sebalda
04.04.11, 10:46
Od wielu lat mam dylemat dotyczący mobilizowania dzieciaków do bardziej wytężonej pracy. Trafiły mi się dwa egzemplarze zdolnych leni, ale na tyle zdolnych, że bez najmniejszego wysiłku zawsze miały piątki, a często też szóstki, zatem moje gadanie, żeby się uczyły było średnio umotywowane, bo właściwie nie było o co się przyczepić. Niemniej widząc ich potencjał, czasami żałowałam, że nic prawie z nim nie robią, nie rozwijają się w jakimś konkretnym kierunku. Z drugiej strony przynajmniej nie miały strasów szkolnych. Dzieciaki sprawdzały się dodatkowo w różnych konkursach, ale zwykle kończyły na etapach, w ktorych wystarczyły ich zdolności, a nie trzeba było się zanadto wysilać.
Od jakiegoś czasu intryguje mnie podejście rodziców, które ma wyzwalać w dziecku chęć wydajniejszej pracy. Ostatnio bi_scotti napisała w jednym wątku:
"Moje dzieci nie mialy z nami latwo - wymagalismy duzo, chwalilismy rzadko, oczekiwania rosly wraz z Nimi (...) Generalnie to podejscie mielismy zawsze takie, ze nasze dzieci maja byc madrzejsze i osiagnac wiecej od nas - chcemy widziec pokoleniowy progres wink A tego sie bez pracy nie da miec ... Mnie sie czasem zdaje, ze wielu rodzicow wymaga za malo i nie daje mlodym szansy na pelny rozwoj; zeby czlowiek mogl doswiadczac jakiegos rozwoju potrzebne jest stawianie coraz wyzszych wymagan i od tego sa rodzice - zawsze o pol stopnia wiecej niz mlode moze akurat osiagnac bez wysilku".
Wszystko ładnie, pięknie, ale jak to robić? Jakich użyć narzędzi? Wymagać, ale w jakiej formie? Czy to nie będzie przeginanie, gdy się będzie wymagało od ucznia piątkowego, żeby się więcej uczył? Czy to nie będzie przekaz, że ciągle wymagamy, że dla nas, rodziców, to wciąż za mało? Czy to nie będzie wyglądało tak, że nie doceniamy ich dotychczasowych wyników, które są już i tak bardzo dobre? Jak konkretnie motywować dzieci do tego, o czym pisze bi_scotti? I czy rzeczywiście warto?