kubeczek2222
20.11.09, 19:17
Nasz 21 letni syn od maja 2008 roku pracował w 5 firmach w sumie 7 miesięcy. Twierdzi, że praca go nudzi po pewnym czasie. Nie zgodziliśmy się na studia dzienne, ponieważ z trudnościami dotarł do matury (nie uczył się) a jedynie grał w gry sieciowe. Doradzaliśmy mu studia zaoczne, bo gdy będzie mu zależało to zarobi sobie na nie i jeszcze będzie miał na ubranie się. Nie naciskaliśmy specjalnie na łożenie na życie, gdy sobie opłaci studia, ubierze się, zrobi sobie prawo jazdy, jakiś kurs dokształcający językowy (studia ok. 500 zł.). Ten problem zaczął pojawiać się później.
Syn jednak pracował jedynie wtedy, gdy uczelnia dociskała go ponagleniami. Chodził w dziurawych butach, startych na miazgę nogawkach spodni. Zakochał się w całkiem sympatycznej dziewczynie i dalej nic lepiej.
Po pierwszym roku zgodził się na czarno pracować na budowie, ale właściciel go okantował mimo naszych ostrzeżeń, że jest to ryzykowne na ok. 2000 złotych (reagował irytacją i słowami tato ja wiem co robię). Mając dług w szkole, zrobił sobie urlop dziekański, ale musi oddać szkole kasę. Teraz drugi miesiąc pracuje na ¼ etatu w gastronomii. Dzień mija mu na porannym wyskoczeniu do dziewczyny na 2 godziny, grze lub filmie, pójściu do pracy na ¼ etatu dosłownie, spotkaniu z dziewczyną.
Parę razy mówił mi, że robi sobie przerwy w pracy, bo tak mu pasuje, gdyby chciał to szybko znalazł by pracę. Mieszkamy w dużej aglomeracji. Acha - jest zapisany do szkoły policealnej finansowanej z funduszy unijnych a więc bezpłatnej. Zapisał się jak twierdzi, bo ma zniżki na przejazdy ale nie chodzi na zajęcia. W międzyczasie tj jesienią 2008 r. wpłacił sobie na kurs prawa jazdy i po 2 położonym egzaminie dał sobie spokój. Nie łoży ani złotówki na życie mimo naszych uwag. Z firmy obecnej otrzymuje ekwiwalent na pranie odzieży i prycha, gdy żona wspomniała mu o nim, że powinien jej go oddawać skoro pierze mu odzież. Mamy już za sobą potworne kłótnie z wyzwiskami typu szmata, ku..., dziwka do żony, rękoczyny między mną a nim gdy padały jego słowa. Z wściekłości płakał i wyzywał. Żona zawsze starała się z córką nas wyhamować. Powoli umiera nasza miłość do niego. Nie pomaga w domu w obowiązkach domowych a ja już nie chcę go prosić, bo od lat słyszymy jedynie słowo zaraz, o Jezu!!, albo milczenie. Żona próbowała o psa prosić syna nawet po kilkanaście razy przez 2-4 godziny i nic. A gdy ja ostatecznie zabierałem psa na spacer to robiła się awantura, że on akurat w tej chwili wychodził a ja mu tu robię specjalnie. Obecnie nie proszę już o nic, żona też przestaje. Mieszka obok nas lokator, po którym się sprząta, bo w domu jeszcze jest dwoje dzieci a trzech pokoi dla dzieci nie mamy. I piszę Państwu o dziecku, w które włożyliśmy najwięcej wysiłku i miłości, bo ciągle miało pretensję, że jest nie kochane albo sprawiało takie wrażenie. Nie mamy z żoną wyrzutów sumienia z powodu błędów wychowawczych, bo nawet, gdy się pojawiły to nigdy nie były celowe. Jest smutek a ostatnio determinacja w kierunku przeprowadzenia rozmowy, (która może zakończyć się wrzaskiem i wyzwiskami z jego strony, aby zagłuszyć rozmowę), że może zastać któregoś dnia zamknięte dla niego drzwi i niech żyje na własny rachunek.
Pozostałe dzieci tj najstarsza córka i najmłodszy nie sprawiają problemów. Kiedyś wydawało się to takie oczywiste, że jak sobie dziecko wychowasz to takie masz.
W domu nie ma alkoholu, również u syna, jesteśmy zgodnym małżeństwem, poświęcającym dzieciom naprawdę dużo czasu, ( nie mówiąc o osobie syna który od kilku lat powoli od nas się odsuwa mimo naszych i pewnie jego prób.
Ktoś powie tak niektóre dzieci dorastają…..
Sądzę, że poruszony temat jest bliski znacznej grupie osób czytających te zdania, ale przez to nic nie jest mi lepiej.