Dodaj do ulubionych

stara malutka

30.07.09, 04:44
Problem jak w tytule. Mam w domu prawie szesciolatke. Bardzo bystra,
wygadana, dwujezyczna, odwazna w stosunku do obcych. Mala od zawsze byla do
mnie bardzo przywiazana. Ja, nie pracuje wiec zajmuje sie nia przez wiekszosc
dnia. W roku szkolnym chodzila do przedszkola na 3 godziny dziennie. Byla tam
w malej 6-cio osobowej grupie dzieci. Ma rowniez 4 lata mlodsza siostre. Od
wrzesnia zacznie zerowke. I tu zaczyna sie problem. Mala nie interesuje sie
zupelnie rowiesnikami. Gdy ma do wyboru towarzystwo rowiesnikow i towarzystwo
doroslych to zawsze wybierze to drugie. W przedszkolu czy na placu zabaw
bardzo zadko bawi sie z dziecmi (wlasciwie to prawie wcale). Zaproszona do
zabawy odmawia, i albo bawi sie sama w swoja wlasna zabawe (ma bardzo wybujala
wyobraznie), albo znajduje jakas dorosla "ofiare", ktora zagaduje na smierc.
Z siostrzyczka tez rzadko sie bawi, choc bardzo ja kocha. Nie wiem, czy to
jakis powazny problem natury psychologicznej, i czy powinnam zasiegnac porady
psychologa, czy tez po prostu trafil mi sie taki egzemplarz i przejdzie jej z
wiekiem. Czy ktoras z Was drogie mamy tez boryka sie z czyms takim?
Obserwuj wątek
    • kocianna Re: stara malutka 30.07.09, 07:24
      Może ma po prostu taką osobowość smile Ja bym się specjalnie nie przejmowała.
    • ola_motocyklistka Re: stara malutka 30.07.09, 09:29
      Uważam że Twoja córka to taki typ bardziej wrażliwy i postrzegający świat
      inaczej niż większość dzieci. Na pewno nie zmuszać do jakiejś integracji "na
      siłę". Odnaleźć jej zainteresowania i talenty i pokierować w tym kierunku aby
      się spełniła. Na siłę nie zmuszać do kontaktów bop odniesie to odwrotny skutek.
      Jest szansa że w zerówce trafi na "bratnią duszę" i będzie miała towarzyszkę do
      zabawsmile
      • hellious Re: stara malutka 30.07.09, 09:32
        Znam dwoje podobnych dzieci. Przy tym sa baaardzo intelkigentne i moze to jest
        przyczyna takich zachowan? Z rowiesnikami zwyczajnie sie nudza chyba..
    • kanna Re: stara malutka 30.07.09, 09:48
      Piszesz o typowym "dziecku zdolnym" - z doskonałym intelektem,
      wyoberaźnia, twórczym. Takie dziaci najczęściej (nie zawsze!)
      zdolnosci społeczne i emocjonalne mają nieco gorzej rozwiniete.
      Dogaduja się dobrze albo z dorosłymi - na plasczyźnie
      intelektualnej, albo z młodszymi dziećmi - którym organizuja zabawę.
      To nie jest specjalny problem natury psychologicznej, raczej
      prawidłowość.

      Co warto robić: dbac o to, żeby córka bywała w różnych grupach,
      kółkach zainteresowań, klubikach, na zorganizowanych zajęciach
      sportowych itp., czyli generalnie w różnych miejscach, gdzie bedzie
      miała sznasę spotykac się z dziećmi. Wchodzic z nimi w interakcje,
      współpracować, cos wspólniem robic - dlatego pisze o zajęciach
      zorganizowanych, czyli takich, gdzie ramy (zasady) ustala dorosły.
      Zasady dadzą córce poczucie bezpieczeństw i chetniej będzie
      wchodziła w kontakt. Bo na razie, w sytuacjach społecznych się
      raczej wycofuje.

      Umiejetności społeczne to jest cos, czego uczymy sie WYŁĄCZNIE w
      kontakcie z innymi. To troche jak z pływaniem - musi być woda, żeby
      sie nauczyuć pływać. Na sucho sie nie da.
      • lolinka2 Re: stara malutka 30.07.09, 12:37
        fajnie będzie jeśli córka autorki wątku w zerówce trafi na podobną
        sobie istotę, złapią kontakt i uspołeczni się smile
        tak było z moją.
    • monika19782 Re: stara malutka 30.07.09, 23:08
      Tak jakbym czytała o mojej córce,ona właśnie skończyła szkolną
      zerówkę,intelektualnie jest na poziomie 10-12 latka i ztakimi
      dziećmnajchętniejsie bawi lub właśnie zdorosłymi, uwielbiam z nią
      rozmawiać jest badzo bystra i błyskotliwa. Dzieci zklasy traktuje
      jak swoją młodszą siostrę, czasem się z nimi bawi ale czesto mówi że
      woli sama bo tamte zabawy ją nudzą. Martwiło mnie to trochę bo
      chciałam żeby miała dobry kontakt z rówieśnikami ale doceniam jej
      inność i tobie też toradzę, jej najlepszym kumplem jest 4 lata
      starszy kuzyn i tak jest dobrze.
      • lea_may Re: stara malutka 31.07.09, 04:19
        Dziekuje, ze piszecie. Pewnie martwie sie bez powodu. Smuci mnie
        po prostu widok mojej coreczki spacerujacej sobie samotnie na
        przedszkolnym placu zabaw, gdy inne dzieci biegaja, dokazuja i ...
        sa po prostu dziecmi. Mala nie jest z tego powodu nieszczesliwa (to
        raczej ja mam problem). Dzieci ogolnie ja lubia. Ona (teoretycznie
        przynajmniej) tez mowi, ze lubi wszystkie dzieci w swojej klasie.
        Jej swiat fantazji jest bardzo wybujaly i trudny do okielznania.
        Taka Ania z Zielonego Wzgorza. Mala poza tym ma bogate
        zainteresowania, uwielbia rysowac (najczesciej ilustruje
        opowiadania, ktore sobie sama opowiada), praktycznie nie bawi sie
        zabawkami, wiec faktycznie zabawy innch dzieci troche ja nudza.
        Jest bardzo wrazliwa- nie lubi przemocy - nawet w bajkach ( do
        dzisiaj nie chce slyszec bajki o Czerwonym Kapturku, bo wilk tak
        straszny.
    • agazuchwa Re: stara malutka 04.08.09, 09:49
      ja w żłobku i przedszkolu bawiłam się w kącie zupełnie
      sama "wezwana" na kółka szłam odrobić pańszczyznę i wracałam do
      swoich spraw, keidy mama "wyrzucała" mnie na podwórko obchodziłam
      plac zabaw z rekami założonymi za siebie ( a że byłam grubiutka
      ponoć wyglądałam jak proboszczwink wracałam i pytałam czy moge sie juz
      bawić kiedy miałam 13 lat....mama stwierdziła że sie przemodliławink
      chodziłam na terningi lekkkiej atletyki, na oazę, należałam do
      harcerstwa i na milion kółek......w domu mnie nie byłosmile
    • srebrnarybka Re: stara malutka 05.08.09, 16:45
      Czy ktoras z Was drogie mamy tez boryka sie z czyms takim?

      Ja. Borykam się ze sobą już kilkadziesiąt lat. Byłam wychowywana
      podobnie, jak Twoja córka. Nie miałam młodszej siostry, ale i nie
      chodziłam w ogóle do przedszkola, jeśli mama nie mogła się mną
      zajmować, wynajmowała studentki, które chodziły ze mną na spacery.
      Pamiętam, jak jednak z nich, studentka filozofii, tłumaczyła mi,
      5latce, że zło nie istnieje, tylko jest brakiem dobra. Potem w wieku
      7 lat poszłam do szkoły. Bardzo chciałam, bo w domu z rodzicami i
      babcią było przeraźliwie nudno. No, i zaczął się koszmar, bo byłam
      zupełnie nieprzygotowana do funkcjonowania w grupie. Ciężką pracą
      doszłam do tego, że na studiach miałam już przyjaciół, chociaż nadal
      (studia skończyłam już dawno) moje relacje międzyludzkie nie są
      prawidłowe. Całe życie (od pójścia do szkoły) bardzo z tego powodu
      cierpię. Nie lekceważ tego, ale niestety obawiam się, że jest już za
      późno i Twojej córce grozi podobne cierpienie. Matki, nie
      lekceważcie tego, bo uwielbiacie rozmawiać ze swoimi mądrymi
      cóeczkami. Pięknie, ale córeczki istnieją nie po to, by sprawiać Wam
      przyjemność, ale po to, by były mądrymi, dobrymi i szczęśliwymi
      ludźmi. Myślcie o tym, by w tym świecie było im dobrze. Jak trudno
      zrozumieć, że miłość polega na troszczeniu się o dziecko i o jego
      prawidłowy rozwój, a nie na czułości i spędzaniu jak najwięcej czasu
      razem. Bo dziecko łatwo można zagłaskać.
      • lea_may Re: stara malutka 06.08.09, 00:58
        Srebrnarybka
        Moze w tym co piszesz jest troche racji. Sama wyrzucam sobie, ze
        moze jakos przedobrzylam w wychowaniu malej. Sek w tym, ze byla
        bardzo absorbujacym dzieckiem. Nigdy nie chciala sie bawic
        samodzielnie, zawsze ja bylam najlepsza towarzyszka zabawy. Nie mamy
        w otoczeniu zbyt duzo znajomych dzieci. Zanim zaczela przedszkole,
        raz w tygodniu zabieralam ja na 2 godziny do play-group (mieszkamy
        za granica), zeby miala kontakt z dziecmi. Od 3-ciego roku zycia
        chodzi do przedszkola na 3 godziny (mamy tylko taka mozliwosc)
        Przez pierwsze dwa lata wlasciwie nie wlaczala sie w zabawy innych
        dzieci. W tym roku miala kolezanke, z ktora spotykala sie tez po
        zajeciach (choc czesto nie specjalnie chciala sie z nia bawic).
        Chodzila tez na zajecia sportowe. Trzy dni temu skonczyla
        tygodniowe polkolonie nad morzem.
        Przykro mi, ze Tobie bylo tak ciezko. Nie chce tego dla mojej
        coreczki. Zabolalo mnie jednak, ze swoim postem zabierasz mi
        nadzieje, ze mala jeszcze sie uspoleczni - piszac, ze jest juz
        pewnie dla niej za pozno.
        Pozdrawiam
        lea_may
        • srebrnarybka Re: stara malutka 06.08.09, 09:54
          Przykro mi, że mój post nie by dla Ciebie pocieszający, ale opisałam
          własne doświadczenia z pierwszej ręki. Co więcej - moja mama, tak,
          jak Ty, dostrzegała to, że nie umiem się bawić z innymi dziećmi, np.
          zaproszonymi na konderbal, ale nie widziała w tym problemu. Uważała,
          że ten typ tak ma i nie warto tego zmieniać, to po pierwsze. Po
          drugie - mała dziewczynka zachowująca się poważniej niż rówieśniczki
          i chętnie rozmawiająca z mamą, nudzącą się w domu, albo znajomymi,
          którzy odwiedzali rodziców, była w obsłudze łatwa i przyjemna. Można
          było żyć po swojemu, czyli po dorosłemu, tyle, że miało się
          półdorosłego towarzysza, którego zawsze można było odesłać do lalek
          albo później do książek, jak się chciało bardziej dorosłej rozmowy z
          przyjaciółmi. A jak przyjaciół nie było, była na miejscu żywa
          maskotka. Gdyby mama trochę pomyślała i próbowała organizować mi
          jakieś uspołecznienie, wymagałoby to trochę wysiłku. Więc lepiej
          było problemu nie zauważyć. Po trzecie - moja mama rzeczywiście nie
          do końca widziała problem (chociaż przyznaje, że widziała), bo sama
          była przed wojnną wychowywana w rodzinie ziemiańskiej przez dziadków
          i domową nauczycielkę, z dziećmi służby nie wolno było jej się
          bawić, starszy brat z gimnazjum w mieście przyjeżdżał tylko na
          ferie, a dzieci właścicieli sąsiedniego majątku były kilka
          kilometrów dalej, więc nie było czasu ich stale odwiedzać. Ten
          sposób wychowania okaleczył także moją mamę, co widzę, ale jej
          doświadczenie sprawiało, że uważała, że wszystko jest OK.
          Napisałam post nie po to, by Cię straszyć, ale by ostrzec. Ciebie i
          inne foremki, które, jak się zorientowałam z innych postów, problemu
          nie widzą. Przecież to tak miło rozmawiać z takim słodkim aniołkiem.
          Miło, tylko dziecko nie jest miłą maskotką dla rodziców. To rodzice
          są dla dziecka, by zapewnić mu prawidłowy rozwój, a nie dziecko po
          to, by zaspokoić potrzeby emocjonalne rodziców.
          • lea_may Re: stara malutka 07.08.09, 00:30
            Srebrnarybka,widze, ze duzo w tobie goryczy i zalu do mamy. Mam
            nadzieje, ze kiedys uda Ci sie przebaczyc i przejsc nad tym
            wszystkim do porzadku dziennego. Mysle jednak, ze roznie sie od
            Twojej mamy. Moja coreczka nigdy nie byla latwa w obsludze, zawsze
            wymagala duzo uwagi. Nigdy nie zagadywalam jej na smierc czy tez
            szukalam w niej towarzystwa na wypelnienie moich nudnych dni. Nadal
            do znudzenia (mojego)bawimy sie w dom, ciuciubabke, chowanego itp,
            gdy nie ma towarzystwa rowiesnikow. Mala ma rowniez mlodsza o 4
            lata siostre, ale ta nie jest jeszcze wystarczajaco kumata by bawic
            sie z 6-cio latka. Mieszkamy w malej miejscowosci. Do najblizszego
            miasta mamy ponad godzine drogi. Gdy tylko pogoda pozwala chodzimy
            na place zabaw, basen i do biblioteki (fakt, ze zadko udaje nam sie
            tam spotkac inne dzieci). W miare mozliwosci finansowych staramy
            sie tez aby mala miala jeszcze inne zajecia popoludniami. Wydaje mi
            sie, ze mala juz tak ma (jej mlodsza siostra od zawsze wykazuje
            wieksze zainteresowanie rowiesnikami). Nie moge sobie zarzucic
            olewania sprawy, choc czasami sie zastanawiam, czy z braku
            rowiesnikow nie stalam sie dla niej zbyt dobra partnerka do zabawy
            (nie straszne mi zjezdzalnie i drabinki na placach zabaw smile). Poza
            tym moja coreczka jest bardzo zdolnym dzieckiem, ma ogromny zasob
            slownictwa. Plynnie posluguje sie polskim i angielskim, sama
            nauczyla sie czytac w obu jezykach w wieku niecalych 5 lat, wiec
            intelektualnie odstaje znaczaco od rowiesnikow. Mam nadzieje, ze
            tak jak pisza pozostale mamy, jeszcze jest dla niej szansa na
            uspolecznienie. Bardzo chce w to wierzyc. Czas pokaze
            • srebrnarybka Re: stara malutka 07.08.09, 08:57
              To, że przebaczę mojej 81letniej matce nie naprawi mi spieprzonego
              życia. Napisałam ten post nie po to, by się zemścić na matce, która
              forum wychowanie nie czyta, tylko, żeby przestrzec inne matki, że
              mogą w ten sposób skrzywdzić swoje dzieci.
              Teraz jest taki "trynd", że za największy sukces wychowawczy uważa
              się to, że dziecko jest silnie związane z rodzicami, spędza z nimi
              dużo czasu, lubi się przytulać, wybiera ich towarzystwo etc. Otóż to
              nie jest żaden sukces wychowawczy, bo dzieci nie wychowuje się po
              to, by były kolegami rodziców, ale by poradziły sobie żyjąc w
              następnycm pokoleniu, tym, które będzie po nas. Sukcesem
              wychowawczym nie jest to, że dziecko, chocaiż już nie maluszek, lubi
              się przytulać i bawić z mamusią, ale to, że potrafi się poruszać w
              grupie rówieśników. Bo to z nimi będzie żył całe życie, a nie z
              mamusią. No, chyba, żę tego nie oczekujemy. Owszem, znałam osobę,
              mężatkę wykonującą ciekawy zawód, która popełniła samobójstwo po
              śmierci matki. Bo życie w świecie, w którym nie ma matki, dla 50
              letniej kobiety straciło sens. Nie można sobie chyba wyobrazić
              silniejszego związku córki z matką. Czy uważasz, że ta matka
              odniosła sukces wychowawczy?
              • srebrnarybka Re: stara malutka 07.08.09, 09:01
                P.S. Inne foremki wcale nie pocieszją Cię, że córka się uspołeczni.
                Inne foremki po prostu w ogóle nie widzą problemu.
                I druga uwaga - przepraszam, może się obrazisz. Gdybyś nie bawiła
                sie całe dnie z córką na zjeżdżalni, to co być robiła? Masz jakieś
                hobby, zawód, lubisz czytać książki etc.? Jeśli nie, to wbrew
                pozorom córka jest świetnym wypełniaczem. A córka nie jest od tego.
                • misia311 srebrnarybka 07.08.09, 11:55
                  napisałaś to czego ja nie umiałam ubrać w słowa
                  bardzo mądrze piszesz o wychowywaniu, myślę, że w obecnej dobie
                  wsechobecnych poradników wychowawczych wiele matek się pogubiło lub
                  usprawiedliwia własne "lenistwo wychowacze" opacznie zrozumianymi
                  poradami
                  skrajnie irytuje mnie określenie "ten typ tak ma" - usprawiedliwa
                  każde zachowanie oraz tłumaczy brak reakcji ze strony opiekunów
                  Nie mówię, że jestem matka idealną, oczywiście, że nie jestem i
                  zapewne nigdy nie będę ale zdaję sobie sprawę, że poki co to my
                  dorośli kształtujemy świat naszych dzieci i nie mozemy myśleć o
                  wygodnej sytuacji dla nas tylko dla dzieci ( to tak apropos wątku o
                  bezsilnosci), to one mają sięczuć komfortowo w swoim towarzystwie i
                  swoich rówieśników. A to czy będą zależy od opiekunów
                  • srebrnarybka Re: srebrnarybka 07.08.09, 13:17
                    Dziękuję za pochwały. Pozdrawiam
                • lea_may Re: stara malutka 10.08.09, 05:11
                  Srebrnarybko,
                  Po pierwsze nie pisalam, ze celem Twojego postu jest wyzycie sie na
                  matce. Wrecz przeciwnie - mam wrazenie, ze to na mnie probujesz sie
                  wyzyc za niepowodzenia odniesione w dziecinstwie i mlodosci. Nic o
                  mnie nie wiesz, a przypisujesz mi cechy twojem matki. Nie czytasz
                  uwaznie moich postow. Juz sam fakt ze zdecydowalam sie napisac
                  swiadczy o tym, ze jednak widze problem i zastanawiam sie jak go
                  rozwiazac. Wzielam pod uwage Twoje sugestie, ze moze jest w tym
                  takze czesc mojej winy i przyznalam, ze moze masz racje, bo
                  faktycznie stalam sie dla mojej corki dosc dobra partnerka do
                  zabaw. Choc z drugiej strony, nie wiem w jaki sposob pozostawienie
                  jej samej sobie na opustoszalym placu zabaw mialo by sie przyczynic
                  do jej uspolecznienia. Prawda, lubie sie nia zajmowac, lubie z nia
                  rozmawiac i spedzac czas. Nie znaczy to jednak, ze zabawy z corka sa
                  dla mnie wypelniaczem czasu, tak jak to napisalas. Oczywiscie, ze
                  zamiast zjezdzac z nia na zjezdzalni wolalabym w tym czasie poczytac
                  jakas fajna ksiazke, obejrzec film czy zrobic cos innego. Zalozylam
                  jednak, ze to wlasnie ja jestem dla niej, a nie ona dla mnie i kiedy
                  na opustoszalym placu zabaw jestem dla niej jedyna partnerka do
                  zabawy, to po prostu bawie sie z nia. A w odpowiedzi na Twoje
                  pytanie to.. tak mam zawod ( w ktorym na razie nie pracuje, bo
                  jestem w domu z dziecmi), mam bardzo konkretne hobby, lubie czytac
                  ksiazki wieczorami kiedy dziewczynki spia. Do tego mam jeszcze
                  meza, i druga corke, ktora pomimo tego, ze jest rowniez wychowywana
                  przeze mnie i w ten sam sposob jak starsza jest o wiele bardziej
                  zainteresowana rowiesnikami niz starsza byla w jej wieku.
                  Nie wiem jakie sa teraz trendy w wychowaniu. Nie czytam poradnikow,
                  nawet tu na forum zagladam od czasu do czasu. Wychowuje moje dzieci
                  tak jak podpowiada mi instynkt. Tu na forum napisalam, bo marwie
                  sie o moje dziecko i chcialam sie dowiedziec czy problem jest na
                  tyle duzy zeby udac sie z nia do specjalisty. Naskoczylas na mnie,
                  krytykujac mnie (wlasciwie to nie mnie tylko swoja matke, bo do
                  teraz nie wiem co konkretnie w moim postepowaniu z corka przekonalo
                  Cie, ze robie z niej maskotke, ktora zaspokaja moje potrzeby
                  emocjonalne). Byla bym wdzieczna za jakies konkretne rady. Wydaje
                  mi sie, ze robie dosc duzo aby corka przebywala w grupie
                  rowiesnikow. Twoja diagnoza, ze moja 6 letnia corka juz sie nie
                  uspoleczni i dzieki mnie ma zmarnowane zycie jest chyba postawiona
                  troche na wyrost. I jeszcze jedno... zrzucanie winy za popaprane
                  zycie na matke w Twoim przypadku moze byc troche pojsciem na
                  latwizne. Wierz mi, wiele osob ( w tym ja), przeszlo w dziecinstwie
                  o wiele wieksza traume niz nadopiekuncza i zaborcza matka i jakos
                  nie wyszlismy na popaprancow zyciowych.
                  • srebrnarybka Re: stara malutka 10.08.09, 10:51
                    Po pierwsze nie pisalam, ze celem Twojego postu jest wyzycie sie na
                    > matce. Wrecz przeciwnie - mam wrazenie, ze to na mnie probujesz
                    sie
                    > wyzyc za niepowodzenia odniesione w dziecinstwie i mlodosci. Nic o
                    > mnie nie wiesz, a przypisujesz mi cechy twojem matki.

                    - uderz w stół - nożyce się odezwą. Starałam się w oparciu o własne
                    doświadczenie pokazać Ci, że problem, o którym piszesz, jest
                    poważny. Nie rozumiem, dlaczego uważasz to za próbę "wyżycia się" na
                    Tobie.

                    Wzielam pod uwage Twoje sugestie, ze moze jest w tym
                    > takze czesc mojej winy

                    ja tego nie oceniam w kategoriach winy. Ani w wypadku mojej matki,
                    ani Twoim. Ani moja matka, ani Ty nie zamierzacie rozmyślnie
                    szkodzić dziecku, a tylko wtedy możnaby mówić o winie. Po prostu
                    moja matka nie zdawała sobie sprawy w ogóle, a Ty też nie do końca,
                    ze skutków takiego, a nie innego sposobu wychowania.

                    Zalozylam
                    > jednak, ze to wlasnie ja jestem dla niej, a nie ona dla mnie i
                    kiedy
                    > na opustoszalym placu zabaw jestem dla niej jedyna partnerka do
                    > zabawy, to po prostu bawie sie z nia.

                    jeżeli założyłaś, że jesteś dla niej, to może warto tak
                    zorganizować, żeby miała inne miejsce do zabawy, niż opustoszały
                    plac zabaw. Wożenie jej na inny plac zabaw albo organizowanie
                    towarzystwa rówieśników, np. sąsiadów, może być bardziej uciążliwe
                    niż pozjeżdżanie z dzieckiem samemu, ale jesteś dla niej...

                    I jeszcze jedno... zrzucanie winy za popaprane
                    > zycie na matke w Twoim przypadku moze byc troche pojsciem na
                    > latwizne. Wierz mi, wiele osob ( w tym ja), przeszlo w
                    dziecinstwie
                    > o wiele wieksza traume niz nadopiekuncza i zaborcza matka i jakos
                    > nie wyszlismy na popaprancow zyciowych.

                    za pozwoleniem, ale ja też za poprańca życiowego się nie uważam. Dla
                    przezwyciężenia szkód, których narobiło mi opisane tu wychowanie,
                    zrobiłam bardzo wiele własnym ciężkim wysiłkiem. Ale nic na to nie
                    poradzę, że gdzieś głęboko w podświadomości mam zakodowane, że żyję
                    tak naprawdę wyłącznie dla rodziców i bardzo trudno jest to
                    zwalczyć.
                    A co do zwalania na rodziców: forum nie czytujesz, ale poczytaj
                    sobie. Forum roi się od połajanek matek, które obwiniają się
                    wzajemnie o brak troski o dziecko, bo np. któraś nie usynia dziecka,
                    tylko ono zasypia samo, któraś nie chce karmić łyżeczką 5latka,
                    któraś ośmieliła się zostawić 3 latka na 2 babci i wyjechać na
                    wycieczkę, któraś ośmieliła się zostawić dziecko pod opieką
                    wieczorem i pójść do teatru etc. Licytują się, ile która dla dziecka
                    robi i jak się poświęca. Ale wtedy, gdy pojawia się problem w
                    kontakcie psychicznym z dzieckiem, który można wyeliminować bez
                    specjalnych poświęceń, np. zmieniając sposób zwracania się do
                    dziecka (to dotyczy wątku o bezsilności, bo tam pisałąm o
                    maskotkach), zrobić krok w stronę dziecka, który nie wymaga
                    specjalnego wysiłku i którym nie można się pochwalić na forum,
                    reakcja jest zupełnie inna. Dziecko, które chce czegoś zupełnie
                    drobnego i łątwego do załatwienia, ale czegoś innego, niż chcą
                    rodzice, okzuje się diabełkiem o małym rozumku, którego trzeba
                    złamać. Bo odnoszę wrażenie, że łatwiej jest pochwalić się na forum,
                    że zrezygnowało się z pracy zawodowej, niż, że przestało się mówić
                    do dziecka aniołku albo "sprzedało" dziecko na popołudnie do
                    sąsiadów, by tam bawiło się z dziećmi. Bo, bo to drugie, to żadne
                    poświęcenie.
                    I jeszcze jedno: nie można 3latka zostawić na jeden wieczór pod
                    opieką babci i pójść do teatru, bo będzie miał traumę, której nie
                    wybaczy do śmierci i odda rodziców do domu starców. Ale ja mam
                    wybaczyć matce to, że robiąc ze mnie koleżankę przesłoniła mi cały
                    świat i skrzywiłą życie emocjonalne i kontakty z rówieśnikami, a
                    ojcu, że leceważąc moje wielkrotne prośby nigdy nie zwracał się do
                    mnie moim indywidualnym imieniem i nigdy nie chciał dostrzec mojej
                    osobowości i mnie wysłuchać, bo traktował mnie, jak maskotkę. I z
                    pewnością to moja wina, że mi się nie podobało zwracanie do mnie
                    ojca i sposób wychowania przez matkę. Przecież to jest pogląd
                    skrajnie upośledzający dziecko i akceptujący to, że rodzice mogą
                    dowolnie lepić je z plasteliny.
                    Mam nadzieję, że przemyślisz, co napisałam. Życzę dobrego wejścia w
                    szkołę Twojej córce i tego, by nie musiała mieć przeżyć podobnych do
                    moich.
                    Pozdrawiam
                    • pam_71 Re: stara malutka 10.08.09, 11:59
                      >Ale nic na to nie
                      >poradzę, że gdzieś głęboko w podświadomości mam zakodowane, że żyję
                      >tak naprawdę wyłącznie dla rodziców i bardzo trudno jest to
                      >zwalczyć.

