mamalesia
14.09.06, 17:21
Gdybym pisała ten wątek od razu po przyjściu z przedszkola, rzucałabym
mięsem, aż miło! Wiem, że niektórzy wśród nas uważają, że katar to nie
choroba i jak słodkie dzieciątko chce iść do dzieci, to niech idzie, ale mnie
diabelec strzela.
W tamtym roku, gdy syn chodził do żłoba, wykorzystałam szybciutko - całe
możliwe płatne zwolnienia, cały urlop, korzystałam z pomocy wszystkch, co
możliwe. W pracy kłopot za kłopotem, brak premii, wypominanie i podobne. Ale
wychodzę z założenia, że zdrowie mojego dzieciaka jest najważniejsze i skoro
go mam, to muszę bezapelacyjnie dbać o niego. I cholery dostaję, gdy widzę
sytuację, jak dziś - odbieram Aleksa z przedszkola, w drzwiach wita mnie
dwoje dzieci i dwoje z gilem do brody - jedno jeszcze z przezroczystym,
drugie już nie. Pani mówi - no, dużo dzieci ma katar, pani syn JESZCZE nie!
No, do nędzy!!!! Jakich słów i argumentów trzeba użyć, żeby rodzice
zakatarzonych dzieci zrozumieli,że wirusy się szerzą drogą kropelkową, że
wysttarczy, że dwa dni z dzieciakiem posiedzą, a nie potem biorą po dwa
tygodnie zwolnienia i dzieciak w szpitalu ląduje, a ile po drodze zarazi, to
jego! Pomóżcie mi, brak mi jest argumentów, ale jutro mam ochotę poczekać na
tych rodziców i wydrzeć się na nich, do łba nastrzelać, cokolwiek! Brak mi
jest słów!!!
Czy to ja podchodzę do tego w taki sposób?
I weź tu człowieku i nie dostań cholery, jak przez debilizm dorosłych nasze
dzieciaki chorują, a potem jest płacz - tydzień i chory. No chory, bo ma
chorych rodziców.
Wcale mi nie ulżyło