam 4 mce w szpitalu a potem 10 mcy na
zwolnieniu- nie wróciłam już do pracy, nie miałam gdzie. Pod koniec
zwolnienia (płatnego) zaszłam w ciążę, nieplanowaną, ale
postanowiliśmy się pobrać w końcu. Ciążę spędziłam w domu, mąż
pracował, rodzice nadal pomagali. Jednak nie był to czas idylliczny
ze względu na charakterek męża.
On generalnie od zawsze miał pogląd że w życiu nie należy się do
niczego zmuszać. Np. nie chce się sprzątać - to się nie sprząta, a
jak mi przeszkadza to zawsze mogę posprzątać sama. Zrozumcie- chodzi
mi o ogolną filozofię, bo nie miałam pretensji że nie pomaga, w
końcu to ja byłam w domu, a on pracował.
I tak jakoś ta ciąża minęła, urodziłam synka. Jako ojciec mój mąż
był prawie bez zarzutu, choć teraz wiem że nie angażowałam go w
sprawy dziecka tak jak powinnam bo ostatnio "chwalił" się znajomym
że on nigdy nie wstał do synka w nocy i jakoś tak przykro mi się
zrobiło że to powód do dumy...
W każdym razie po miesiącu od urodzenia dziecka mąż poznal swoją
kochankę(o czym wtedy nie wiedziałam). W domu koszmar - agresja do
mnie potrafił mnie uderzyć w czasie jakiejś sprzeczki. Robił sceny
na wyjazdach rodzinnych gdzie np. zostawił mnie i dziecko na działce
u znajomych krzycząc że się tu nudzi. A ja głupia biegłam za nim...
Kochanka była 10 lat starsza ode mnie spotykał się z nią około 10
mcy choć domyślalam się wcześniej. Wmawial mi jednak że to
internetowa znajomość nie widział jej na oczy. Boże ile ja wtedy
wycierpiałam... prosiłam teściów o rozmowe z nim ale usłyszałam że
skoro nie znika na noce to na pewno nikogo nie ma. Ale oszukiwał o
dodatkowych zleceniach popołudniami. No nieważne... W końcu poznałam
prawdę i takiego upokorzenia nie życzę nikomu.
Doszły kwestie finansowe- mąż dobrze zaczął zarabiać (około 10 tys
brutto na miesiąc) ale ja do tych pieniędzy nie mam żadnego dostępu.
Dostaję tylko 500zł na karcie kredytowej na wyżywienie i musze
prosić o wszystko inne- głupi łach za 30 zł to wyzwanie. Mam dość!!!
Zerknęłam mu przez ramię jak robił jakies operacje na koncie i ma
tam sumkę grubo ponad 100 tys zł zebraną w rok.
Doszły gadki "i tak się z tobą rozwiodę" i czuję się totalnie
zeszmacona. Czarę goryczy przelal fakt jak poprosiłam o 30zł na
zastrzyk dla chorego psa i usłyszałam- nie mamy pieniędzy.
Chcę odejść. Nie umiem go kochać, czuję obrzydzenie. Nie mogę
wybaczyć zdrad i wielu innych rzeczy.
Nie mam nic- oprócz połowy mieszkania (formalnie moich rodzicow).
Chcę znależć pracę, dokończyć studia, wywalczyć rozwód i zostać
sama, móc o czymś zadecydowac w końcu!
Pomóżcie mi tylko znaleźć siłę...
Ps. Przepraszam za chaos w poscie, nie umiem teraz inaczej.
Jak to czytam to niestety nawet w połowie nie odzwierciedla to mojej
historii