Jak niektórzy wiedzą, niedawno wróciłam z wakacji. Oprócz mniej lub bardziej aktywnego wypoczynku (z form aktywnych wyróżniam zjedzenie dużej porcji bitej śmietany po dwóch latach niejedzenia słodyczy) zajmowałam się bezwstydnym obserwowaniem bliźnich

Żartuję oczywiście, ale naprawdę sporo się napatrzyłam.Zobaczyłam między innymi po raz kolejny smutną rzecz. Dużo się teraz mówi o nadpobudliwości u dzieci. Bynajmniej nie neguję jej istnienia, znałam dzieci naprawdę dotknięte ADHD. Ale często mam wrażenie, że określenie "nadpobudliwość" staje się wygodnym tłumaczeniem dla rodziców. Mały przykład z wakacyjnego ogródka: upiorny 3-latek terroryzujący wszystkie dzieci w okolicy (nawet dwa razy starsze) i zatruwający życie dorosłym. Tu kopnie, tam popchnie, wrzeszczy, pluje i plącze się pod nogami. Rodzice rozkładają ręce: "bo on jest nadpobudliwy". Powtarzają mu jakieś polecenia, wcale nie dbając o to, czy będą wykonane. Od czasu do czasu po większym wybryku tatuś udziela "fizycznej reprymendy". A dzieciak owszem żywy, ale absolutnie zdrowy. Potrafi się skupić i spokojnie usiedzieć na miejscu. Ale dostał swoją etykietkę-wytrych. I wszyscy są szczęśliwi: mały, bo robi co mu się żywnie podoba, a rodzice bo mają wygodne wytłumaczenie sytuacji.Mam też wrażenie, że na fali mody na "nadpobudliwość niektórzy lekarze też zbyt łatwo szafują tym określeniem. Kiedy Marysia miała z 6 mies. ówczesna pani doktor po wywiadzie nt. jak dziecko śpi, jak się zachowuje, ile krzyczy itd. popatrzyła na mnie ze smutkiem i powiedziała: "Oj, mamy tu chyba do czynienia z nadpobudliwością". Maśka ma teraz 3 lata, zapas energii sporego wulkanu (kto ją widział, ten potwierdzi), ale nie ma tu mowy o żadnej nadpobudliwości! Ot zwykły żywiołowy maluch, niezwykle ciekawy świata.A może jestem po prostu przewrażliwiona?Pozdrowienia.