marysiowamama
20.06.09, 14:06
Kurcze babki posrana jestem i to nieźle. W czwartek miałam cudny dzień.
Najpierw wizyta u lekarza bom na grypę zapadła, potem poszłam z dziewczynami
na obiad i ciacho do takiego fajnego lokalu gdzie jest kącik zabaw dla dzieci,
tam wypiłam mocną kawę i kiedy przyszła pora poszłyśmy bo o 15 moja Marysia
zaczyna zajęcia dla "Krasnoludków". I doszłam ale jak już dochodziłam czułam
że serce zaczeło mi 3 x szybciej bić. Wiedziałam że nie wróży to nic dobrego
więc zaprowadziłam Marysię i z Zochą w wózku zgłosiłam się na pogotowie gdzie
ponad 5h leżałam pod kroplówkami, podłączona do maszyny która robi "ping"
Na szczęście mąż zerwał się z pracy i przyjechał odebrać Marysię z zajęć i
zabrać Zochę z pogotowia która słodko spała sobie w wózku pomimo zamieszania.
Po tych 5 h, milionie kroplówek i leków na uspokojenie moje tętno z 200 zeszło
do ok 100 ale serce ciągle biło nierówno i jak chciało. Wtedy panowie
ustanowili że uśpią mnie na 15min i zrobią elektrowstrząs
Help Help Help
Tak spanikowałam że wyszłam na własną odpowiedzialność i obietnicą że jak nie
przejdzie do rana obiecuję przyjechać i podłączą mnie do gniazdka.
Najgorsze że to miało tylko przerwać a nie leczyć więc jakoś naprawdę wolałam
się z tym przespać.
I rano wstałam a serduszko biło w rytmie cza cza czyli tak jak ma bić, ale ja
jestem tak walnięta po tych lekach, kroplówkach że ledwo żyję. W głowie mi się
mąci i dochodzi wewnętrzna panika pt" boję się wstać, wyjść itd aby znowu się
to nie powtórzyło"
Do maszyny oczywiście nawet na razie nie siadłam chociaż szycie rozgrzebane,
ludzie czekają...
To co mi się dzieje to CZĘSTOSKURCZ. Najgorsze że pierwszy raz tak mi się
stało zanim zaszłam z Marysią w ciążę czyli przynajmniej 6 lat temu. Mówiłam o
tym lekarzom ale jakoś bez efektu. Usłyszałam że to pewnie "wypadanie płatka
zastawki".
W ciąży z Marysią lekarz zrobił mi echo serca, ekg ale kompletnie nic nie
wykazało.
A zaczęło się to kiedy miałam bardzo stresującą pracę. Odpowiedzialność jaką
tam nosiłam była chyba za duża i doprowadziłam się do takiego stanu że często
przed pracą najpierw wymiotowałam i zaczęły się właśnie takie ataki. Ale
zawsze to trwało 1-2min i uspokajało się. Tak jak w czwartek, tak długo
jeszcze nie miałam.
I zawsze jest to związane z jakimś stresem, pośpiechem, emocjami. Dlatego ja
zawsze stawiałam na sprawy związane z głową (jest na sali psychiatra? ).
Rozmawiałam z kolegą który jako psycholog pracuje na oddziale nerwic i mówi że
psychosomatycznie tak się dzieje często. Panowie wczoraj na pogotowiu byli
przekonani że z psychiką to na pewno nie ma nic wspólnego i łazili i na
twarzach wypisane mieli "PRĄDEM JĄ, PRĄDEM JĄ !!! "
Dziwne że na wakacjach kiedy łaziłam po górach, męczyłam się kompletnie nic mi
się nie działo, a tylko zaczął się pęd, pośpiech, szycie, dzieci, maile,
zdążę, nie zdążę i ciach pierdyknęło...
Mam tego dosyć nie wiem gdzie iść. Panowie w szpitalu przekonywali że leczenie
farmakologiczne nie pomoże i jest kilka szpitali gdzie diagnozują i leczą to
drogim zabiegiem (oczywiście prądem ) ale trzeba się zakwalifikować na taki
zabieg.
Konsylium rodzinne lekarskie znowu kazało się udać do kardiologa bo podobno są
leki nowej generacji które uspokajają, normują rytm.
Qrwa mam dopiero 35 lat, nerwy jak strzępy, serce niewiadomego stanu...
Najgorsze że w rodzinie od strony taty wszyscy umierają na serce. Tata na
szczęście jest chyba pierwszym bez choroby wieńcowej, zawału itd
A ja chcę tylko spokoju...
Tom się wyżaliła.