Drogie przyszłe mamy! (i obecne mamy)
W bardzo wielu wątkach, niezależnie od tematu, przewija się problem obawy
przed porodem z różnych względów (najczęściej, hm, egoistycznych: czy będzie
bolało, czy ja to wytrzymam, czy będę nacinana, jak szybko dojdę do siebie,
itp, MAMY PRAWO!), no i czasem przewija się wątek nacięcia krocza. Właściwie
mam wrażenie, że traktujemy to jak zło konieczne ("to się robi
rutynowo", "nikt się nie pyta"), a tymczasem jest to chirurgiczny zabieg, na
który powinnyśmy wyrazić zgodę. Tylko że jak o zgodę pyta się z nożycami w
ręku w momencie wychodzenia główki, to jest już trochę za późno...
Problem nacięcia publikacje generalnie bagatelizują, mówiąc "w razie
konieczności wykonuje się...", "czasami wykonuje się.." tymczasem z różnych
relacji wynika, że to nie tak do końca "z konieczności" a raczej z wygody (i
to nie naszej) i wcale nie tak "czasami" tylko prawie zawsze. No bo
incydentalnie się słyszy o NIEnacinaniu i to przy okazji
stosowania "nowoczesnego" położnictwa najczęściej. Czyli co? Nowoczesne jest
dla większości niedostępne, czy jak?!
Naprostujcie mi myślenie, bo nie wiem, czy mam przywiązywać do tego aż tak
straszną wagę, czy traktować problem jako zło konieczne. Wiem co to nacięcie,
wiem, co to ropień na ciasnym szwie, wiem, co to "rodzenie pod górkę" (wbrew
sile grawitacji) i wiem, że poniekąd z tego się moje nacięcie wzięło. Nie
chcę powtórki!!!!
Proszę o wypowiedzi również praktykujące położne, żebyśmy wiedziały jak na to
patrzy "druga strona barykady", i co jest w naszych szpitalach realnie
możliwe.
czekam z niecierpliwością na Wasz odzew
jola