Drogie mamy aktualne i przyszłe!Pragnę się pochwalić: Urodziłam syna!Niby żaden wyczyn – większość z was ma podobne doświadczenie już za sobą, jednak dla mnie jest to zupełnie nowe, niesamowite i niepojęte.Najcudowniejsze w tym wszystkim jest to, że żadne straszne opowieści mam, cioć, koleżanek i innych życzliwych osób (z lekarzami włącznie) nie sprawdziły się w najmniejszym nawet stopniu. Ból porodowy jest najzupełniej do wytrzymania (choć, faktycznie, żadna przyjemność, ale, jak uświadomił mnie pewien anestezjolog, to wynika z definicji bólu) a szczęście jakie się odczuwa spoglądając po raz pierwszy w granatowe oczka własnego maleństwa jest nieporównywalne z niczym innym. Wiem już na pewno – następne dzieciątko tak szybko, jak tylko Bóg pozwoli.Jak zapewne się domyślacie z tytułu postu, urodziłam mojego syneczka w domu. Józeczka przyjęły na świecie cudowne i wprawne ręce Ireny Chołuj. Pępowinę przeciął mój mąż osobiście a łożysko zachowaliśmy sobie (za radą Ireny), żeby posadzić na nim drzewo dla Józka.Jeśli któraś z Was rozważa nieśmiało poród domowy – niech się nie obawia. Na pewno nie jest to rozwiązanie dla każdego, ale warto przynamniej porozmawiać z położną przyjmującą porody w domu. Może po takiej rozmowie, podobnie jak ja, dojdziecie do wniosku, że to jest idealne rozwiązanie... Ja nie wyobrażałam sobie porodu w szpitalu, rozumiem więc osoby, które nie wyobrażają sobie porodu w domu, jednak moja rodzina chce być argumentem za tym, że można urodzić zdrowe dziecko we własnym domu, bez znieczulenia, kroplówek, oksytocyny, przebijania pęcherza, czy innych dodatkowych atrakcji.Na koniec dodam tylko z dumą, że Józeczek ważył 4020 g i mierzył 61 cm. Dostał oczywiście 10 pkt. APGAR (ten dziesiąty to od Ireny po znajomości, bo nie krzyczał – zamiast tego zajął się bardzo efektywnym oddychaniem

).Pozdrawiamy wszystkie mamy i bobasyKatarzyna z Józiem