Dodaj do ulubionych

List Tygodnia

25.08.04, 03:46
Jestem szczerze oburzona że w XXI wieku spotyka się takie oddziały jak
opisany przez Panią!!!To skandal,Ze personel zachowuje się w taki
sposób,który mam prawo określic jako NIEPROFESJONALNY!Mam prawo dlatego,żę
sama jestem pielęgniarką oddziału dziecięcego!Jak mozna traktowac
rodziców,którzy siedzą przy łóżku swojego dziecka tak przedmiotowo!Osobiscie
uważam że rodzice są niejednokrotnie bardzo pomocni zwłaszcza jeśli chodzi o
opiekę nad dzieckiem.Az brak mi słów z oburzenia!Na moim skromnym oddziale
staramy się stworzyc i dzieciom i rodzicom jak najlepsze warunki do
przetrwania tak trudnej sytuacji jaką jest pobyt dziecka w szpitalu!Faktem
jest ,że nie ma sali dla matki z dzieckiem nie ma tez łóżek dla rodziców ale
pozwalamy na rożłozenie materaca czy tez lezaczka gdyz kazdy normalny
człowiek wie,że siedzenie kilku nocy na krześle jest STRASZNE!Zrobienie
herbaty czy zjedzenie czegoś to tez nie problem!Nie rozumiem dlaczego na tym
oddziale -na którym miała Pani niebywałego pecha przebywać-robi się z tego
taki problem?!Przecież rodzic to tez człowiek!!!Mam nadzieję,że moją
wypowiedz przeczytają pracownicy środowiska medycznego,którzy powodują takie
absurdalne sytuacje i ruszą trochę głową!A tak na marginesie to mam pytanie
do pielęgniarek i lekarzy tego oddziału-co by zrobili gdyby ich tak
potraktowano?!Poprostu wstyd....
Obserwuj wątek
    • kawkaczarna Re: List Tygodnia 04.09.04, 23:42
      my znamy oddział chirurgii dziecięcej w wojewódzkim i tam też nic nie wolno, a
      rodzice są do besztania i przebierania pościeli i karmienia wszystkich obecnych
      małych pacjentów (nie wszyscy rodzice mogą i chcą być z dziecmi w szpitalu)a
      pielęgniarki nie są od tego
      jest brudno, nie widziałam, żeby któraś z sal była odkażana ultrafioletem
      byliśmy 3 tygodnie!, za to rodzice wnoszą bakterie i zarazki
      szpital wszystko zapewnia - my tylko przynosiliśmy ubranka, pieluchy, mleko w
      proszku i wodę przegotowaną, resztę tj. termometr i nieprzyjemne pielęgniarki
      zapewniał szpital, które budziły dzieci o 6 rano, żeby zmierzyć temperaturę,
      kiedy pojawialiśmy się 6.05 (bo wcześniej nie wolno) i mogliśmy to sami zrobić,
      za to wiedziały, że jak dzieci wyją w nocy, to wystarczy pylargina i difergan i
      każde śpi, przy dziecku może być jedno z rodziców, drugie za drzwiami,
      po zabiegu, kiedy mały się wybudzał pozwolono mojemu mężowi zostać na 1!noc i
      spał siedząc przy łóżeczku na plastykowym krześle
      gdy nie wsparcie innych rodziców chyba potrzebna by mi była pomoc psychologa
    • 020305r Re: List Tygodnia 17.10.04, 13:28
      To co tu przeczytałam to jakis horror! Sama "przymierzam "się do urodzenia w
      Wojewódzkim i słyszałam od kobiet tam rodzących raczej pochlebne opinie.Zatem
      nie wiem jak tą sytuację tłumaczyć,bo chyba nie zwykłym "pechem"?Ponoć położne
      miłe ,ordynator to rzeczowy ,miły człowiek...Doprawdy nie wiem już czym się
      kierować w wyborze szpitala.Ale naturalnie dobrze,że i takie opinie się tu
      znajduje,może to troche pomoże i pozwoli uniknać rozczarowania.Pozdrawiam
      • aguszak Re: List Tygodnia 20.10.04, 15:25
        Ten artykuł nie był o oddziale położniczym, tylko o zakaźnym chyba...
      • alebaba2 Re: List Tygodnia 22.10.04, 17:42
        Witaj,
        ja zdecydowałam się na Zaspę. A powyższy list tylko utwierdził mnie w tym
        przekonaniu.
        Pozdrawiam
        • leeya Re: List Tygodnia 27.10.04, 01:14
          Zaspa do rodzenia jest bardzo dobra. Przezylam i moge polecic... Zdaje sie
          tylko, ze polozne wszedzie trafiaja sie wredne. Bardziej interesowalaby mnie
          opinia na temat chirurgii dzieciecej w Wojewodzkim. W lutym mamy tam zabieg...
          Pozdrawiam
    • malizna74 Re: List Tygodnia 28.10.04, 15:24
      Podejrzewam, że chodzi tu o oddział niemowlęcy bądź zakaźno-obcerwacyjny.
      Przeżyłam tygodniowy pobyt na oddziale niemowlęcym z miesięczną córeczką.
      Powód - przedłużająca się żółtaczka fizjologiczna. Później jeździłyśmy tam
      jeszcze na badania ok. 10 razy, mniej więcej do ukończenia przez Madzię 9 m-cy.
      Powód - podwyższony poziom enzymów wątrobowych.
      Moją córeczką zajmowała się dr Grażyna Łuczak - osoba bardzo kompetentna i
      życzliwa. Z żółtaczką poradziła sobie bardzo szybko, bo w kilka dni. Gorzej
      było z enzymami wątrobowymi. W końcu same się unormowały (prawdopodobnie
      przyczyną ich podwyższenia była jakaś niezidentyfikowana infekcja wirusowa),
      ale zanim to nastąpiło Madzią zajęto się bardzo troskliwie - szukano przyczyny
      wykonując jej masę badań.
      Niby artykuł mówi prawdę, jednak chciałabym parę rzeczy sprostować, a raczej
      rozwinąć.

