Jeszcze niedawno byłam częstym gościem na tym forum a teraz zostałam mamusią
i nie będę już tak często zaglądać, ale chciałam się wam pochwalić moją cudną
małą córeczką:
Marysia urodziła się 15.04 (sporo po terminie), ważyła 2450, mierzyła 51 cm.
Jest śliczna, zdrowiótka i bardzo grzeczna
Chciałąm się jeszcze podzielić swoim doświadczeniem w kwestii nacinania
krocza - wiele dyskusji się na forum toczyło i wyrobiłam sobie opinie, że
nacinanie jest nienaturalne i lepiej by było chronić krocze, ale zmieniłam
zdanie:
Byłam nacięta a dodatkowo dość sporo popękałam więc mogę się wypowiedzieć na
podstawie tych różnych doświadczeń:
nacięcie - nie czułam nacinania, na zewnątrz już się zagoiło, od początku nie
dokuczało
pęknięcia (dość płytkie ale w kilku miejscach) - nie czułam w czasie porodu,
ale potem były duże problemy z gojeniem, wymagają dużej ilości 'zabiegów' z
użyciem różnych środków, do dziś bolą i pieką i z tego co widzę do zagojenia
jeszcze daleko...
Nie wiem co by było gdybym w ogóle nie była nacięta, chyba z rok by mi się
goiło....
A dla zainteresowanych przeklejam opis porodu z forum 'kwietniówki'
Wreszcie, po długim niecierpliwym oczekiwaniu, przynależności do klubu mam po
terminie, nieodbieraniu telefonów z pytaniami itd, udało się nam urodzić
cudownego człowieczka - Marysię.
Marysia przyszła na świat w piątek 15.04, a było tak:
We czwartek po badaniu ktg pani doktor z punktu konsultacyjnego postanowiła
pomóc mojej szyjce się rozwierać i zrobiła jej zapierający oddech masaż,
dzięki czemu rozwarcie powiększyło się z 1 do 2 cm. Wyszłam z nadzieją, że
się zacznie. Oprócz lekkiego krwawienia (normalne po masażu) nic się nie
działo cały dzień (to był, o ironio, pierwszy dzień bez skurczów od 2
tygodni). Wieczorem od 23.30 miałam lekkie skurcze co 10 minut, ale że nie
zdarzyło się to pierwszy raz poszłam spokojnie spać. Przed pierwszą zbudził
mnie ból, nie mogłam już zasnąć. Skurcze były co 10 min, ale krótkie ok. 20
sekund. Skontaktowałam się z położną, kazała czekać na postępy. Postępy
trwały, czasem skurcze się cofały, umyłam głowę, zrobiłam sobie paznokcie i
tak jak umówiłam się z położną pojechałam do szpitala. Skurcze były już co 3
minuty.
W szpitalu byliśmy o 8.15 - szyjka w świetnej formie, elegancka, twarda, 2 cm
ani drgnęły. Położna zdecydowała, że skoro już całą noc są te skurcze, to
przebijamy pęcherz i rodzimy. Po załatwieniu formalności, zdobyciu wiedzy na
temat tego, że zmarnowałam całą noc skurczów, bo nie wpychałam dzidzi do
kanału rodnego (okazało się, że w oddychaniu, którego uczyliśmy się na szkole
rodzenia nie chodziło o oddychanie, że było ono tylko dodatkiem do wpychania
dzidzi

przeszliśmy na salę porodową. Przed nami rozciągała się perspektywa
długiego oczekiwania na współpracę ze strony szyjki, dostałam kroplówkę
rozluźniającą (nie wiem co) i czopki (scopolan), żeby poszło troszkę
szybciej, próbowałam skakać na piłce, ale jakoś mi nie szła ta zabawa.
Położna powiedziała, żebym sobie weszła do wanny i odpoczęła w wodzie a jak
wyjdę to mnie zbada i zobaczy czy szyjka drgnęła. Weszłam do wanny i się
zaczęło - zaczęło się dziać coś dziwnego - inny rodzaj bólu, niewiele
pamiętam bo byłam zupełnie nieprzytomna, ale zaczęłam się czuć jakbym nie
panowała nad własnym ciałem, położna i mąż mówili co mam robić, ale jakoś nie
bardzo byłam w stanie, powtarzałam tylko, że nie dam rady i że chcę
znieczulenie, ale okazało się że rozwarcie w tym momencie było już na 7 cm –
na znieczulenie więc za późno. Ten czas był najgorszy z całego porodu – nie
panowałam nad niczym, wszystko robili za mnie mąż i położna (tzn. podnosili,
opuszczali nogi, itd. – nie pamiętam wiele). W przerwie między skurczami
wyszłam z wanny (był to już etap kiedy mój mąż widział włoski Marysi) i
położyłam się na łożko/fotel – potem poszło już szybko – kilka skurczów
partych i zobaczyłam główkę malutkiej (co prawda miałam wrażenie, że rodziłam
nie okrąglutką główeczkę, ale coś ostrego – tasak, czy coś

. Później
położyli mi małą na brzuch i leżała sobie tam przez całe szycie krocza i
jeszcze trochę. Byłam tak zmęczona, że w przerwach między kolejnymi ukłuciami
śniły mi się różne rzeczy (aha, nawet nie wiedziałam, że mąż przecinał
pępowinę) . Szycie – bardzo nieprzyjemne, byłam nacięta ale i tak popękałam,
Marysia była malutka ale obwód główki miała przeciętny, nie tak mały jak
reszta ciałka, a ja mam jak się okazuje jakieś słabe tkanki.
Później dali mi się wyspać i przewieźli na salę. Malutka była śliczna i
grzeczna jak aniołek, mąż był cały czas przy mnie, więc było dobrze. W
szpitalu warunki były bardzo dobre i gdyby nie ból to po prostu żyć nie
umierać.
W poniedziałek wieczorem wyszłyśmy do domku. Na razie jest nieźle chociaż
moja kondycja fizyczna i psychiczna pozostawia wiele do życzenia Najgorzej
z kroczem bo pojawiły się problemy z gojeniem popękanych miejsc, ale już
coraz lepiej – może wkrótce będę mogła siadać (teraz klęczę przed komputerem
. Marysię kochamy z każdym dniem coraz bardziej, a ona rośnie jak na
drożdżach i jest małym cudem.
I jeszcze coś – to wszystko jakoś tak nas (mnie i męża) zbliżyło – jest
niesamowicie, chociaż na nic nie ma czasu.
(kocham moją żonę i Marysię – były bardzo dzielne! To mówiłem ja, mąż Moni)