Witajcie Dziewczyny!
Bardzo rzadko udzielałam się na forum, ponieważ ostatnie miesiące były dla
mnie niezwykle pracowite, ale to moje bieganie i ciężka praca znalazły swój
koniec w szpitalu, więc teraz już żyję spokojniutko i mam czas, żeby pobyć z
Wami, co też z przyjemnością wielką czynię

))
Do szpitala trafiłam w pt wieczorem z regularnymi skurczami co 6 minut, a
ponieważ jest to mój trzeci poród, myślałam, że tej nocy urodzę. Na szczęście
dostałam zastrzyk, leżałam całą noc na sali przedporodowej i skurcze powoli
minęły - na szczęście, bo to był 36tc i chciałabym, żeby synuś jeszcze pobył w
brzuszku. Niestety w wyniku skurczy szyjka skróciła się do 1cm i przepuszcza
palec, więc rano zostałam przeniesiona na patologię, gdzie pewnie zostałabym
już do porodu, gdybym nie wypisała się na własne żądanie. Jednak po
konsultacji ze swoim lekarzem i solennej obietnicy nicnierobienia w domu,
wróciłam i mam nadzieję, że uda nam się dotrwać do końca tego tygodnia.
A teraz kilka słów o samym szpitalu. Rodziłam tam już dwa razy, ale zawsze
trafiałam od razu na blok porodowy A, czyli sale rodzinną, a potem już na
oddział poporodowy. Tym razem spędziłam 12 godzin na porodówce B (trzy boksy
porodowe i trzy łóżka na przedporodowej), a potem dwa dni na patologii.
Niestety wrażenia niezbyt dobre. W trakcie mojego pobytu rodziły tam cztery
dziewczyny, żadna z nich w tym czasie nie dostała znieczulenia, chociaż jest w
tym szpitalu bezpłatne. Dwa porody były bardzo długie, dziewczyny męczyły się
całą noc, a położne, choć miłe, nie zaproponowały znieczulenia, nie masowały
pleców, jednym słowem przychodziły tylko sprawdzić rozwarcie, ewentualnie
zalecały chodzenie lub prysznic i wracały do swojego pokoju. Gdybym nie bała
się, że nasilą się moje skurcze, sama bym poszła masować krzyż tym
dziewczynom, bo momentami płakałam razem z nimi... Jak inna dziewczyna
poprosiła o znieczulenie, dostała informację, że nie mam sensu, bo ono
spowalnia poród i może niekorzystnie wpłynąć na dziecko. Nie rozumiem takiego
podejścia. Sama rodziłam dwa razy, dwukrotnie ze znieczuleniem, szybko i bez
traumatycznych wspomnień, a dzieci dostawały za każdym razem 10 pkt. Dzięki
temu, że nie cierpiałam, mogłam skupić się nie na bólu, tylko na współpracy z
położną, na oddychaniu i parciu. Tylko dziewczyna, która rodzi wie - i nikt
inny - kiedy ból staje się nie do zniesienia. A nawet jeśli jest do
zniesienia, a rozwarcie jest wystarczające i pacjentka po prostu nie chce się
męczyć, to już tylko i wyłącznie jej decyzja. Rozpisałam się... Tak czy
inaczej, na bloku A spotkałam się z dużo większą współpracą między rodzącą o
położną, choć nigdy żadnej nie miałam opłaconej. No i sama obecność męża,
siostry, bratniej duszy bardzo bardzo pomaga - można poprosić o masaż,
potrzymać za rękę, oprzeć głowę na czyimś ramieniu, dla mnie kolosalna
różnica. A jeśli chodzi o patologię, to jeden wielki bałagan - trzeba samemu
pilnować niemal wszystkiego, jakie leki są podawane, kiedy i w jakich dawkach,
pytać, pytać i jeszcze raz pytać i nie pozwalać się zbywać. Mi łatwo mówić, bo
jestem trzecioródką, ale namawiam do walki o swoje prawa. Przy mnie w ciągu
zaledwie dwóch dni doszło do kilku pomyłek. Ja również swoich leków nie
dostałam, dopiero po wieczornym obchodzie sobie przypomniałam i zgłosiłam
lekarzowi, który podziękował, że pamiętałam i przypomniałam... No nie
najlepiej. Ale teraz jestem w domku i czekam do niedzieli - mam nadzieję, że
Niko się nie pospieszy.
Pozdrawiam Was gorąco!
e-millie