Dodaj do ulubionych

mój dobry poród :) (długie)

04.08.09, 01:02
Ja już po :) I postanowiłam napisać jak było, bo życie spłatało nam
numer nie z tej ziemi...
Ponieważ poprzednia dwójka urodziła się w 38 tc, kilka tygodni przez
terminem siedziałam już na tykającej bombie - a tu nic! Im bliżej
końca, tym bardziej traciłam cierpliwość - wiadomo, sprzątanie,
seks, olej rycynowy... dalej nic. W końcu w dniu terminu wg OM (a
według mnie 4-5 dni po terminie) postanowiłam powtórzyć olej
rycynowy. Machnęłam po południu porcję i po kilku godzinach
straciłam nadzieję :( Po 23 wieczorem, w czasie oglądania z mężem
wiadomości, zaczął mnie boleć brzuch - ostro i rozdzierająco, ale z
przerwami. Hm, myślę, czyżby to to? Eee, nie, w końcu mam 2 porody
za sobą, wiem jak czuje się skurcze, więc to zapewne olej.
Przetrwałam jeden taki atak, drugi - i postanowiłam wziąć kąpiel,
żeby trochę się rozluźnić. Mąż nalał mi wody, wlazłam, on wrócił do
wiadomości, a ja siedzę w wannie i boli mnie okrutnie! Zaczęłam na
każdym wydechu jęczeć głośno, to zwabiło go z powrotem. Nadal nie
wierzyłam, że to może być poród (inaczej powinno boleć ;)), ale
stwierdziłam, że cokolwiek to jest, mam dość i wolę jechać do
szpitala, bo nie wytrzymam. Ustaliliśmy, że wzywamy babcię do dzieci
i taksówkę dla nas. Z trudem wylazłam z wanny, ubrałam się w 10
sekund - i poczułam popieranie :O Niewiele myśląc (albo i wcale),
padłam na podłogę w pozycji kolankowo - łokciowej i tylko rzuciłam
sobie ręcznik pod kolana, bo mi się rozjeżdżały na płytkach ;).
Widząc, co się dzieje, mój mąż - panikarz i w ogóle mimoza, wrzasnął
tylko przytomnie "zdejmuj majtki!" :) W tym czasie jednocześnie
doleciała teściowa i dojechała taksówka, którą oczywiście nie
mogłabym już nigdzie pojechać, bo żadna siła nie ruszyłaby mnie z
podłogi - więc wrzasnęłam, że teraz to już tylko pogotowie. Teściowa
zadzwoniła i wycofała się strategicznie na moje życzenie w głąb
mieszkania, a mąż na mój okrzyk, że czuję główkę, kucnął za mną i
instruował mnie spokojnym (!) głosem, co mam robić. Próbował jeszcze
przekonać mnie do zmiany pomieszczenia, ale nie będąc w stanie się
ruszyć, kategorycznie odmówiłam i biedak tkwił wciśnięty między
wannę a moją wypiętą pupę ;) Po chyba drugim skurczu partym
poczułam, że nie dam rady - i mąż też to zauważył, bo zakrzyknął
nagle "nóóóż!" Oczywiście domyśliłam się, o co chodzi - dwukrotnie
wcześniej nie udało mi się urodzić małych dzieci bez nacięcia, więc
i teraz wydało mi się ono niezbędne, mimo że mąż próbował rękami
rozciągać mi krocze. Odwrzasnęłam więc - nożyczki w szufladzie! - i
poleciał po nie, zakazując mi przeć :) Złapane nożyczki oczywiście
nie były ani zdezynfekowane, ani przeznaczone do takich rzeczy -
raczej tępe i do tego z gatunku biurowych ;) Nie dał rady naciąć mi
krocza pod kątem (małe pole manewru chyba miał...), więc niewiele
myśląc, zgodziliśmy się, ze trzeba ciachnąć kawałek w stronę odbytu.
I on to zrobił! Facet, który mdleje przy pobieraniu krwi! Na
następnym skurczu wyśliznęła się cała nasza córka :D Mąż tylko
oznajmił mi, że jest zdrowa, cała, różowa i śliczna - żebym się nie
stresowała (mała zapłakała krótko, żeby to potwierdzić), zawinął w
swoją koszulkę i na to przyjechało pogotowie - trzech facetów
stanęło oniemiałych w progu łazienki :) Interwencja lekarska
ograniczyła się do przecięcia pępowiny. Kurtyna :)

PS. Mała okazała się być idealnie zdrowa i w dobrej formie, ważyła
3260 g, najwięcej z naszych dzieci, okazało się, że do wyjścia
wybrała położenie potylicowe tylne, stąd pewnie moje trudności w
wyparciem, nacięcie zostało ocenione jako fachowe ;), niestety
dodatkowo pękłam do przodu i trzeba było szyć rozerwaną wargę
sromową i okolice, oprócz mężowskiego nacięcia. Ale to naprawdę
niewielka cena za to wszystko, co się udało, poszło dobrze, było
piękne i wzruszające :) I tak zapamiętam ten poród - jako wspaniałe
przeżycie, szok męża, że się tak dobrze odnalazł w trudnej sytuacji,
a nawet poważył na krwawy zabieg ;)
Minęło 10 dni, a mi stoi w oczach jego ogłupiała ze szczęścia mina w
drodze do szpitala i zawiniątko w ręczniku na rękach... Cieszę się,
że był pierwszą osobą, która powitała nasze dziecko i je przytuliła.
Jestem z niego dumna. Będę zawsze wspominać te pół godziny (a
zwłaszcza ostatnie 10 minut) - bo tyle trwał cały poród - jako
magiczne chwile. I życzę oczekującym Mamom doświadczenia takich
wielkich, pozytywnych emocji podczas cudu narodzin :)
Obserwuj wątek
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka