po długim nie czytaniu... 9 wrzesnia urodziłam synka - jak w tytule napisałam
poród kleszczowy, byc moze jeszcze którąś z Was to czeka więc podzielę się
wrażeniami...
przede wsyztskim poród był troche wywoływany - przy rozwarciu 3-4 cm,
przebito mi błony - o godz. 9.20. Pomonitorowano czy mam skurcze - takie se,
podłączono oxytocynę i ruszyło. Bolało głownie w podbrzuszu, ale momentami
tak, ze się nie mogłam z boku na bok obracać... chwila paniki - mały zjechał
w kanał i stracił tętno - od razu konsylium się nad nami zebrało i zaświtało
widmo cc.... ale się Maciek pozbierał i dawaj męczymy się dalej
dostałam juz dofelargan rozwarcie 8 cm i kurcze krucho z skurczami partymi!
Słowo nie czułam potrzeby przeć! Doping pełen ze strony męza ( biedny
wycisnęłam mu wszelką krew z dłoni) ze strony połoznych i nawet lekarza który
już polegiwał mi na brzuchu.... staram się przeć, i dociera do mnie tylko, że
źle ułozona głowka w kanale, pobrali małemu krew i padła decyzja że kleszcze.
Powiem tyle ulgę poczułam niesłychana bo już powoli przestawałam rozumiec co
do mnie mówią i nijak nie mogłam wykonywac kolejnych poleceń. Pamiętam jak
wyjeli kleszczyki z torebki, no trochę bólu i swoj calkiem donosny krzyk a na
końcu ulgę i dwa "klasnięcia" - głowka wyszła i reszta ... i irracjonalne
stwierdzeni o! brzuch mi zniknął! czekałam jeszcze na krzyk - a jakże Maciula
dał głos, mąż poleciał robić fotki a ja sobie leżałam i nie myślałam... tak
sobie tkwiłam... dostałam Maciejkę w łapki popatrzylismy sobie w oczki, ja
jeszcze rzut oka na łepek czy bardzo zdeformowany ( nie bardzo ) i odjazd.
Ja do szycia ( na szczęscie pod narkozą bo pocharatana byłam niexle
wnioskujac ze szwów) a mały na dobę na obserwację - 1 z powodu kleszczyków a
dwa ostatni tc leczylismy gronkowca. No i najlepsze jest to ze cała akcja
zakończyła się o 12.43

chciałam szybkiego porodu

może z lepszym
finałem ale powiem - nie było tak strasznie jak myślałam, jak bolało to
krzyczałam i było lżej, no i trzymanie za rękę męża pomagało jak nie wiem
co
Najgorzej wspominam 3 dni na oddziale - to było najbardziej wyczerpujące
psychicznie, totalny misz- masz, co połozna inna wersja jak karmić, jak
przewijać... grrr a i tak podobno trafiłam na najlepszy oddział w szpitalu (
Polna, Poznań, II O PG) Bogu dziękowałam ze MAciej nie miał zbyt silnej
żółtaczki więc wypuścili nas po 3 dniach, inaczej chyba bym oknem uciekła...
a teraz jest spoko - Maciej w nocy śpi w dzień je, albo ogląda sobie swiat...
ja powoli dochodze do siebie ( siedze w miarę swobodnie

) i dostaję bzika
pt dieta matki karmiącej... okres ciąży to była bajka... ale chyba odwołam
się do zdrowego rozsądku, bo po 4 dniach stosowania się do uwag lekarza
piediatry zabiłabym za jogurt albo szklankę mleka
w każdym razie - do jeszcze nie "rozsypanych" powodzenia i nie taki diabeł
straszny
Pozdrawiam
Kasia
no i Maciej
mchy.user.icpnet.pl