Od razu powiem, że mam świadomość, że każdy organizm jest inny i u każdej
kobiety może być inaczej, jednak zastanawiam się jak to było u Was? Jestem w
38 tc. Dręczę się myślą ile może ubiec czasu od pierwszych bolących skurczy
porodowych do porodu? Byłoby mi to wszystko jedno (tzn. wiadomo, że każda
chciałaby jak najkrócej cierpieć) gdyby mąż był w domu, bo planujemy wspólny
poród, ale pracuje On 200 km od domu

Dodatkowo charakter Jego pracy nie
pozwoli Mu na "urwanie" się w każdej chwili. jeśli dostałabym skurczy zanim
zacznie pracę to jest w stanie przyjechać w 2 godziny, jeśli jednak pracę już
rozpocznie na swojej zmianie to będzie musiał poczekać do końca zmiany i
dopiero przyjedzie, co w sumie zajmie jakieś 12 godzin. Jestem tym przerażona,
bo nie wyobrażam sobie porodu bez męża i przyznam, że zadręczam się obecnie
myślą czy oby mąż zdąży i ile może upłynąć czasu od skurczy do porodu. Jak to
było u Was? Dodam, że nie boję się bólu i nie myślę nawet o tym jak bardzo to
może boleć, bo moje myśli skupiają się na obawie czy mąż zdąży przyjechać.
Wiem, że z Nim przy boku dam radę pokonać każdy ból, a sama wśród obcych ludzi
będę czuła się strasznie bezsilnie i bezradnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że
wiele kobiet rodzi bez mężów i też dają radę, więc ja też bym dała, jednak
wiem, że z Nim przy boku byłoby mi o wiele, wiele łatwiej... Więc ile to
trwało u Was? Pozdrawiam!