Szpital ks. Anny Mazowieckiej na Karowej to wielka fabryka, w której kolejni
lekarze zdobywają kolejne stopnie naukowe. Pacjentkę traktuje się tam jak
przedmiot, kolejny przypadek medyczny, nie jak podmiot.
Rodziłam na Karowej dwa razy: w roku 1998 i 2000. Nie miałam opłaconej
położnej i to był mój błąd. Przy porodzie mojej córki asystowała uczennica,
położna stała obok. Gdybym zapłaciła na pewno tak by nie było. Uczennica
przecięła mi krocze na chybił trafił, zawyłam z bólu, co położna skwitowała z
uśmiechem. Potem kazała uczennicy cięcie poprawić, bo zrobiła to nieudolnie,
docinała więc. Kiedy w końcu urodziłam córkę uczennica zawiązała córce
pępowinę. Robiła to na pewno pierwszy raz ! Córka ma okropny pępek (brzydki,
nieudolnie zawiązany), niedawno przeszła operację na przepuklinę pępkową.
Po porodzie trafiłam na salę ogólną. NIKT nie pokazał mi, jak mam przystawić
córkę do piersi, NIKT nie dał mi żadnych wskazówek, kiedy w nocy miałam
ogromny napływ pokarmu, a córka nie chciała jeść NIKT mi nie pomógł, położna
nie chciała ze mną nawet porozmawiać - SPAŁA NA DYŻURZE.
Kidy rodziłam syna, nie było lepiej. Przy porodzie asystowały położne zajęte
własnym towarzystwem. Stanęły po ścianą i chichotały !! szepcząc sobie coś na
ucho. Jedna z nich która próbowała mi pomóc rodzić nie potrafiła się
skoncentrować, bo jednym uchem słuchała koleżanek. Ja rodziłam, ale ponieważ
mój syn ważył 4800 nie szło mi to sprawnie. Położne kwitowały moje
wysiłki: "nie urodzi dziewczyna, nie urodzi" i dalej plotkowały. W końcu mój
mąż wyprosił towarzystwo wzajemnej adoracji, zdopingował położną do pracy.
Urodziłam.
Na sali ogólnej było mi za drugim łatwiej, zawdzięczam to wcześniejszym
doświadczeniom i ogromnej woli przetrwania