                      Potwierdzam ... bardzo trudno.... Jestem jedynaczka i mam apodyktyczną (ale
                      jednocześnie i mądrą) Mamę. Z dzieciństwa pamiętam wakacje na działce nad
                      jeziorem (na koloni nie byłam nigdy !!) i wianuszek dzieciaków, które moja mama
                      prowadzała codziennie do kąpieli ... nie leżała plackiem na plaży, nie czytała
                      gazet na brzegu, nie plotkowała z sąsiadką z pobliskiego leżaka ... pływała
                      dyskretnie w te i z powrotem pilnując rozbawionych i w większości nie swoich
                      dzieci wink Dobrze, że i dzisiaj lubi pływać z wnukami ... hihi
                      Ja też - podobnie jak Srebrnarybka (pozdro wink) w pewnym sensie "wojuję z
                      demonami" i niektóre życiowe sytuacje (które po normalnym człowieku po prostu
                      spływają) dla mnie staja się wręcz wyzwaniem ... Jakaż jednak radość kiedy to
                      "coś" się pokona wink Może jednak to moje "uspołecznianie" było o tyle
                      łatwiejsze, że moja Mama widząc brak konkurencji w domu starała się jednak
                      zadbać o moje towarzystwo podejmując pewien "wysiłek" (jak np. pilnowanie całej
                      bandy w wodzie czy odwiedziny koleżanek). Ja przyznam poszłam o krok dalej ...
                      mam dwoje dzieci z małą różnicą wieku. To chyba najlepsza szkoła życia .. bo
                      jest ten drugi z którym trzeba się podzielić .. ale i można się pobawić .. no i
                      sprzatanie porozwalanych zabawek też RAZEM szybciej idzie (nawet jeśli pierwsze
                      10min. pochłonie dyskusja w stylu " Ale ja tego nie wyciągnęłam. To On
                      porozrzucał pluszaki" etc.)
                      Zastanawiam się też (po przeczytaniu waszych wypowiedzi) czy ostatnie
                      stwierdzenie Młodej "No Mama ... jedziecie już ?!, bo ja się umówiłam do Oli ...
                      " uznać za sukces wychowawczy wink Bo moje dzieci wolą towarzystwo kolegów niż
                      nasze ... hihi Raczej napisałabym, że to po prostu naturalne zachowanie dzieci
                      w wieku szkolnym.
                      Do rozważań na temat główny - dorzuciłabym jeszcze mimo wszystko cechy osobnicze
                      dziecka(charakter). Bo z obserwacji mojej dwójki widzę, że to co dla jednego
                      jest naturalne i pozbawione stresu(Młoda potrzebuje 5min. na zawarcie znajomości
                      na placu zabaw) dla drugiego może stanowić pewien problem (Duży potrafi czasami
                      wybąkać tylko "Cześć" koleżance z klasy ... podczas gdy widać, że chętnie
                      przyłączyłby się do zabawy tylko większa grupa nieznanych mu dzieciaków Go peszy
                      ...) - ale tak u nich było od zawsze. Włącznie z tym,że Duży zwykle na "nowe
                      pomysły" jest na NIE ... co nie oznacza, że gdy spróbuje okazuje się często że
                      jest fajnie ... ale On naprawdę tak ma wink I gdyby ktoś popatrzył z boku na
                      niektóre sytuacje to oburzyłby się po co dzieciaka zmuszać do czegoś na siłę ! A
                      ja wiem, że jakby Go nie mobilizować(dosłownie nie wyciągać!) to by się chłopak
                      z domu nie ruszył ... wiem, bo miewam okresami podobnie wink
                      POdsumowują, bo chyba nieco wyszło niepoukładanie i niedokońca na temat wink W
                      odróżnieniu do Srebrnejrybki twierdzę, że nie wszystko jeszcze stracone wink Ale
                      i chyba dużo pracy ... głównie chyba w zapewnieniu towarzystwa rówieśników
                      Twojej Córce. Tu by się przydała choćby taka "wakacyjna banda z podwórka", która
                      miałaby własne tajne sprawy ...
                      Pozdrawiam
                      Pam

                      • srebrnarybka Re: stara malutka 10.08.09, 12:54
                        dziękuję za zrozumienie. Oczywiście, że nigdy nie jest wszystko
                        stracone, ale im później, tym trudniej.
                        Pozdrawiam
    • misia311 Re: stara malutka 06.08.09, 10:41
      Towarzystwa dorosłych się nie boi bo zna ( z uwagi na częste
      obcowanie) natomiast towarzystwa równiesników nie zna bo rzadzej w
      nim przebywa. A to co nieznane zazwyaczaj odstrasza
      • lea_may Re: stara malutka 10.08.09, 05:16
        Misia,
        Tylko,ze ona sie nie boi rowiesnikow. Potrafi, wspaniale nawiazac
        kontakt slowny z dziecmi. Wypytac je o to co ja interesuje.
        Problem w tym, ze nie bawia jej zabawy rowiesnikow. Ona po prostu
        lubi gadac.
        • triss_merigold6 Re: stara malutka 10.08.09, 20:19
          Trudno żeby sześciolatka bawiła się z dwulatką. W każdym razie w coś
          nienudnego dla sześciolatki na dłuższą metę.
          Z własnego doświadczenia - byłam takim dzieckiem, wychowywanym wśród
          dorosłych, traktowanym bardzo poważnie, nad wiek dojrzałym. Wczesne
          czytanie, ogromny zasób słów, wybujała fantazja i zero umiejętności
          społecznych. Właśnie "stara malutka" w okresie przedszkolnym i
          wczesnoszkolnym. Ja się dzieci bałam, do pewnego momentu
          paraliżowała mnie nieśmiałość, nie potrafiłam sie wyluzować na tyle,
          żeby spontanicznie biegać, krzyczeć, wolałam towarzystwo dorosłych.
          Błąd moich starych i dziadków, oni uważali, że jestem właśnie
          spokojna i poważna a to była niesmiałość. I z boku też nie wyglądało
          to na strach przed rówieśnikami, wręcz przeciwnie potrafiłam się
          bawić jeśli ktoś mnie zachęcił.
          Przeszło mi gdzieś koło 5 klasy podstawówki, po kolejnej zmianie
          szkoły ale pamiętam tamten stres, swoją nieprzystawalność do innych
          dzieci i jednocześnie bardzo dużą potrzebę kontaktu z dziećmi.

          Brutalnie powiem - odetnij ją od dorosłych. Organizuj towarzystwo
          dzieci nawet na siłę. Sprowadź parę razy na ziemię - jest dzieckiem
          i dorosłe konwersacje prowadzone w poważny sposób moga poczekać.
          • nolus Re: stara malutka 10.08.09, 22:24
            o jezu, jakbym o sobie czytała. też byłam(jestem?) taką "starą malutką".
            jedynaczka, spędzająca czas głównie z rodzicami i starszymi kuzynami, charakter
            samotnika i do tego introwertyk. zamiast bawić się z dziećmi na dworze wolałam
            czytać w domu książki. byłam zdolnym, grzecznym i bardzo ułożonym dzieckiem, o
            wiele dojrzalszym od rówieśników.kiedyś wydawało mi się to zaletą, teraz uważam
            to za katastrofę wychowawczą. pamiętam tę swoją "drętwość", te poważne
            wypowiedzi zupełnie nie pasujące do 11-letniej dziewczynki...do dzisiaj mi to
            niestety zostało i chyba już tego nie wyplewię. nie pozwalaj na to, żeby córka
            przebywała za dużo z dorosłymi, ja przez to nigdy nie umiałam myśleć i
            funkcjonować jak dziecko. z drugiej strony może nie jesteś wszystkiemu winna -
            są takie dzieci(wina introwertyzmu chyba), które nie są specjalnie towarzyskie,
            nie lubią funkcjonować w grupie i wolą samotność. jeśli znajdą sobie towarzystwo
            kilku kolegów, to nie odbiegają od normy. ale tak, to zdecydowanie utrudnia życie.
            • srebrnarybka Re: stara malutka 10.08.09, 22:30
              Co do wnioskow popieram Szanowne Koleżanki w całej rozciągłości.
              Przestanmy tylko pisać o winie - to nie problem winy, bo przecież
              Autorka wątku nie zamierzała celowo szkodzić córce, a tylko wtedy
              możnaby mówić o winie. Tak wyszło, nie dostrzegła problemu.
              Człowiek, także rodzic, może się mylić. Ważne teraz, żeby Autorkę
              wątku uczulić na to, że sprawa jest poważna i trzeba dziecko
              uspołecznić. Nie jest dobrze, że dzieje się to w przededniu pójścia
              do szkoły, ale lepiej późno, niż wcale.
              • pam_71 Re: stara malutka 11.08.09, 10:44
                Szkoły bym nie "tragizowała". Mój Duży chodził do przedszkola, ale jak sam teraz
                mówi ... chyba nikt Go nie lubił ;-( Zawsze był z boku grupy i na dodatek z
                Panią kontakt ograniczony (dzieci się jej normalnie bały !). Na dodatek Duży
                uwielbia opowiadać o swoim hobby no i często moralizuje ;-/
                W pierwszej klasie trafił na super Panią i całkiem zgraną grupę rówieśników.
                Mieliśmy dużo szczęścia (szkoła rejonowa). Został zaakceptowany przez grupę ,
                nawet został w zeszłym roku Wice-Przewodniczącym (a to niezły awans .. hihi) klasy.
                Pam
                • srebrnarybka Re: stara malutka 11.08.09, 15:50
                  W opisanej sytuacji nie ma w ogóle sensu tragizować, tylko trzeba
                  postarać się o uspoecznienie dziewczynki. Co do Twojego syna - nie
                  wykluczam, że doświadczenie przedszkolne, mimo, że pobyt w
                  przedszkolu był zasadniczo nieudany, przydało się jako pewien
                  trening przed szkołą i już w szkole syn mógł np. uniknąć jakichś
                  zachowań, które w przedszkolu nie zaskarbiły mu sympatii kolegów, bo
                  już wiedział, że tak się nie postępuje. Dobrze, że Autorka wątku
                  dostrzegła problem i myśli, jak mu zaradzić.
                  • tata.kasi Re: stara malutka 16.08.09, 21:48
                    Twoje rady sa bardzo cenne, bo z pozycji osoby, której brakowało
                    socjalizacji z rówieśnikami. Od siebie moge tylko dodac, ze od
                    połowy pierwszej klasy córki mieliśmy symptomy problemów z brakiem
                    towarzystwa rówieśników. Wymuszone sytuacja, bo mieszkamy pod
                    miastem, pracujemy w mieście i córka ma szkołę w miescie. W dodatku
                    jest jedynaczką (jak łatwo się zorientowac wink...Zaczeło jej bardzo
                    brakować zabaw z dziećmi. Zanim poznała dzieci sasiadów
                    zapraszalismy do domu koleżanki z klasy (i nadal zapraszamy) na
                    nocleg z piatku na sobote lub na weekend z noclegiem. I to był
                    strzał w 10-tkę smile. Bo dzieci były ze sobą cały czas, włącznie z
                    kładzeniem sie spać w jednym pokoju (podczas którego to kładzenia
                    się byłem grzecznie, ale stanowczo proszony o "sobie pójście, bo my
                    rozmawiamy").
                    W każdym razie może taka forma bycia razem, w warunkach domowych,
                    gdzie dziecko czuje się bezpiecznie, może pokazac swoje zabawki,
                    ulubione miejsca, książki...otworzyć się. Może to by trochę córkę
                    przekonało do rówiesników? Zresztą, nie tylko zabawa, ale inne
                    czynności wykonywane wspólnie są okazją, do oswajania się -
                    uczestnictwo w przygotowaniu posiłków, sprzataniu, wyprowadzenie psa
                    na spacer, karmienie kotów...pomoc mamie w zakupach na targu, itd...

                    Dodatkowy aspekt, to fakt, ze córka się czuje o wiele pewniej "na
                    swoich smieciach", trochę "przewodzi stadu", inicjuje zabawy. Trzeba
                    tylko uważac, żeby absolutnie przy innych nie mieć do niej żadnych
                    uwag, bo przeżywa je w sposób zwielokrotniony.
                    Pozdrawiam smile
                    • pam_71 Re: stara malutka 18.08.09, 12:31
                      tata.kasi napisał:

                      >Trzeba
                      > tylko uważac, żeby absolutnie przy innych nie mieć do niej żadnych
                      > uwag, bo przeżywa je w sposób zwielokrotniony.

                      To niestety jest typowe dla jedynaków wink Ja nie mogę się tego pozbyć do dzisiaj
                      ;-(
                      • tata.kasi Re: stara malutka 18.08.09, 12:52
                        To zależy jak się podchodzi do dziecka. Ja w ogóle uważam, że
                        omylność jest w pewnym stopniu cnotą, o ile wyraża usiłowanie
                        zmierzenia się z nowym. W tym sensie pracuję nad tym, żeby córka
                        ponosiła porażki, nie bała się dysonanu poznawczego i wyrobiła sobie
                        zdolnośc do obiektywnej autoanalizy własnego postępowania, która
                        pozbawi ją owego paraliżującego lęku przed porażką. smile
              • lea_may Re: stara malutka 12.08.09, 04:50
                No to jeszcze raz od poczatku, bo widze ze nie wszyscy mnie
                rozumieja, lub przeczytali wszystkie moje posty. Od zawsze zdawalam
                sobie sprawe, ze bede musiala zadbac o uspolecznienie malej. Gdy
                miala 10 tygodni po raz pierwszy zabralam ja do play-group, gdzie
                spotykaly sie matki dzieci w wieku przed-przedszkolnym. Chodzilam z
                nia tam regularnie co tydzien przez dwa lata. Czesto odwiedzalysmy
                sie tez z mamami "grupowych" dzieci. Gdy mala miala okolo 15
                miesiecy zaczela z wielka niechecia odnosic sie do jakichkolwiek
                domowych gosci. Kazda wizyta, nawet znanych jej osob (dzieci i
                doroslych) konczyla sie rykiem, wspinaniem do mnie na kolana, proba
                wyrzucenia gosci z domu (to juz gdy potrafila wiecej mowic). Wizyty
                u znajomych byly nadal OK, ale nie bawila sie z dziecmi, byla po
                prostu zainteresowana ich zabawkami. Gdy tylko bylo to mozliwe
                zapisalam ja do przedszkola. Chodzi juz tam od 3 lat choc wcale nie
                musi poniewaz ja na razie nie pracuje i z powodzeniem mogla by
                zostac w domu. Jedyne dostepne dla nas przedszkole, operuje tylko
                w godzinach przedpoludniowych, wiec o 12 w poludnie odbieram ja z
                przedszkola. Po przedszkolu, gdy tylko pogoda dopisuje chodzimy na
                plac zabaw. Czasami uda nam sie tam kogos spotkac, czasami umawiam
                sie na spotkanie z ktoryms z rodzicow przedszkolnych. Czesto jednak
                jestem tam z dziecmi sama. Nie pisze tu o jednym placu zabaw na
                ktory chodze. Jest ich tu kilka - wszystkie przerazliwie puste.
                Taka jest specyfika regionu w ktorym mieszkamy. Sasiadow nie mamy
                tez zbyt wielu. Zadna z rodzin nie ma dzieci w wieku mojej starszej
                corki. Czesto zapraszam do nas sasiadke ktora ma coreczke mlodsza
                od malej o 3 lata, ale nawet gdy zaczynaja sie bawic, to trwa to
                tylko pare minut, a potem mala sie nudzi. Przez caly ostatni rok
                mala grala w druzynie pilki noznej (na poczatku nawet bardzo
                chciala, ale po pierwszym treningu miala dosyc, my po prostu nie
                pozwolilismy jej zrezygnowac ). Od poczatku tego lata wlasciwie
                codziennie chodzimy na basen, gdzie jest co prawda sporo dzieci, ale
                mala sie z nimi nie chce bawic, bo jak powiada jest "zajeta
                nurkowaniem". Przez okres wakacji zaliczyla tez zajecia letnie w
                szkolce przykoscielnej, zajecia artystyczne w domu kultury i
                spotkania dzieciece w bibliotece. Nawet gdy bylismy na wakacjach u
                dziadkow nad morzem, to codziennie chodzila na zajecia dla dzieci
                (gry, zabawy i chlapanie na plazy) przy miejscowym klubie wodnym. O
                problemie rozmawialam z wychowawczynia malej w przedszkolu juz dwa
                lata temu. Obiecala popracowac nad nia, efekt faktycznie troche
                byl, bo przez ostatni rok zamiast ciagle siedziec sama zaczela sie
                od czasu do czasu bawic z jedna z kolezanek. Kolezanka czesto nas
                odwiedza, sa dni kiedy potrafia sie troche razem pobawic. Innymi
                dniami - zupelna katastrofa. Moje zachety zupelnie na nia nie
                dzialaja.
                Zazwyczaj nie zabieramy dzieci na spotkania doroslych. Nie mamy w
                poblizu zadnej rodziny. Kontakt z doroslymi maja zazwyczaj wtedy
                gdy dzieci rowniez sa obecne. Mala po prostu zawsze wybiera
                towarzystwo rodzicow swoich rowiesnikow. Dodam jeszcze, ze mlodsza
                coreczka jest bardzo towarzyska i uwielbia towarzystwo dzieci.
                Srebrnarybko, pisze jeszcze raz. Nie jest tak ze problem
                zauwazylam dopiero teraz. Nie szukalam wczesniej pomocy na forum,
                bo myslalam, ze dam sobie jakos rade z tym problemem. Teraz brakuje
                mi juz pomyslow. Napisalam, bo sie bardzo martwie. Wydaje mi sie,
                ze zrobilam i robie dosc duzo aby mala spedzala czas z
                rowiesnikami. Boje sie, ze moze to byc sprawa jakichs zaburzen
                rozwoju spolecznego. W momentach rozpaczy przychodzi mi nawet do
                glowy zespol Aspergera. Dlatego, zanim zdecyduje sie ciagac mala po
                psychologach chcialam sie najpierw dowiedziec na ile takie
                izolowanie sie od rowiesnikow w tym wieku jest normalne.
                • srebrnarybka Re: stara malutka 12.08.09, 10:35
                  Z tego, co piszesz, wynika, że robisz bardzo dużo, by córkę
                  uspołecznić i fakycznie może trzeba poradzić się psychooga. Ja w
                  żadnym z postów nie chciałam Ciebie "potępiać", bo nie uważam się za
                  kompetentną do osądzania kogokolwiek. Podkreślałam tylko, że moim
                  zdnaiem uspołecznienie dziecka jest rzeczą bardzo ważną, a obecnie
                  wiele matek tego nie rozumie i uważa, że jeśli dziecko lubi ich
                  towarzystwo, to wszytko jest oK, bo mają silny kontakt z dzieckiem.
                  Skoro tyle wysiłku wkładasz w uspołeczenienie, to widać problem
                  rozumiesz. Pozdrawiam i życzę powodzenia
                  • berdebul Re: stara malutka 16.08.09, 00:53
                    Srebrnarybko nie uważasz że Twoje doświadczenia czynią Cię mocno nieobiektywną? Dzieci są różne, bo ludzie są różni. Jedni są bardziej inni mniej towarzyscy, mniej lub bardziej dojrzali i tak dalej.
                    Rodzeństwo miałam i mam, starsze. W przedszkolu chodziłam tylko do zerówki (na szczęście! więcej lat takiego karmienia skończyło by się traumą!), zawsze po za grupą do tej pory znajomych w swoim wieku policzę na palcach jednej ręki, na studiach znajomi to w większości starsze osoby, doktoranci, ale też prowadzący zajęcia. Znajomi związani z hobby również starsi, sporo z nich mogłoby być nie tylko moimi rodzicami, ale i dziadkami. Nie mam z tego powodu żalu do nikogo, za to że pozwolono mi być 'starą malutką', że nikt na siłę nie wypychał mnie do grupy z którą nie umiałam znaleźć wspólnego języka - bo kiedy ja chciałam porozmawiać o polityce, rówieśniczki skakały w gumę. Ta dziewczynka nie musi być nieszczęśliwa dlatego że nie jest duszą towarzystwa.
                    • verdana Re: stara malutka 16.08.09, 22:17
                      No cóż. Ja bylam jedynaczką, chowaną wśrd doroslych. Moi rodzice
                      starali się mnie uspoleczniać, nawet bardzo. jedno przedszkole
                      (niewypal), kluby, zajecia z dziećmi, sąsiadki przychodzace stale do
                      mnie lub ja do nich, podwórko, drugie przedszkole. Jestem mniej-
                      więcej w wieku Sebrnejrybki i do dzis pamietam jakie to było
                      okropne, te cale uspolecznianie. Inne dzieci rodzice z trudem
                      przywolywali z podworka, mnie z trudem wyrzucali i zabraniali
                      wracać.
                      Potem byla szkola podstawowa - horror. Miałam kolezanki, ale nigdy
                      bliskie. Nie bawiło mnie szczególnie ich towarzystwo, nawet trudno
                      sie dziwic, ze ich nie bawiło moje... Dwa razy wyslano mnie na
                      kolonie i oboz - przeplakalam kolonie, obóz w liceum wspominam
                      bardzo marnie, choć miałam towarzystwo - konieczność przebywania w
                      tlumie - to nie dla mnie. W liceum bylo już nieco lepiej, na
                      studiach - nieźle, choć nigdy nie mialam dużego towarzystwa, nudzily
                      mnie dyskoteki, wyjazdy na obozy itd. Z dwoma kolezankami - tak.
                      Wiecej - mowy nie ma.
                      Jako osoba dorosła mam niewielu znajomych, przyjaciół - prawie
                      wcale. Jesli o cos mialabym pretensję do rodzicow, to o
                      uspołecznianie na siłę, bez liczenie sie z tym, co lubię.
                      Jestem nietowarzyska, wolę książki od ludzi.
                      Nie każdy musi lubic ludzi, nie kazdego da się uspolecznić, nie
                      każdy w taki sposób zmarnuje sobie życie. Ludzie sa rózni, może
                      warto o tym pamietać.
                      Jestem osobą bardzo szczęśliwą.
                      • srebrnarybka Re: stara malutka 18.08.09, 12:26
                        Rzadko nie zgadzam się z Verdaną, ale sprawa jest na tyle ważna, że
                        ją wyartykułuję. Oczywiście, że ludzie są różni i z kogoś, kto nie
                        lubi zbyt dużego towarzystwa nie zrobi się duszy towarzystwa i nie o
                        to nawet chodzi.
                        Chodzi o to, by dziecko radziło sobie w grupie w sposób elementarny.
                        Jeśli ma być nietowarzyskie, to i tak będzie, ale przez całe życie
                        będzie musiało mieć kontakty z rówieśnikami i umieć się poruszać
                        wśród ludzi, chyba, że wstąpi do zakonu kontemplacyjnego. Ja
                        wspominam szkołę podstawową jako koszmar nie dlatego, że bycie w
                        grupie jest koszmarem, tylko dlatego, że to ja nie umiałam być w tej
                        grupie. Grupa była, jaka była, klasa w szkoe podstawowej jest (była
                        wtedy, szkół społecznych nie było) kompletowana zupełnie
                        przypadkowo. Ale nie było przypadkiem, że 7letnia dziewczynka, która
                        trafiła do takiej klasy nie rozumiejąc zasad zabawy w Ole Ole Janko
                        (rozumiałam z tego "olejarko"), dwa diabełki na ratuszu, nie umiejąc
                        bawić się w gumę, klasy etc. musiała czuć się źle w grupie, jaka by
                        ta grupa nie była, bo była na funkcjonowanie w grupie zupełnie
                        nieprzygotowana. I umiejętność zabawy w takie zabawy była wtedy
                        absolutnie koniecznym elementem przygotowania do szkoły, takim
                        samym, jak znajomość języka polskiego, umiejętność zasznurowania
                        butów i przebrania się na lekcji w-fu. I uważam, że puszczenie do I
                        klasy dziewczynki w ten sposób nieprzygotowanej było poważnym
                        zaniedbaniem moich rodziców, mimo, że zawsze dbali, żebym miała
                        opiekę kulturalnych studentek, chodziła na spacery, ładnie rysowała
                        i nie nauczyła się brzydkich wyrazów (nieznajomość tych wyrazów też
                        uczyniła ze mnie w szkole niezłe pośmiewisko). Masę wysiłku włożyli
                        w rzeczy nieprzydatne, a zaniedbali coś poważnego.
                        Dla mnie posiadanie dużej liczby znajomych i przyjaciół zawsze było
                        jedną z najważniejszych spraw w życiu. Dla kogoś innego może być
                        mniej albo zupełnie nieważne. Ale nawet, jeśli się tego nie lubi,
                        umiejętność poruszania się w grupie czy środowisku jest jednak
                        przydatna. Rozumiem, że można nie lubić zabaw na podwórku czy w
                        przedszkolu. Ale w dzieciństwie nie lubiłam też mycia głowy,
                        obcinania paznokci, pisania listów do prababci, oglądania filmów
                        przyrodniczych o owadach i paru innych rzeczy. I chociaż wstręt do
                        pisania listów (do kogokolwiek, prababcia nie żyje od 30 lat) i do
                        filmów przyrodniczych mi pozostał, nie mam pretensji do rodziców, że
                        mnie do tego zmuszali, bo w ten sposób dali mi szansę nauczenia się
                        czegoś ważnego. Listów pisać nie cierpię, ale wiem, że wypada
                        odpisać i powinno się to wiedzieć, filmów przyrodniczych nie
                        cierpię, ale gdybym nie była zmuszona do obejrzenia paru, nie
                        miałabym szansy w sposób dojrzały ukształtować swoich zainteresowań
                        poprzez wybór takiej dziedziny, która mnie rzeczywiście interesuje.
                        Niestety wychowanie nie polega wyłącznie na robieniu dzieciom
                        przyjemności, ale też na przekazywaniu im pewnych wartości, czasem
                        niekoniecznie zbieżnych z wrodzonymi inklinacjami dziecka.
                        I jeszcze jedno: całe życie bardzo chciałam mieć wielu znajomych i
                        być akceptowana w grupie, ale brak przygotowania na starcie mojej
                        inicjacji społecznej sprawił, że byłam zawsze w gorszej sytuacji i
                        musiałam bardzo pracować nad tym, by tę akceptację osiągnąć. Była to
                        rzecz, o której stale marzyłam i do której cały czas bardzo
                        świadomie dążyłam i gotowa byłam wiele poświęcić, by to osiągnąć. I
                        chyba tylko zwykły fart sprawił, że mając takie nastawienia nie
                        natrafiłam w liceum ani na studiach na środowisko np. narkomanów. Bo
                        gdybym trafiła, to zapewne zaczęłabym ćpać, byle tylko utrzymać się
                        w grupie. Myślę, że dziecko, nastolatek czy młody człowiek, który
                        bez problemu radzi sobie w grupie i nie pracuje stale nad tym, by
                        się w niej utrzymać, w razie czego będzie mniej narażony na takie
                        pokusy.
                        • verdana Re: stara malutka 18.08.09, 13:58
                          Ja nie radzilam sobie w grupie w sposób elementarny, az do liceum, a
                          wlasciwie studiów. Nie umialam byc w grupie, nadal nie umiem. Zasady
                          gry mozna poznac w trzy minuty, problemem jest, jesli w tą gę nie
                          chce się grać, a nawet jak się chce - to inni z toba grac nie chcą.
                          Problemem nie jest nieznajomość zasad gier, ale to, ze pewne dzieci
                          bez problemu naucza sie takich zasad w pare dni i bede swietnie się
                          bawiły, a niektore nie. bardzo wiele dzieci w naszych czasach nie
                          chodzilo do przedszkola, nie bylo "uspolecznionych", a sobie
                          poradzily - i nawet nie zauwazylas, że startowały z takiej samej
                          pozycji. Bez przesady.
                          Obawiam się, ze naprawde nie wszystko, co nam się w zyciu przydarza,
                          jest wina czy zasługa rodziców. Niektore dzieci potrafią
                          dostosowywać się do sytuacji, nawet jesli czegos nie wiedza, inne -
                          starannie wyedukowane przez przedszkole nie potrafia, chocby rodzice
                          stawali na glowie. Ja chodzilam do przedszkola - i tez gier nie
                          znaam, bo siedziałam w kacie i czytałam.
                          No i szkola podstawowa, nawet gdy mialo się w niej klopoty z
                          uspolecznieniem, to juz nie domena rodziców. Wystarczyło czasu, aby
                          zdobyc wiedze o umiejetnosciach spolecznych. Mozna je bylo potem
                          wykorzystać w liceum, wśrod zupełnie nowych ludzi, na studiach itd.
                          czyli rodzice moga byc najwyzej odpowiedzialni za niepowodzenia
                          spoleczne w podstawowce, nie później. A i to mam watpliwosci - tak
                          naprawde, to rodzice - o ile nie ingeruja w sprawy szkolnych
                          znajomosci za bardzo, sa odpowiedzialni za to, co dzieje się w
                          klasie pierwszej.
                          Bardzo wiele dzieci w naszych czasach było chowanych w domu, przez
                          niepracujące matki - w mojej klasie co najmniej 1/3. jakos zupelnie
                          dobrze sobie radziły.
                          Ja listow pisac nie lubię i nie odpisuję. Bo to, czego uczyli mnie
                          rodzice 45 lat temu nie jest dla mnie wyznacznikiem tego, co mam
                          robic dzisiaj.
                          • srebrnarybka Re: stara malutka 18.08.09, 15:05
                            Ja też nie uważam, że wszystko, co nam się w życiu przydarza, jest
                            winą albo zasługą rodziców. Niemniej jednak akurat moje
                            doświadczenie w kwestii uspołecznienia dowodzi, że brak dobrego
                            startu był sporym obciążeniem. Ja naprawdę starałam się opanować
                            rozmaite reguły gry, ale było mi bardzo trudno. I oczywiście im
                            późniejszy etap edukacji, kiedy coraz więcej zależało ode mnie, a
                            nie od bagażu wyniesionego z domu, szło mi coraz lepiej. Nie
                            przypominam sobie, żeby w mojej podstawówce i liceum ktokolwiek poza
                            mną miał niepracującą matkę i zapewne wszyscy chodzili do
                            przedszkola. Może to specyfika miasta, gdzie się edukowałam - Łódź z
                            dominacją przemysłu włókienniczego. Nadal uważam, że szoku w I
                            klasie rodzice mogli mi oszczędzić, gdyby nie rzucili mnie od razu
                            na głęboką wodę. I mam żal o to, że nie widzieli problemu. Moja mama
                            raczej z satysfakcją opowiadała znajomym, że jak przychodzą dzieci
                            na kinderbale, to ja się bawię osobno, a dzieci-goście moimi
                            zabawkami. Nie uważała, że jakiś problem. Potem wielokrotnie na
                            etapie podstawówki rozmawiałam z nią o tym, że mi smutno, bo nie mam
                            koleżanek. Odpowiedź była zawsze jedna: ja w twoim wieku bawiłam się
                            sama, bo z dziećmi fornali nie wolno mi się było bawić, a zabawek
                            miałam mniej niż ty. Wtedy ja zaczynałam płakać nad ciężkim losem
                            mojej mamy i zapominałam o swoim problemie, który pozostawał
                            nierozwiązany. I jednak sądzę, że dlatego, że mama była bardzo
                            samotna i wolała, żebym ja się za szybko nie uspołeczniła, bo wtedy
                            pozostawałoby jej rozmawiać ze ścianą.
                            Opisałam swoje doświadczenie dlatego, że bardzo wielu rodziców
                            problem lekceważy. Teraz kładzie się ogromny nacisk, by dziecka
                            nie "zaniedbywać", by spędzać z dzieckiem jak najwięcej czasu, mieć
                            jak najbliższy kontakt, okazywać jak najwięcej czułości etc. I jeśli
                            rodzice spędzają z dzieckiem dużo czasu, a dziecko lubi się
                            przytulać do rodziców, to uważa się, że wszystko jest OK. Chciałam
                            opisać, w jaki sposób można zaniedbać ważny element edukacji
                            spędzając z dzieckiem bardzo dużo czasu.
                            • tata.kasi Re: stara malutka 18.08.09, 15:20
                              > Opisałam swoje doświadczenie dlatego, że bardzo wielu rodziców
                              > problem lekceważy. Teraz kładzie się ogromny nacisk, by dziecka
                              > nie "zaniedbywać", by spędzać z dzieckiem jak najwięcej czasu,
                              > mieć jak najbliższy kontakt,

                              smile)
                              Choćbym nie wiem jak sie napiął, to się nie upodobnię do 11-latki...
                              Nawet fizycznie big_grin
                            • verdana Re: stara malutka 18.08.09, 15:29
                              Mnie tez bylo smutno, ze nie mam kolezanek. Jednak nie bardzo wiem,
                              jak moi rodzice mogliby rozwiązać ten problem. Ja sama takiego
                              problemu nie umiem rozwiazać, szczególnie, ze jak widać nawet
                              zapraszanie kolezanek do domu nie działało...
                              Spedzanie z dzieckiem czasu, bez izolacji od rówieśnikow, bez
                              nadmiernej kontroli jest tylko dobre. Bliski związek rodzicow z
                              dzieckiem nie niesie żadnych zagrożeń - zagrożeniem sa tylko zle
                              kontakty, izolowanie dziecka od otoczenia, a nie spedzanie z nim
                              czasu. dzieci, dla ktorych rodzice czasu nie maja, lub maja go
                              niewiele wcale przez to nie zyskują umiejetnosci spolecznych,
                              lepszych kontaktow - najwyzej szukają zastepstwa rodziny
                              gdziekolwiek.
                              A to nie o to chodzi.
                              • srebrnarybka Re: stara malutka 18.08.09, 20:07
                                1. Nigdzie nie pisałam, że spędzanie czasu z dzieckiem jest złe.
                                Uważam tylko, że jest niedostateczne, tzn. nie wystarczy spędzać
                                dużo czasu z dzieckiem, żeby je znać, mieć z nim kontakt psychiczny,
                                mieć świadomość jego potrzeb psychicznych i dążyć do ich
                                zaspokojenia. Można z dzieckiem spędzać bardzo dużo czasu, tak, jak
                                moja matka i wbrew pozorom, także zapracowany ojciec, ale dziecka w
                                ogóle nie znać i nie rozumieć. I można wyobrazić sobie sytuację, w
                                której spędza się z dzieckiem mniej czasu, ale ma się z nim lepszy
                                kontakt.
                                2. Dobry kontakt z rówieśnikami wymaga m. in. tego, aby być z nimi
                                razem np. na podwórku, w odwiedzinach u kolegi/koleżanki, w nieco
                                starszym wieku pójść razem do parku, kina czy na lody. Zostać dłużej
                                na świetlicy. I nie w każdym z tych miejsc mama musi, a nawet
                                powinna być obecna, a nawet jeśli jest, to jednak dziecko zajmuje
                                się kolegami, a nie matką. Zrozumiałe, że takie "uspołecznione"
                                dziecko spędza jednak mniej czasu z rodzicami, niż takie, które nie
                                ma innych kontaktów. To nie musi oznaczać, że rodzice nie mają czasu
                                dla dziecka, tylko to, że dziecko nie potrzebuje przebywać cały czas
                                z rodzicami, bo ma też innych partnerów do rozmowy/zabawy.
                                Natomiast, jeśli któreś z rodziców ma mało zajęć i kontaktów, tak,
                                jak moja mama, to uspołeczniające się i ulatniające z domu dziecko
                                może uświadomić jej przykrą prawdę, że warto by się czymś zająć. I
                                to może gasić entuzjazm rodziców w uspołecznianiu dziecka.
                                3. Jak moi rodzice mogliby pomóc: po pierwsze wyrazić zrozumienie,
                                powiedzieć, że oni też się martwią i będą starali mi się pomóc.
                                Przynajmniej wiedziałabym, że czegoś dla mnie strasznie ważnego nie
                                olewają i nie jestem z moim problemem sama. I, że mój wysiłek, by
                                się jako zintegrować, jest przez nich aprobowany, a nie dzieje sie
                                niemal wbrew ich woli, bo tak to odczuwałam. Po drugie - nie posyłać
                                kompletnie nieprzygotowanego dziecka do szkoły, zapewnić mu przedtem
                                jakiś trening. Po trzecie - to mój konkretny wypadek - nie przenosić
                                mnie po pół roku nauki w I klasie ze szkoły po drugiej stronie ulicy
                                i z klasy, gdzie wprawdzie nie zaaklimatyzowałam się dobrze, ale
                                klasy złożonej z mniej więcej normalnych ludzi do szkoły położonej o
                                pół godziny drogi w dzielnicy menelskiej, gdzie większość uczniów to
                                były dzieci prostytutek i alkoholików, tylko dlatego, że w tamtej
                                drugiej szkole wychowawczyni była żoną profesora akademii medycznej
                                i wobec tego odpowiednią partnerką dla mojej mamy. A to, że moi nowi
                                koledzy byli mniej odpowiednimi partnerami dla mnie i trudno mi się
                                było rzeczywiście z nimi integrować, rodziców nie obchodziło. Po
                                czwarte - nie wyśmiewać i nie krytykować w domu wszystkich
                                koleżanek, z którymi akurat byłam bliżej i o których opowiadałam. Po
                                piąte - pozwalać mi odwiedzać kolegów ze szkoły, przynajmniej tych,
                                którzy nie byli dziećmi prostytutek, gdy już byłam na tyle dojrzała,
                                że mogłam przejść te pół godziny drogi sama i nie niosło to ze sobą
                                kłopotu odprowadzania mnie. Mama miała obsesję, że zostanę
                                zgwałcona, i ograniczała mi odwiedzanie koleżanek. Po szóste - skoro
                                już mnie wysłali do takiej szkoły, gdzie trudno mi było się z
                                kimkolwiek zaprzyjaźnić, pomyśleć o tym, bym częściej spotykała się
                                z dziećmi znajomych, może wysłać na jakieś kółko zainteresowań poza
                                szkołą, zaprosić do domu dzieci, z którymi chodziłam na religię (też
                                zresztą zostałam wysłana do dalszego kościoła, niż parafia, w
                                religia w parafii się mamie nie podobała). Po siódme - nie gasić
                                naturalnych koleżeńskich zachowań. Pamiętam, jak już w liceum
                                przyszłam do domu z płaczem, bo dostałam 2 za podpowiadanie koledze.
                                I mój ojciec, zamiast dodać mi otuchy i wyrazić się z aprobatą o
                                koleżeńskim zachowaniu, zgromił mnie, jakbym kogoś zamordowała.
                                Podobnie, gdy kiedyś na prośbę koleżanki przepisywałam na domowej
                                maszynie do pisania jakieś wierszyki, które ona miała użyć na jakąś
                                imprezę w świetlicy, do której uczęszczała tylko ona, i poprosiłam
                                ojca, profesora polonistyki, by sprawdził interpunkcję, ojciec
                                wybuchnął oburzeniem: Dlaczego ty się taaakich rzeczy podejmujesz?
                                Mnie wolno było pisać na maszynie na moje potrzeby, zbrodnia
                                polegała na tym, że zgodziłam się pomóc koleżance. Te przykłady
                                nasuwają mi się same, nie chcę już więcej grzebać w pamięci.
                                Komunikat był jasny: nie interesuje nas, czy masz jakichś kolegów i
                                najlepiej gdybyś ich nie miała, bo z tego mogą wyniknąć tylko
                                kłopoty.
                                4. Co do bliskiego związku rodziców z dzieckiem, nie jestem pewna,
                                czy to same korzyści. Poza wspomnianą już tu osobą, która popełniła
                                samobójstwo po śmierci matki znam przykładów śmierci naturalnej
                                krótko po śmierci matki, która wyraźnie "pomogłą" potomkowi. Znam
                                przykłady osób tak silnie związanych z rodzicami, że nie potrafią
                                założyć własnej rodziny. Znam pannę 50letnią, która odmówiła
                                wyjechania na wspólne wakacje innej pannie rówieśniczce, bo jeździ
                                na wakacje tylko z matką. Ta panna całe życie bardzo dużo czasu
                                spędzała z rodzicami, obecnie już tylko z matką, nie nauczyła się
                                innych sposobów spędzania czasu i nie uważam, żeby to było dobre.
                                Oczywiście, znam też ludzi odtrąconych przez rodziców, którym to
                                złamało życie. We wszystkim trzeba znać umiar. W każdym razie
                                umiejętność nawiązywania kontaktów międzyludzkich wydaje mi się
                                bardzo ważna i trudności dziecka w tym zakresie nie można lekceważyć.
                                • verdana Re: stara malutka 18.08.09, 20:32
                                  Totez pisze - błędem jest naezorowanie i ograniczanie kontaktow.
                                  Natomiast nie jest niczym strasznym , gdy dziecko, mimo wysilkow
                                  rodziców (a o tym pisze autorka wątku, o niczym innym) nie chce sie
                                  jakos uspołecznić, mimo prb rodziców.
                                  Wiesz, bliski związek matki z 5-latką i 50-latką to naprawde nie
                                  jest to samo...
                                  • srebrnarybka Re: stara malutka 18.08.09, 22:20
                                    Natomiast nie jest niczym strasznym , gdy dziecko, mimo wysilkow
                                    > rodziców (a o tym pisze autorka wątku, o niczym innym) nie chce
                                    sie
                                    > jakos uspołecznić, mimo prb rodziców.

                                    - po prostu w oparciu o własne doświadczenia nie jestem do końca
                                    pewna, czy dziecko nie chce, czy nie umie. Gdy moja matka
                                    obserwowała mnie na kinderbalu, jak bawiłam się w kącie sama, a
                                    zaproszone dzieci razem, też mogła myśleć, że ja nie chcę się
                                    uspołecznić. A ja po prostu nie umiałam bawić się z dziećmi
                                    zapraszanymi raz w roku, które wszystkie chodziły do przedszkola
                                    lub/i miały rodzeństwo, więc codziennie miały kontakt z kilkorgiem,
                                    albo i większą liczbą rówieśników. Ja w tym czasie spacerowałam po
                                    parku z mamą albo studentką filozofii i dyskutowałam z nią o tym,
                                    czy zło istnieje. Trudno się dziwić, że po takim "przygotowaniu" nie
                                    umiałam ię bawić z rówieśnikami, co wcale nie znaczy, że tego nie
                                    chciałam. Poza tym ta dziewczynka, niezależnie od tego, czy nie
                                    chce, czy nie umie się uspołecznić, i tak będzie musiała pójść do
                                    szkoły, gdzie jej brak uspołecznienia może jej mocno zaleźć za
                                    skórę. I dlatego uważam, że nie należy sprawy lekceważyć. Autorka
                                    wątku zresztą zauważa problem, po to przecież pisze na forum.

                                    Wiesz, bliski związek matki z 5-latką i 50-latką to naprawde nie
                                    > jest to samo...

                                    - oczywiście, że nie, ale uważam, że kłopoty w nawiązywaniu
                                    kontaktów międzyludzkich w okresie przedszkolno-szkolnym mogą się
                                    utrwalić i utrudnić otwieranie się na związki z innymi ludźmi, niż
                                    rodzce, co powinno następować stopniowo. Wspomniana przeze mnie
                                    50latka, która nie chciała pojechać na wakacje z koleżanką, a bez
                                    matki, nie zaczęła jeździć z matką na wakacje w wieku 50 lat. Ona po
                                    prostu nigdy nie jeździła na inne wakacje i nie wyobraża sobie, że
                                    można w ogóle spędzić je inaczej, niż z mamą. Oczywiście nie
                                    twierdzę, że 6latkę trzeba koniecznie wysłać na kolonie, to raczej
                                    za wcześnie, ale z pewnością dużo przed 50tką powinna była poznać
                                    inny sposób spędzania wakacji.

                                    Generalnie włączyłam się do wątku ponieważ: a) opisana sytuacja
                                    przypomina mi moje dzieciństwo i chciałam uczulić na problem, bo w
                                    oparciu o własne doświadczenie uważam, że sprawa jest poważna, b)
                                    nie uważam, że jedynym lekarstwem na wszystko jest zawsze wyłącznie
                                    spędzanie więcej czasu z dzieckiem i zacieśnianie z nim związku.
                                    Taka dyrektywa wynika mniej więcej ze wszystkich wskazań na forum,
                                    także odpowiedzi innych foremek, że problemu nie ma. Akurat temu
                                    dziecku nie potrzeba spędzać jeszcze więcej czasu z matką, tylko
                                    czegoś zupełnie innego.
                                    Natomiast nigdy nie namawiam nikogo do rzeczywistego zaniedbywania
                                    dziecka, nierozmawiania z nim, niedążenia do poznania go i
                                    zrozumienia, braku kontaktu i braku zainteresowania jego sprawami.
                                    Ale to, że trzeba mieć czas dla dziecka, zajmować się nim i starać
                                    się mieć z nim kontakt psychiczny to elementarz, o którym pisać nie
                                    warto.
                                    • verdana Re: stara malutka 18.08.09, 23:26
                                      W sytuacji opisanej w pierwszym poscie, matka robi wszystko, by
                                      dziecko uspolecznic. A dziecko nic - malo jest prawdopodobne, by
                                      posiadając siostrę "nie umialo', bo uspolecznienie rodzenstwa
                                      przebiega raczej automatycznie. Może albo nie chciec, albo chciec -
                                      ale... nie lubic towarzystwa dzieci, bo ma inne zainteresowania niż
                                      typowe w swoim wieku. Pewnych rzeczy po prostu się nie przeskoczy.
                                      Żaden psycholog nie jest w stanie "uspołecznić" np. dziecka
                                      rozwinietego spolecznie i intelektualnie ponad swoj wiek. Mozna
                                      najwyżej starac się dobrać mu grupe wiekową, ale pytanie, czy wtedy
                                      zostanie zaakceptowane przez starsze dzieci.
                                      Akurat matka, ktora napisala post na pewno nie sadzi, ze jej
                                      dziecko "nie chce" , przeciwnie - ona zastanawia się dlaczego nie
                                      chce.
                                      Nie zauwazylas chyba, ze to dziecko chodzi do przedszkola - i tez
                                      się nie uspolecznia.
                                      Naprawdę, nie sadze, aby klopoty z nawiązywaniem kontaktów w wieku
                                      przedszkolno-wczesnoszkolnym miały az takie znaczenie. To jest
                                      akurat okres (szczególnie wsrod dziewczynek) gdzie zasadnicza
                                      większość uznaje, ze ich kontakty z rowiesnikami sa fatalne i ze
                                      nikt ich nie lubi.
                                      Twoje doswiadczenie i to, co opisuje matka dziewczynki sa w ogole
                                      nie zblizone. Ty opisujesz jedynaczke, zaborcza matke i zero
                                      kontaktów z rowieśnikami, tu mamy matkę zainteresowana
                                      uspolecznieniem dziecka, dziecko ma rodzenstwo, przebywa codziennie
                                      z rowiesnikami w przedszkolu, dodatkowo jeszcze na placu zabaw - a
                                      mimo to woli towarzystwo doroslych. Wybiera- ona sama, a nie
                                      wybierają za nia. To fundamentalna różnica.
                                      I co mozna zrobić - obawiam sie, ze jedyny manwr, to ograniczenie
                                      dziecku towarzystwa doroslych, a wobec tego, ze dziećmi nie jest
                                      zainteresowana - pozostawienie jej w samotnosci.
                                      • berdebul Re: stara malutka 19.08.09, 00:53
                                        A czy jest coś złego w jej kontaktach z dorosłymi? Mi na to nie wygląda, więc po co odcinać ją od osób z którymi czuje się dobrze?
                                        Ma rodzeństwo, chodzi do przedszkola, na plac zabaw, nie siedzi zamknięta z matką która traktuje ją jak maskotkę.
                                      • srebrnarybka Re: stara malutka 19.08.09, 11:23
                                        Ja doceniam wysiłki autorki wątku, by dziecko uspołecznić i
                                        rozumiem, że istnieją ludzie z natury mniej towarzyscy, niż ja, i
                                        być może te dziewczynka jest takim dzieckiem. Mam jednak pewne
                                        dorbne wątpliwości - o ile dobrze zrozumiałam, do przedszkola chodzi
                                        chyba tylko przez ostatni rok. Może to jeszcze za mało czasu, by się
                                        uspołecznić, i unikanie przez nią towarzystwa dzieci nie musi
                                        świadczyć, że tego nie chce. Autorka nie napisała też, czy grupa
                                        przedszkolna, do której chodzi córka, powstała dopiero w tym roku,
                                        czy też dziewczynka dołączyła do grupy już wcześniej itniejącej. W
                                        tym drugim wypadku byłoby zrozumiałe, że trudniej jej wejść w taką
                                        grupę. Po trzecie - jej trudności w kontaktach z rówieśnikami nie
                                        wynikają wyłącznie z "dorosłych" zainteresowań. Ona z matką nie
                                        tylko czyta książeczki, ale także zjeżdża ze zjeżdżalni. To nie jest
                                        czynność typowa dla dorosłych, ale skoro można zjechać z mamą, którą
                                        znamy dobrze i z którą kontakt psychiczny mamy "od zawsze", to po co
                                        wkładać wysiłek w nawiązanie kontaktu z koleżanką, by w jej
                                        towarzystwie wykonać tę samą czynność? Na ten problem zwrócił uwagę
                                        w swoim poście tata kasi i z tym się całkowicie zgadzam.
                                        Podobieństwo do mojejgo dzieciństwa nasunęło mi się, gdy
                                        przypomniałam sobie opowieści mojej mamy o tym, jak na kinderbalach
                                        bawiłam się samotnie. Ten kinderbal też niby był jakąś formą
                                        uspołecznienia, ale ja nie wybierałam towarzystwa rówieśników, tylko
                                        bawiłam się sama, i moja mama wywnioskowała, że tego nie lubię,
                                        chociaż nie ma nic bardziej błędnego. Dlatego właśnie obawiam się,
                                        że podobny sygnał może być też źle odczytany przez autorkę wątku.
                                        Posiadanie rodzeństwa z pewnością uspołecznia, ale 2latka nie jest
                                        partnerką dla 6latki do wszystkich zabaw. Nie da się jednak z 2latką
                                        pograć w klasy i powspinać na drabinki.
                                        Absolutnie nie odcinałabym dziewczynce kontaktów z dorosłymi, bo
                                        uważam, że takie kontakty też są dzieciom potrzebne. Tylko myślę, że
                                        jest dobrze, kiedy dorośli mają z dziećmi kontakt jako dorośli, a
                                        nie udają przed dziećmi dzieci. Nie znaczy to, że dorosły nie
                                        powinien się czasem z dzieckiem pobawić, ale myślę, że lepiej, gdy
                                        dziecko poznaje dorosłego jako dorosłego w jego roli życiowej,
                                        dzięki czemu następuje transmisja wzorców, a samo uczy się
                                        funkcjonować w tym środowisku, w którym będzie żyło ono samo. Więc
                                        niech ma kontakt z matką, ale może powinna wiedzieć, że głównym
                                        zajęciem dorosłych kobiet nie jest zjeżdżanie na zjeżdżalni i że do
                                        tego lepiej mieć towarzysszkę rówieśniczkę?
                                        Matka tej dziewczynki robi sporo dla jej uspołecznienia i
                                        podejrzewam, że wiele więcej się nie zrobi, zwłaszcza, że szkoła za
                                        pasem. Ale to nie znaczy, że problemu nie ma, jak wmawiają autorce
                                        wątku inne foremki. Problem jest i to ogromny. Ta dziewczynka
                                        pójdzie we wrześniu do szkoły, spędzi tam kilkanaście lat i czeka ją
                                        taki sam koszmar, jaki przeżyłaś Ty i ja. Trzeba mieć tego
                                        świadomość i przygotować się na to, żeby dziewczynkę duchowo
                                        wspierać i dyskretnie i mądrze wychwytywać i rozwijać wszystkie,
                                        choćby najdrobniejsze przesłanki, które mogą jej pomóc przetrwać i
                                        zaaklimatyować się w szkole. Zarazem matka nie może dziecku okazywać
                                        jawnie lęku przed szkołą, żeby ten lek nie udzielił się dziecku. I
                                        to jest ogromne zadanie i problem, którego nie widzą inne
                                        dyskutantki.
                                        Czy trudności w nawiązywaniu kontaktów w okresie wczesnoszkolnym
                                        mogą zaważyć na całym życiu? Statystycznie nie wiem. Wiem, że dla
                                        mnie były one i są ogromnym obciążeniem i bolesną traumą. Poza tym
                                        teraz bardzo podkreśla się wpływ najmłodszych lat życia na
                                        kształtowanie się psychiki. Nie wydaje mi się to do końca
                                        przekonywające, ale jeżeli poważnie dyskutuje się o tym, że dziecko,
                                        którego nie położono po porodzie na brzuchu matki ma mieć z nią
                                        gorszy związek przez całe życie, to jednak poważniejsza wydaje mi
                                        się obawa, że trudności nawiązywania kontaktów w okresie
                                        wczesnoszkolnym mogą mieć wpływ na dalsze życie.
                                        I co do tego nieszczęsnego spędzania czasu z dziećmi:
                                        1. nigdy nikogo nie namawiałam do zaniedbywania dzieci,
                                        niezajmowania się nimi, nierozmawiania z nimi etc. Natomiast uważam,
                                        że warto rozumieć, czemu to służy. Celem wychowania jest prawidłowy
                                        rozwój dziecka, dla osiągnięcia tego celu niezbędny jest dobry
                                        kontakt rodziców z dzieckiem, a dla nawiązania i utrzymania tego
                                        kontaktu niezbędny jest wspólne spędzanie czasu z dzieckiem. Samo
                                        spędzanie czasu z dzieckiem, jeżeli nie służy wymienionym celom, nie
                                        sprawi cudów. Mój ojciec spędzał ze mną dużo czasu, bo chodził ze
                                        mną spacery i wycieczki (lubił, a mamie się nie chciało), czytał mi
                                        głośno książki, bo jako polonista bardzo lubi czytać głośno, jadał z
                                        rodziną wszystkie posiłki, chodziliśmy razem do kościoła, czasem
                                        odprowadzał mnie do szkoły, jak studentka i mama nie mogły. Nie
                                        zmienia to faktu, że nie bardzo wiedział, ile mam lat, czym się
                                        interesuję, co lubię etc. i miał ze mną 0 kontaktu psychicznego.
                                        Wolałabym, żeby poświęcał mi mniej czasu, ale raczył zauważyć moją
                                        oobę.
                                        2. Obecna wszędzie (forum, poradniki psychologiczne, rozmowy
                                        towarzyskie etc.) presja, by spędzać z dzieckiem jak najwięcej
                                        czasu, mieć z nim jak najściślejszy kontakt, cierpieć przy każdym
                                        rozstaniu z dzieckiem i rezygnować ze wszystkich form aktywności
                                        życiowej "dla dobra dziecka" (a przynajmniej się tym chwalić, bo
                                        oczywiście tak naprawdę się przecież nie da ze wszystkiego
                                        zrezygnować) stanowi doskonałą przykrywkę i pożywkę dla zaborczych
                                        matek, które w populacji zawsze były, są i będą. W ogóle nie widzę,
                                        żeby ktokolwiek dostrzegał taki problem, żeby był dyskutowany na
                                        foum i żeby myślano nad jakimiś mechanizmami obronnymi dla dzieci
                                        zaborczych matek. Godzinami rozważa się traumę, jakiej dozna dziecko
                                        np. 2letnie, bo matka zamknęła się w kiblu, siedząc na sedesie (przy
                                        założeniu, że mieszkanie, w którym przebywa dziecko, jest bezpieczne
                                        i dziecko nie podpali w tym czasie mieszkania), ale nikt nie
                                        zastanawia się nad traumą, jakiej doznają dzieci zbyt słabo
                                        uspołeczenione wskutek zaborczości matek. Albo nawet z innych
                                        powodów. Nie twierdzę, że wszystkie foremki, które zbagatelizoway
                                        problem dziewczynki, są zaborczymi matkami. Ale wszystkie one nie
                                        widzą problemu w tym, że do szkoły idzie dziecko, które nie umie
                                        nawiązać kontaktu z rówieśnikami i wobec tego będzie miało problemy
                                        z aklimatyzacją w szkole. Bo jeśli ma dobry kontakt z matką, to po
                                        kiego mu kontakty koleżeńskie? I takie podejście uważam za szalenie
                                        niebezpieczne.
                                    • insula.incognita Re: stara malutka 19.08.09, 18:40
                                      srebrnarybka napisała:


                                      > Generalnie włączyłam się do wątku ponieważ:

                                      A powiedz proszę, Srebrnarybko, dziś, jako dorosła osoba masz problem w
                                      kontaktach międzyludzkich? Jeśli tak, to na czym on polega?

                                      Pytam, bo poruszylaś ważny temat, aczkolwiek w poscie autorki watku ja się
                                      zupełnie nie dopatruję takich problemow, ktore Ty opisujesz w swoich postach. I
                                      nie widze tez żadnego zagrożenia dla jej pięcioletniej coreczki.
                                      Ze swojego doświadczenia tez mogę powiedzięc. Do roku 11-13 mniej więcej byłam
                                      potwornie towarzyska, a podwórko to było moje zycie. A potem nagle "zmężniałam"
                                      i sie kompletnie wycofałam z towarzystwa. I tak mi zostało do dziś. Nie cierpie
                                      z tego powodu absolutnie. Nie potrzebuje do zycia i szczęscia tłumów, hałasu i
                                      stada. a wręcz czuję irytację i zmęczenie kiedy z jakichś powodów muszę
                                      przebywać w tlumie przez dłuższy czas.
                                      Równiez obserwuję swoje dziecko. Jak mial nawet trzy lata to sasiedzi mowili o
                                      nim "mały dziadek". Dlaczego? Nie wiem. Bo witał się z sąsiadami, bo sąsiadkom
                                      rękę podawał na powitanie i zawsze się o coś zapytał, albo nawijał w kółko, a
                                      ludzie sie dziwili że takie dziecko zamiast ssać kciuka i bełkotać, to zaczepia
                                      dorosłych i chce z nimi rozmawiać i wcale się nie wstydzi>?
                                      Dziś też jest bardzo otwarty do ludzi, towarzyski, uprzejmy - ale też widzę, że
                                      preferuje jednak ciszę. Woli też rozmowy z doroslymi, niż z rówieśnikami, bo
                                      rozmowy i zabawy z rówieśnikami na dłuższą metę go nudzą. I jeżeli ma do wyboru
                                      - zaproszenie do kolegów czy pójscie z ktorymś z rodziców np na basen czy do
                                      kina czy wyjazd za miasto, to zawsze wybierze to drugie.
                                      I nie dopatruję się tutaj żadnych zniekształceń wychowawczych. Może czegoś nie
                                      widzę?
                                      Dlatego sie zastanawiam,z czym dziś Ty masz problem, że jest to dla Ciebie tak
                                      bolesny temat.
                                • tata.kasi Re: stara malutka 19.08.09, 08:33
                                  Srebrnarybko, w pewnym sensie rozumiem Twoich rodziców, bo
                                  wychowywanie dziecka, czasem może być odczuwane jako żmudne,
                                  stresujące i często nudne zajęcie. Trzeba się odbrązawiać, udawać
                                  głupszego, trzeba się poświęcać, płacić za wszystko, być na
                                  zawołanie. Często trzeba postąpić wbrew rozumowi i zasadom uznawanym
                                  ogólnie za przyjęte. Jeżeli jest alternatywa w postaci rozwoju
                                  własnego, lub bujnego życia towarzyskiego, albo kariery
                                  zawodowej....nie trudno traktować dzieciaka "per noga".
                                  Rola rodzica jest trodna, bo trzeba na przemian pobłażać i być
                                  surowym. W dodatku osąd i konfrontacją są ciągłe.

                                  Jest coś jeszcze...otóż w pewnych sytuacjach spędzanie ciągle
                                  czasu z dzieckiem, a nawet spędzanie w sposób atrakcyjny dla dziecka
                                  może mieć skutek w postaci zniechęcenia do rozwijania kontaktów z
                                  rówieśnikami, jako tej mniej pociągającej alternatywy.
                                  Czyli...atrakcje warto dawkować smile.
                                  Sytuacja zachwycających się "czytającym wciąż książki" dzieckiem
                                  rodziców, podczas, gdy dzieciaka przeraża jakakolwiek sytuacja, gdy
                                  musi konfrontowac i bronić swoich racji przed rówieśnikami jest
                                  wręcz klasyczna. W tym sensie szklana bańka, pod którą niektórzy
                                  usiłują chować dziecko, pocieszając się, że przecież zapewniają
                                  miłośc, poświęcają czas, organizują hobby i ...ogólnie realizują
                                  model idealnego rodzica - taka szklana bańka może kiedyś pęknąc i to
                                  z hukiem.
                                  • srebrnarybka Re: stara malutka 19.08.09, 10:25
                                    U moich rodziców sprawa była złożona, a może właśnie przez to
                                    klarowna: ojciec zajmował się intensywnie pracą naukową i nic go
                                    poza tym nie obchodziło, także mama i ja. Spędzał ze mną nawet
                                    stosunkowo dużo czasu, jeśli przeliczyć to na godziny, ale nie
                                    raczył nawet wiedzieć, ile mam lat. Po prostu w ogóle nie
                                    interesował się moimi sprawami. Jeśli miał mama kazała mu pójść ze
                                    mną do lekarza i napisała na kartce dolegliwości, to był w stanie to
                                    odczytać, w końcu polonista, i potem zapisać zalecenia lekarza. Ale
                                    nie zaptrzątał sobie głowy np. tym, żeby wiedzieć, na co jestem
                                    chora. Liczba godzin spędzonych z ojcem przekładała się u mnie na
                                    zero kontaktu psychicznego. Powiem nawet, że była szkodliwa, bo
                                    każdorazowe wyjście z ojcem gdzieś czy rozmowa podtrzymywała we mnie
                                    złudzenie, że ojcu jednak na mnie zależy. Może byłoby lepiej, gdybym
                                    już jako dziecko miała świadomość, jak dalece ojca nie obchodzę i
                                    nie liczyła na to, że się z nim kiedykolwiek zaprzyjaźnię.
                                    Natomiast matka nie pracowała, bo "zajmowała się" domem. Zajmowanie
                                    się nie było zbyt intensywne, bo do sprzątania o grubszych prań była
                                    pani na przychodne, do odprowadzania mnie do szkoły i na spacery -
                                    studentki, przetworów mama nie robiła, bi była wyższa ponadto, z
                                    gotowania zup szybko zrezygnowła, bo zarządiła odchudzanie itp. itd.
                                    Owszem, prasowała mi krochmaliła te idiotyczne kołnierzyki do
                                    fartuszków szkolnych, ale więksozść czasu spędzała na tapczanie
                                    śpiąc albo czytając książki. Kiedy miałam 7 lat, przenieśliśmy się z
                                    miasta, w którym kończyła studia i miała dużo znajomych, do Łodzi,
                                    gdzie znajomych prawie nie miała. Nie miała więc co robić, ja byłam
                                    jej jedynym towarzystwem, a nie ponosiła specjalnych kłopotów
                                    technicznych związanych z moją osobą.
                                    Zatem rodzice nie musieli rezygnować ani z kariery zawodowej (mama
                                    zrezygnowała z zamiaru podjęcia pracy przed moim urodzeniem, jestem
                                    spóźnionym dzieckiem i mama mogła była już wcześniej zacząć pracę
                                    zawodową), a gdybym miała więcej kontaktów, oni też mieliby bonus w
                                    postaci częstszego wychodnego i braku smędzącego dziecka w domu. Ale
                                    po pierwsze w ogóle nie raczyli zauważyć, że brak kolegów mi aż tak
                                    bardzo doskwiera, bo mimo poświęcanego mi czasu nie raczyli mieć ze
                                    mną dobrego kontaku (matka miała bardzo bliski, ale to nie to samo),
                                    po drugie matce ktoś musiał dotrzymywać towarzystwa (czasem
                                    wyrzucałą ojcu, że się nią nie zajmuje, odpowiadał jej: przecież
                                    masz rybkę, działo się to w mojej obecności i przekaz był jasny- mam
                                    siedieć w domu i dotrzymywać towarzystwa matce, bo ojciec nie ma na
                                    to czasu, zajęty pracą naukową), po trzecie - dziecko siedzące w
                                    domu i czytające książki wprawdzie trochę marudziło, ale było per
                                    saldo mniej kłopotliwe, niż takie, które miałoby dużo kolegów. Bo do
                                    kolegów trzeba do pewnego wieku odprowadzać, przyprowadzać, koledzy
                                    będą też się kręcili po domu i jeszcze zadepczą świeżo wypastowaną
                                    podłogę, od kolegów można nauczyć się brzydkich wyrazów,
                                    rozszerzenie przeżyć dziecka na inne kontakty może spowodować
                                    rozmaite problemy: dziecko może pokłócić się z koleżanką, przeżywać
                                    to i trzeba będzie się z tym zająć, będzie zazdrosne o inną
                                    koleżankę, może przynieść od koleżanki włąsne pomysły na ubranie,
                                    rozrywkę, książki, etc., i z tym wszystkim rodzice będą musieli się
                                    zmierzyć, ustosunkować do tego, "przerobić". A świat przeżyć
                                    dziecka, które kontaktuje się tylko z rodzicami i ich znajomymi jest
                                    rodzicom dobrze znany i niekłopotliwy.
                                    Zgadzam się też i o tym piszę, że spędzanie z dzieckiem całego czasu
                                    w sposób bardzo dla dziecka atrakcyjny może zniechęcić je do
                                    szukania kontaktu z rówieśnikami. A to już bardzo niedobrze. Nie
                                    zachęcam nikogo do zaniedbywania dziecki, braku czasu dla nich i
                                    braku kontaktu. Ale też nie uważam, by rodzice wkłądający celowo i w
                                    sposób przemyślany bdużo wysiłku w to, by dzieciom zapewnić kontakt
                                    z rówieśnikmi i przez to zyskujący "bonusy" w postaci wolnego
                                    popołudnia np. raz na tydzień, zaniedbywali dziecko. To zupełnie co
                                    innego, niż niezajmowanie się dzieckiem w ogóle i wyrzucanie go z
                                    domu po powrocie ze szkoły/przedszkola, byle tylko mieć dzieciaka z
                                    głody.
                                    • tata.kasi Re: stara malutka 19.08.09, 11:12
                                      Cóż...oni tacy byli i trzeba to przyjąć do wiadomości, naukowiec i
                                      wygodna, nieco leniwa pani domu zadowolona ze swojego statusu, choć
                                      nie przeczę, ze zajęta, jak sobie to zajęcie skutecznie wyszuka. Np.
                                      żeby kołnierzyk był wykrochmalony.
                                      Gadasz, jak typowy jedynak - ile byś teraz akceptacji nie dostała i
                                      tak w gruncie rzeczy uważasz, ze się to rozpieprzy.

                                      Pisujesz inspirująco, bo z Twojego postu jasno wynika, ze lepsze
                                      autentyczne poświęcenie uwagi i troski dziecku i nawiązanie
                                      intymności i porozumenia psychicznego, które trwa 5 minut, niż "być
                                      razem" 4-5 godzin i nie mieć o czym rozmawiać.
                                      smile
                                      • srebrnarybka Re: stara malutka 19.08.09, 11:37
                                        wygodna, nieco leniwa pani domu zadowolona ze swojego statusu, choć
                                        > nie przeczę, ze zajęta, jak sobie to zajęcie skutecznie wyszuka.
                                        Np.
                                        > żeby kołnierzyk był wykrochmalony.

