Wczoraj Nico nagle zaczal przerazliwie plakac. Cale szczescie, ze lapal sie
za pieluche, bo inaczej pewnie dlugo dochodzilabym do tego co sie stalo. A
tak sciagnelam mu od razu pieluche i zobaczylam zamiast siusiaka wielka,
czerwona banie. Dodam, ze przy poprzednim przewijaniu nic niepokojacego nie
zauwazylam. Okazalo sie, ze malemu wdalo sie jakies zakazenie pod napletkiem
co spowodowalo calkowite zamkniecie mikroskopijnego otworu jaki mial w
napletku no i mocz nie mial jak sie wydostac na zewnatrz. oczywiscie
natychmiast pojechalismy do lekarza. No i niestety nie obylo sie bez
antybiotyku (a tak sie ostatnio cieszylam, ze udalo sie nam mlodego juz tak
dlugo uchowac bez tego swinstwa). I lekarz stwierdzi, ze po tym to juz nie ma
co czekac i najlepiej jak najszybciej zrobic zabieg. Tym bardziej, ze za 2
miesiace przyjdzie na swieta siostrzyczka i bedzie trudno. Powiedzial, ze po
takim zabiegu maluch zostaje na 1-2 noce w szpitalu. Jak to wyglada w
praktyce - czy rzeczywiscie trzymaja w szpitalu tak dlugo? Jakos mi sie
wydawalo, ze to tylko zabieg i do domu.
aha, zeby bylo smieszniej to w zeszly czwartek bylismy na konsultacji u
chirurga, ktory stwierdzil, ze jak nic sie nie bedzie dzialo (czyli jak do
tej pory) to czekamy do 3 roku zycia. A tu taka niespodzianka

Liczylam,
ze jednak obejdzie sie bez ciecia