xjustynkax
23.11.06, 11:27
Na drugim roku studiów dowiedziałam się, że jestem w ciąży, wpadka. Mój
przyszły był wniebowziety, nie rozumiał mnie, nie rozumiał moich odczuć,
niepokoju, niczego...
Przepłakałam cały miesiąc , zawaliłam sesję, otrząsnęłam się w lutym.
Zdałam wszystkie egzaminy na piątki. Może dlatego, że musiałam zapomnieć,
zapomnieć o tym , że jestem w ciąży.Do lekarza poszłam w maju, 20 tydzień,
lekarz nakrzyczał, ale starał się mnie zrozumieć.Poczułam ruchy dziecka,
dotarło do mnie , że jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. Mam w sobie
skarb, moją kruszynkę, tak bardzo uzależnioną ode mnie. Zaliczyłam wiosenną
sesję, również na piątki. W czerwcu ślub. Mała urodziła się na początku
pażdziernika, mama zakrzyczała mnie, że zajmie się maleństwem , a ja dla niej
mam skończyć studia. Mąż nie był zachwycony, ale co mu pozostało, tylko
pogodzenie się, w końcu nas było trzy kobiety.
Było to w 2000 roku
Rok 2006. Jestem magistrem córka we wrześniu poszła do szkoły do klasy "0".
Na początku listopada dowiedziałam się, że jestem w ciąży. 9 tydzień. Tym
razem radość większa moja niż męża. W sobotę zaczęły się komplikacje, kłótnie
z mężem pogorszyły mój stan.10 listopada poszłam do szefa i powiedziałam , że
jestem w ciąży. Przyjął to bardzo spokojnie, zaproponował przeniesienie mojej
pracy do domu, abym tylko była on-line.Dobry szef.
19 listopada prywatna klinika, świetni lekarze, świetna opieka, choć droga.
21 jestem już sama.
Nie ma mojego Aniołka
Jutro jadę do domu, wracam do życia, do mojej córki, dla niej muszę
zapomnieć, dla niej muszę być silna.
Nie wiem czy starczy mi sił, aby jeszcze kiedyś spróbować.
Kazali mi pisać, opisywać swój ból, piszę i ryczę, nie osądzajcie mnie,
proszę.....