                                        - było jeszcze gorzej. Niezadowolona ze swojego statusu, ciągle
                                        jęcząca, że chciałaby pracować zawodowo, bo się marnuje w domu, ale
                                        każdą propozycję pracy odrzucająca, bo tak naprawdę jej się nie
                                        chciało. Kołnierzyki krochmaliła, ale nie tak, żeby wkładać w to
                                        całą duszę i żeby jej to przesłaniało świat i zajmowało dużo czasu.
                                        Upraszczała sobie domowe czynności, jak mogła, bo ich nie cierpiała.
                                        Tak naprawdę, to większość życia spała. Od lat ma taką dolegliwość,
                                        że budzi się w środku nocy i nie może zasnąć i żaden lekarz nie
                                        potrafi jej nic na to poradzić. Nie dziwię się, bo ona po prosstu
                                        przesypia całe dnie, więc potem budzi się w nocy.
                                        Dziękuję za pochwały. Wiem, że moje dzieciństwo nie było typowe, ale
                                        jest to jakieś doświadczenie, którym warto się podzielić i dać pod
                                        rozwagę obencym rodzicom.
                                        • tata.kasi Re: stara malutka 19.08.09, 15:16
                                          Nie mam przekonania, czy aż tak nietypowe. Kiedyś modele życia
                                          domowego nie były przedmiotem aż takiej dyskusji, jak obecnie. Można
                                          się zapytac na f-m, w necie jest pełno poradników. W czasopismach
                                          kobiecych nie unika się wątków o toksycznej matce. Ze świecą by
                                          szukać takiego ujęcia aspektu rodzicielstwa 30 lat temu. Jesteśmy
                                          bardziej otwarci na inne sposoby traktowania dzieci, wraz z
                                          przychodzącymi z zachodu modami, np. attachment parentig.
                                          Jeżeli wspominasz o swojej matce, to....niestety, ale dla wielu
                                          kobiet karierę życiową wieńczy ślubny ołtarz, potem dziecko w
                                          uzupełnieniu, rzekłbym dopełnieniu obrazu. Jak perła w koronie.
                                          I spokój - uciec od świata, unikać odpowiedzialności za samą siebie,
                                          tłumacząc się okolicznościami, lub tym apodyktycznym mężem.
                                          Dla równowagi dodam, że facetom też odbija, żeby nie było, że patrzę
                                          jednostronnie.
                                          Przepraszam, że pytam, ale czy z toksycznej matki, to trzeba się
                                          wykręcać terapeutycznie? Wiesz - chodzi mi o to, czy można samemeu
                                          wraz z dojrzałością zyskać to obiektywne spojrzenie, czy bez
                                          pomocnej dłoni z zewnątrz się nie udaje?
                                          • srebrnarybka Re: stara malutka 19.08.09, 16:45
                                            Jeżeli mniej nietypowe, niż sądzę, to tymbardziej warto o tym pisać.
                                            Mnie też się wydaje, że jeśli nie całość tego obrazu, to niektóre
                                            zachowania rodziców się obecnie powtarzają.
                                            Co do innych spraw - odpowiedziałam Ci na priv.
                                            • kanga_roo Re: stara malutka 21.08.09, 08:44
                                              jaka ciekawa dyskusja smile
                                              jestem przykładem osoby uspołecznionej na siłę. chodziłam do żłobka
                                              i przedszkola, spędzałam wakacje wśród innych dzieci. potem szkoła,
                                              zajęcia pozaszkolne dla dzieci, obozy i kolonie latem. umiem
                                              funkcjonować w grupie, umiem się odnaleźć w nowym towarzystwie. ale
                                              mając wybór - będę unikać ludzi. co przekłada się niestety na życie
                                              towarzyskie.
                                              i w sumie byłabym, jak verdana, osobą szczęśliwą, gdybym przez całe
                                              życie nie była na siłę ciągnięta do ludzi. najpierw przez rodziców,
                                              potem przez męża. teraz mam dzieci, jest super, ale dla mnie
                                              prawdziwie błoga chwila to ta, kiedy jestem sama (w domu,
                                              samochodzie, na spacerze).
                                              dlatego jestem zwolenniczką opcji "ten typ tak ma". przynajmniej tak
                                              długo, jak długo nie jest to problemem dla osoby zainteresowanej.
                                              • babymamma Re: stara malutka 21.08.09, 23:22
                                                Według mnie to wszystko jest kwestia temperamentu. Są osoby bardziej i mniej
                                                towarzyskie. Znam jedynakow, ktorzy nie chodzili do przedszkola, spedzali duzo
                                                czasu z rodzicami i sa wesolymi, towarzyskimi ludzmi, ktorzy nie obwiniaja o nic
                                                swoich rodzicow. Znam rowniez osoby uspoleczniane od zlobka, ktore owszem,
                                                nauczyly sie radzic sobie w sytuacjach spolecznych, ale musza wkladac w to sporo
                                                wysilku i najlepiej czuja sie w samotnosci. Rola rodzicow jest nauczyc dziecko
                                                radzenia sobie w kontaktach towarzyskich, ale jesli ktos jest z natury
                                                niesmialy, nie da sie tego zmienic przez wychowanie. Najlepiej jest zbudowac w
                                                dziecku poczucie wlasnej wartosci, aby dobrze czulo sie we wlasnej skorze. A
                                                natury nie da sie oszukac, trudno jest z introwertyka zrobic dusze towarzystwa.
                                                Moj syn jest wrazliwy i niesmialy, chodzil do klubiku przed przedszkolem,
                                                myslalam, ze to pomoze w adaptacji w przedszkolu, ale nic z tego, bylo bardzo
                                                trudno i po roku chodzenia mysle, ze jeszcze sie porzadnie nie oswoil.
                                                Potrzebuje czasu zanim nawiaze znajomosc z kims nowym i czesto przybiega do mnie
                                                i odpoczywa podczas zabawy. Wiem, ze bede musiala zorganizowac mu kolegow, bo
                                                sam sobie tego nie zalatwi wink, przynajmniej na razie. Przyda mu sie to, aby jego
                                                dziecinstwo bylo bogatsze. Ale zawsze bedzie mial trudnosci w nowych sytuacjach
                                                i bedzie musial walczyc z checia ucieczki od towarzystwa, jesli bedzie poznawal
                                                nowych ludzi. Nie zmienie jego charakteru, bedzie taki, jaki jest i mam tylko
                                                nadzieje, ze nie bedzie mial o to do mnie pretensji.
                                • anew3 Re: stara malutka 27.08.09, 14:15
                                  sporo slusznych uwag, tez sama nieraz widzialam takie sytuacje:zbyt
                                  mocne zwiazki rodzicow z dziecmi , sama znam takie, coz widze je
                                  nawet w mojej rodzinie, cos typu: dorosla corka jezdzi na wakacje z
                                  rodzicami, ciagle z nimi przebywa itd....
                                  Od siebie chcialabym dodac, ze prawidlowe funkcjonowanie w
                                  spoleczenstwie to umiejetnosc dogadania sie z roznymi pokoleniami,
                                  ze swoimi rowiesnikami, starszymi ciociami czy tez malutka corka
                                  przyjaciolki i zednej plaszczyzny nie nalezy tu zaniedbywac.
                • tijgertje Re: stara malutka 23.08.09, 11:00
                  lea_may napisała:
                  Boje sie, ze moze to byc sprawa jakichs zaburzen
                  > rozwoju spolecznego. W momentach rozpaczy przychodzi mi nawet do
                  > glowy zespol Aspergera. Dlatego, zanim zdecyduje sie ciagac mala
                  po
                  > psychologach chcialam sie najpierw dowiedziec na ile takie
                  > izolowanie sie od rowiesnikow w tym wieku jest normalne.


                  Wiesz co, zabranie malej do psychologa to wcale nie taki glupi
                  pomysl. U nas jest podobna sytuacja. Ja bylam dokladnie jak twoja
                  corka, mialam 3 mlodszego rodzenstwa (najmlodszy brat niespelna 5
                  lat roznicy), wiec w zasadzie powinnam byc uspoleczniona w domu.
                  Mieszkalismy w bloku z tlumem dzieciarni, calymi dniami
                  przesiadywalo sie na podworku, ale i tak niewiele mi to dalo.
                  Zdecydowanie bardziej wolalam siedziec z doroslymi, pametam, ze jako
                  5-6 latka mialam kolezanki w szkolach srednich, potem rowniez duuuzo
                  mlodsze, z rowiesnikami zawsze mialam problem. Nie umialam sie
                  znalezc w grupie, szkola (2 podstawowe i srednia) to byl jeden
                  wielki koszmar, zawsze odstawalam. Zawsze wiedzialam, ze jestem
                  inna, ale nie wiedzialam, jak sobie z tym poradzic. Moj syn jako
                  niespelna 4-latek zostal skierowany z przedszkola do organizacji
                  zajmujacej sie " zintegrowana wczesna pomoca" dla dzieci
                  wykazujaccyh pewne odchyly od normy. W zespole jest i psycholog, i
                  pedagog, i pediatra i jeszcze cos ze 4 innych specjalistow. W
                  przedszkolu zwrocono uwage na zachowania odbiegajace od rowiesnikow.
                  Na dodatek mlody nie gadal, wiec zaczelismy od logopedy. Okazalo
                  sie, ze 2 miesiace pozniej gadal na poziomie odpowiadajacym 1-2 lata
                  starszym dzieciom. Teraz ma 5,5 roku i w szkole uslyszalam, ze gada
                  za dobrze, uzywa trudnego, niezrozumialego slownictwa. On w
                  przeciwienstwie do twojej corki uwielbia dzieci, szuka z nimi
                  kontaktu, ale ten kontakt jest jednostronny. W grupie sobie nie
                  radzi, za to swietnie dogaduje sie z doroslymi (buzia mu sie nigdy
                  nie zamyka) i mlodszymi o 2-3 lata maluchami. Od poltora roku rozni
                  specjalisci go badaja, obserwuja, w koncu may jakis konkretny punkt
                  zaczepienia, bo nie wiadomo bylo, jak z nim postepowac. W szkole nie
                  potrafia sobie z nim poradzic, bo musi byc tak jak on sobie wymysli,
                  kary czy nagrody na niego nie dzialaja, trzeba go na tyle umiejetnie
                  podejsc, zeby byl przekonany ze sam czegos chce wink Za kilka dni
                  zaczynamy spotkania z psychiatra, bo wlasnie podejrzewaja Zespol
                  Aspergera. Okazalo sie w miedzyczasie, ze sama go mam. Dostalam
                  niedawno diagnoze i odetchnelam, w koncu zrozumialam dlaczego bylo
                  mi tak trudno. Rodzice w pewnym momencie zrobili ze mnie maszynke do
                  uczenia sie, nawet kontakty z rodzenstwem mi ograniczyli i to byl
                  ich najwiekszy blad. Moj mlody ma zakaz nauki czytania, choc jak
                  mial 4 lata psycholog stwierdzil, ze byl w stanie opanowac ta
                  umiejetnosc w 2 tygodnie. Zakaz dostal, zeby nie zwiekszac roznicy
                  miedzy nim a rowiesnikami. Po wakacjach dostajemy nawet "psychologa-
                  przewodnika", ktory bedzie nam konkretne zadania dawac w co i jak
                  sie z mlodym bawic, zeby go wlasnie zabawy z rowiesnikami nauczyc.
                  Zespol Aspergera to wcale nie musi byc tragedia a na pewno znacznie
                  latwiej i tobie i dziecku bedzie, jesli ktos w profesjonlny sposob
                  bedzie mogl wami pokierowac, im szybciej, tym latwiej malej bedzie
                  zarowno w szkole jak i w pozniejszym zyciu. Moze mala po prostu ma
                  taki charakter, warto miec pewnosc, ale zachowan spolecznych trzeba
                  sie nauczyc, w przypadku twojej corki jest to bez watpienia
                  konieczne, ale na pewno bedzie wam latwiej i efekty beda lepsze,
                  jesli psycholog oceni jaki sposob jest najodpowiedniejszy dla was
                  wszystkich. Dobrze, ze widzisz problem, ale zamiast sie zadreczac
                  sprobuj poszukac profesjonalnej pomocy. Zapewniam, ze latwiej
                  odwiedzic kilka razy psychologa i dowiedzec sie, ze mala "tak juz
                  ma" i spac spokojnie, niz eksperymentowac po swojemu, co moze
                  przyniesc wrecz odwrotny skutek. Moze wcale nie ma Zespolu
                  Apsergera, ale przez bardzo wysoka inteligencje skupia sie wlasnie
                  na wszystkim w czym moze ja wyorzystac, bo czuje,z e to jej mocna
                  strona. Ludzie z natury unikaja sytuacji, w ktorych moze ich
                  spotkach niepowodzenie. Wlasnie inteligencja moze jej bardzo pomoc,
                  bo bedzie w stanie nauczyc sie zachowan ulatwiajacych jej
                  funkcjonowanie w spoleczenstwie, nawet jesli nie bedzie robic tego
                  nturalnie. Ja wlasnie tak mam. Chocby utrzymywanie kontaktu
                  wzrokowego i jezyk ciala mam wyuczony, niezle sie potrafie
                  dostosowywac w roznych srodowiskach, ale psychiatra jest przekonana,
                  ze nikt , kto mnie bardzo dobrze nie zna nie przypuszczalby, ze ze
                  mna jest cos nie tak, bo dzieki inteligencji mam bardzo duzo pod
                  kontrola na tyle, ze nawet spewcjaliste w powierzchownej rozmowie
                  moglabym zmylic, jesli nie chcialabym sie do swoich ulomkow
                  przyznacwink Na pewnoe nie mam latwego zycia, ale znajac swoje mocne
                  i slabe cechy albo unikam sytuacji problemowych, albo ucze sie z
                  nimi radzic.
                  Poszukajci pomocy, dzieci potrafia byc bezwzgledne i szkola moze byc
                  naprawde trudna dla twojej malej, jesli jednak ktos odpowiedio nia
                  pokieruje, to ma sszanse na normalne zycie. Zapewne kiedys wybierze
                  malo spoleczny zawod, ale nauczy sie radzic w sytuacjach ktorych
                  intuicyjnie wolalaby unikac.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka