Ponieważ pogoda zrobiła się trochę taka wiosenna, postanowiliśmy z
małżem wyrwać się na trzy dni nad morze. Pojechaliśmy nocą, żeby
szkodnik przespał podróż. Podjeżdżamy pod pensjonacik bladym świtem
i zaczynamy się wypakowywać. W tym momencie patrzę na tylne
siedzenie i w foteliku nie ma mojego dziecka!
O jacież pierdolę, zostawiłam ją w domu, w łóżeczku, śpiącą!!!
Podczas pakowania zapomniałam przenieść Olusię do samochodu! W
dodatku oboje mamy swoje klucze od domu przy sobie, jedyny zapasowy
komplet jest u moich rodziców, a oni też wyjechali, teściowa nie ma
naszych kluczy...
W te pędy wsiadamy do samochodu i prujemy z powrotem do domu. Mąż
wściekły dusi gaz do dechy, a mnie się chce ryczeć z rozpaczy.
Przecież mała zapłacze się na śmierć przez te kilka godzin. Łamiemy
wszystkie możliwe przepisy drogowe, w dupie to mam, tam moje dziecko
samo. Wreszcie wjeżdżamy na niestrzeżony przejazd kolejowy tuż przed
pędzący pociąg i...
Budzę się. Mokra jak stado myszy po wizycie kota. Jesssu, ludzkie
słowo nie opisze co ja przeżyłam podczas tego snu. Teraz przed
każdym wyjazdem dwieście razy sprawdzę czy dzieć jest w
samochodzie