      > "A teraz proszę wyjść, trzeba założyć welflon,
      > a pani może nam tu zemdleć". Wychodzę, zza drzwi
      > przeraźliwy krzyk mojego czterodniowego maleństwa.

      Nigdy nie chciałam być obecna przy kłuciu mojej córeczki, chociaż nikt mi tego
      nie zakazywał.

      > Mój mąż stoi za drzwiami, w holu. Na oddziale
      > może przebywać tylko jedno z rodziców.

      Po pierwsze - to kwestia bezpieczeństwa. Im więcej osób, tym więcej zarazków.
      Po drugie - nie wszystkie sale są jednoosobowe więc trudno pomieścić całą
      rodzinę.
      Po trzecie - pielęgniarki pozwalały nam na wspólną kąpiel Madzi - nikt nigdy
      mojego męża wtedy nie wyrzucił. Widziałam też innych rodziców kąpiących
      wspólnie swoje dzieci.

      > Wreszcie prowadzą nas do sali. Wielkie łóżko,
      > na którym moja Marysia wygląda jak mały okruszek.
      > Obok plastikowy stołek. "Może tu pani siedzieć -
      > mówi siostra oddziałowa. - I proszę zapoznać się z regulaminem".

      > Regulamin jest długi, a każdy punkt zaczyna się od
      > "NIE WOLNO". Nie wolno mi się położyć w ciągu dnia,
      > nie wolno zrobić sobie herbaty, nie wolno jeść,
      > dzwonić z komórki, przebywać w sali w czasie obchodu,
      > korzystać z toalety na oddziale, tylko dwa piętra niżej.
      > Wszystko trzeba przynosić z domu - pieluszki, ubranka, mydełko.

      Większość punktów traktowana była z przymrużeniem oka. A co do ubranek i
      pieluszek, to nie trzeba było mieć swoich.

      > Marysia ma podłączoną kroplówkę - nie wiem,
      > co jej podają, nie wiem, czy to coś poważnego,
      > czy tylko przedłużająca się żółtaczka.
      > Lekarz przychodzi, gdy dostaję histerii -
      > zawiadamia go pielęgniarka. "Czemu pani ryczy? -
      > dziwi się. - Pół ludzkości jest żółta i nikt nie
      > płacze". Na szczęście potem wszystko po ludzku tłumaczy.
      > Zostaniemy tu dwa, najwyżej trzy dni, aż spadnie
      > poziom bilirubiny.

      Tu sę zgadzam - jak się nie dopytałam, to nic nie wiedziałam. Jednym słowem -
      lekarze małomówni jak prawie wszędzie.

      > Ale przed nami noc, najgorsza w moim
      > dwudziestosześcioletnim życiu i w życiu mojej
      > czterodniowej córeczki. Najpierw kąpiel małej
      > - muszę to zrobić sama, chociaż ledwo mam siłę ją utrzymać.
      > Zapomnieliśmy o spirytusie do przemywania pępuszka.
      > Proszę pielęgniarkę - nie można. "Przecież jutro
      > mąż przywiezie i oddam" - pozostaje niewzruszona.

      Nie skomentuję.

      > O godz. 22 mogę położyć się na materacu na ziemi -
      > nie mam materaca. Jakaś siostra przynosi mi składane
      > łóżko i dodaje, że po północy będę mogła wziąć
      > błyskawiczny prysznic - "Byle lekarz nie widział".
      > Przez szyby widzę inne matki, jak usypiają dzieci,
      > a potem rozkładają na ziemi koce. Niektóre mają miejsce
      > na polówkę, inne ledwo mieszczą się z samym śpiworem.
      > O 6 po legowiskach nie może być śladu.

      Generalnie oddział nie jest przystosowany do pobytu dzieci z rodzicami. Stąd
      kłopoty z łazienką i spaniem.


      > W sali obok dwójka samotnych, kilkumiesięcznych dzieci.
      > Ich płacz jest nie do opisania. Żadna z pielęgniarek
      > nie przytuli, nie weźmie na ręce. Sama nie mogę tam wejść,
      > bo w tej sali panuje reżim sanitarny. Jeden z chłopców
      > płacze całą noc. Co godzinę pojawia się wymęczona i zła
      > pielęgniarka, próbując uspokoić go smoczkiem albo glukozą w butelce.

      Niestety muszę potwierdzić.

      > Moja Marysia daje koncert nad ranem. Nie mogę
      > jej za nic uspokoić, bo domaga się piersi, a mnie
      > zabroniono karmić - muszę ściągać i podgrzewać mleko.

      Zapomniała Pani dodać, że odciąganie i pasteryzowanie (podgrzewanie) pokarmu
      była częścią kuracji Marysi. Nie zabroniono tego ot tak sobie. A tak na
      marginesie, to gdzie Pani podgrzewała pokarm? Czy nie w kuchni, do której
      podobno Pani nie wpuszczano?

      > Wpada pielęgniarka: "Proszę uspokoić dziecko.
      > Ono nie może tak ryczeć".

      Niestety rodzice są ogólnie traktowani jako zło konieczne, jako ktoś kto
      niepotrebnie patrzy naręce, ale tylko do momentu, gdy przy dziecku trzeba coś
      zrobić. Wtedy pielęgniarki wiedzą do kogo się zwrócić - grzecznie lub co gorsza
      bezczelnie.

      > Przystawiam ją do piersi.
      > Szczęśliwe zasypiamy. Po godzinie budzi nas oddziałowa:
      > "Nie wolno spać z dzieckiem".

      Zwykle w szpitalu nie wolno spaćz pacjentem. W tym akurat nie widzę nic
      dziwnego.

      > Po pierwszej dobie nauczyłam się obchodzić
      > wszystkie "nie wolno". Zbuntowałam się i rozłożyłam
      > łóżko na cały dzień, robiłam sobie herbatę w kuchni
      > dla personelu i brałam długi prysznic w łazience
      > dla dzieci - po kłótni z ordynatorem.

      A jednak regulamin nie był taki straszny na jaki wyglądał. Co prawdaa nie wiem
      po co taki regulamin skoro większość jego punktów nie jest przestrzegana, ale
      to już inne zagadnienie.

      > Marysia różowiała z dnia na dzień i mając równo
      > tydzień, opuściła szpital. Mam nadzieję, że na
      > bardzo długo.

      To, że dziecko doszło do siebie jest chyba najważniejsze, prawda?

      > PS Opisywany przez mnie szpital to Szpital Wojewódzki w Gdańsku

      • blaneczka007 Tylko Zaspa 30.10.04, 00:12
        Właśnie minął rok kiedy mój synek trafił do szpitala na Zaspie. Miał wtedy
        cztery tygodnie. Podejrzewano u niego zapalenie płuc, przedłuzała mu się
        żółtaczka i w dodatku okazało się ze to z powodu zakażenia układu moczowego.

        Trafiliśmy do szpitala wieczorem, oczywiście byłam załamana tym, że malutki
        musi być hospitalizowany. Bardzo chciałam wracać z synkiem do domu. Na
        szczęście mogłam być przy nim. Już kiedys mój starszy synek (w wieku 2
        miesięcy) leżał w szpitalu na Polankach (sam, bo wtedy matka nie mogła być przy
        dziecku) i wspomninia z tego pobytu miałam podobne jak autorka listu.
        Spodziewałam się więc powtórki. Byłam nastawiona antyszpitalnie.

        Dnia pierwszego salowe próbowały młode mamy ustawiać do pionu i to jedyny
        incydent jaki mi się źle kojarzył z tym szpitalem. Jednak na drugi dzień już
        były miłe i pomocne.

        Lekarki były cudowne, odpowiadały na pytania, zaglądały co jakiś czas, na
        obchodzie nie budziły dzieci tylko przychodziły później...

        Jednak najwspanialsze były pielęgniarki.
        Kiedy trafiliśmy na oddział byłam strasznie przestraszona zdezorientowana.
        Pielegniarka się nami od razu zaopiekowało. przyniosła dla mnie łóżko polowe ,
        pościel już powleczoną, uspokoiła mnie. Na drugi dzień przyniosła mi fotel do
        karmienia. Kiedy na salach obok płakały dzieci których mamy nie odwiedzały, to
        pielęgniarki tuliły je, nosiły uspokajały (czasem śpiewem).
        Zawsze mogłam iść się umyć czy kupić coś do zjedzenia. Kiedy wracałam Malutki
        albo spał, ale tuliła go pielęgniarka.

        Było jednak takie wydarzenie które wzruszyło mnie najbardziej... Pewna cudowna
        pielęgniarka na jeden z nocnych dyżurów przyniosła książkę z bajkami. Czytała
        ją 2,5 rocznemu Darkowi z wodogłowiem, który wieczorami rozpaczliwie wzywał
        swoja mamę. Kiedy to go nie uspokoiło wzięła Dareczka na kolana, przytuliła do
        siebie jak własne dziecko i kołysała przeszło godzine, aż zasnął.

        Z pełną odpowiedzialnością polecam ten szpital.

      • amona13 Re: List Tygodnia 15.01.05, 15:41
        mam wrażenie że artykuł pisała pani pracująca w szpitalu, ja co prawda nie
        mam złych wspomnień z wojewódzkiego a była 2 tygodnie na obserwacyjno -
        zakaźnym i na chirurgii dziecięcej .fakt że spałam na materacu ale budziły
        mnie pielęgniarki około 8,00 ,potem gdy dziecko przeniesino na łózko mogłam
        spać z nim co zresztą robiłam , nigdy nikt mi nie powiedział ,że nie
        mogę się umyć , herbatę robiła w sali gdzie spało dziecko , faky że do
        kuchni nie można było wchodzić ale nie było takiej potrzeby , lodówka dla
        rodziców była na korytarzu.jak dziecko za długo płakało to zabierały na noc
        do dyżurki . jedyny mankament do dostać sie do szpitala . Moje dziecko dwa
        razy w nocy było odesłane a potem trafiło z podejrzeniem sepsy . raz
        lekarz straszył mnie że zadzwoni na policję więc powiedziałam zeby
        dzwonił , wogóle to krzyczał jakim prawem przyjechałm doszpitala o 2,30 w
        nocy z chorym dzieckim. złozyła skargę do dyrektora szpitala i o dziwo
        była uznana . duży plus dla dyrektora szpitala wojewódzkiego
        • amona13 Re: List Tygodnia 15.01.05, 15:45
          chciałbym jeszce dodać że była przy wszystkich zabiegach mojego dzieck
          i nikt nawet nie zasugerowł że mam wyjść również z pokoju zabiegowego
          • maxia10 Re: List Tygodnia 29.05.05, 17:20
            niestety musze potwierdzic .. bylam w wojewodzkim i wszystko jest prawda a
            szkoda ...
    • kawoholik Re: List Tygodnia 22.05.05, 19:11
      żal serce sciska .. ale nie znam oddziału dziecięcego w wojewódzkim , na którym
      ordynowalby meżczyzna ...
    • iwabar Re: List Tygodnia 05.06.05, 17:58
      Proszę Panstwa!
      W tym szpitalu takie rzeczy to chyba norma...
      Miesiąc temu zgłosiłam się na położniczą izbę przyjęć w tymże szpitalu- byłam w
      8 tygodniu ciąży.Bardzo bolał mnie brzuch i plamiłam.Ginekolog zrobił usg,
      przepisał leki i... kazał się zkontaktować z lekarzem prowadzącym.Następniego
      dnia poroniłam.Znów trafiłam do Szpitala Wojewódzkiego.Roztrzęsiona, prawie w
      histerii. Zrobiono usg, kazano " przyjąć na łyżeczkowanie", i tyle.w czasie
      przyjecia na oddział zapytałam położne jak długo bedzie mnie tak bolał brzuch?
      Jedna z nich zapytała, czy coś dostałam na izbie.Oczywiście nic nie dostałam.Po
      mojej odpowiedzi padło tylko: to ja nie wiem. Położono mnie na sale i kazano
      dzwonić "gdzyby mnie zalało". Nie dostałam nic przeciwbólowego ani
      uspakającego.Prawie całą noc przepłakałam, czekając na poranny zabieg.Rano, gdy
      się okazało,ze już prawie nie krwawie, zostałam poinformowana, ze: nie ma co
      wzywac anestezjologa na cito, zabieg zrobi się planowo ok 11". Następne parę
      godzin,pozostawiono mnie samej sobie. Ok 11 przyszła po mnie położna i
      zaprowadziła na salę zabiegową. Wtedy było mi wszystko jedno, ale późnij
      uświadomiłam sobie, że na sali zabiegowej było kilkanaście osób i to w bardzo
      dobrych humorach.Zero intymności i poszanowania godności pacjentki. Po zabiegu
      wybudzałam się ze strasznym bólem brzucha i płaczem. Niesamowicie się
      cieszyłam, że jeszcze tego sameg dnia opuszczę ten szpital.
      Najgorsze jest to, że już po pobycie w szpitalu usłyszałam opowieści koleżanki,
      która odbywała tam staż. Usłyszałam o anestezjologach, którzy tak znieczulali
      pacjętki, że trzeba im było tzrymać nogi podczas zabiegu, bo wiły się z bólu.
      Usłyszałam o lekarzach, którzy wykonując łyżeczkowanie przez większość czasu
      trwania zabiegu patrzyli wszędzie, tylko nie tam gdzie powinni...Usłyszałm o "
      troskliwej opiece", dzieki której kobieta poroniła zaawansowaną ciąże, tak że
      małe nóżki widać było spod jej bielizny...
      Moi drodzy- jestem pielęgniarką. I wstyd mi za taką słuzbę zdrowia.
      Apeluję do wszystkich- jeśli masz wybór, za nic nie daj się leczyć w Szpitalu
      Wojewódzkim w Gdańsku.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka