Mam dylemat

Chodzę do dobrego lekarza, wybrałam go z tego
względu, że z wielu opinii wiem, ze jest świetnym specjalistą,
zarówno ginekologiem jak i anastazjologiem. Słyszałam, że jako jeden
z nielicznych w szpitalu, w którym będę rodzić, świetnie radzi sobie
z wszelkimi komplikacjami podczas porodów, świetnie obchodzi się z
pacjentkami itp. Zależało mi, żeby był przy moim porodzie bo
naprawde bardzo mu ufam. On chętnie się zgodził, dojeżdża do swoich
rodzących nawet w środku nocy kiedy nie jest na dyżurze. Problem w
tym, że termin wg OM mam na 18 lipca (na 24 lipca wg USG), a okazało
się, ze moj gin idzie na urlop 17 lipca. W związku z tym
zaproponował, zebym 16.07 pojawiła się na oddziale (jeśli oczywiście
do tego czasu nie urodzę), on podłączy mnie do oxy i spróbuje
wywołać poród. Ale zaznaczył, że jeśli nie będzie zadnych postępów w
związku z porodem to nie będzie mnie maltretował (chce oszczędzić mi
cierpienia) i poprostu puści do domu. Urodzę później, ale to już nie
on będzie przy porodzie. O oxy słyszałam wiele i to "niefajnych"
opinii.. Czy w takiej sytuacji zdecydować się na wywoływanie czy
raczej sobie odpuścić i czekać aż poród sam ruszy (ale nie będzie
juz odbierany przez mojego gin, na czym tak bardzo mi zależy

) Co
radzicie? Jakie macie doświadczenia z oxy?