Witam,
25 czerwca urodziłam przez cc na Polnej moją kruszynkę.
Jadąc do szpitala 23, miałam serce na ramieniu. Naczytałam się tyle
opini, w większości bardzo negatywnych o Polnej, że jechałam tam
nieżywa. Przyjęcie miałam planowe, wyznaczone przez lekarza. Na izbę
przyjęć miałam się zgłosić pomiędzy 7-8. Gdy przyjechaliśmy,
przywitał nas tłum ludzi i pełna izba przyjęć. Podeszliśmy do punktu
przyjęć, dostaliśmy numerek, czekaliśmy ok 30-45 min. Pielęgniarka
wyczytywała numerek. Weszliśmy razem. Poproszono mnie do oddzielnego
pomieszczenia, P. wyproszono.

((( Tam, podpisałam standardowe
dokumenty przy przyjęciu do szpitala, przebrałam sie w piżamkę. To
nie było fajne, bo nie było gdzie się przebrać, zrobiłam to we
wnęce, gdzie bada się KTG. Przebrana zaniosłam P. swoje rzeczy,
pożegnaliśmy się. Bardzo trudny moment. W każdym "normalnym"
szpitalu osoba towarzysząca może wejść na oddział. Tu zostałam sama
z walizą. Czekałam na korytarzu, nie było miejsca aby usiąść. Czułam
się fatalnie wszystko mnie bolało. Na szczęście nie trwało długo
przyszła pielęgniarka i poszłyśmy na oddział PGIII, wzięła moją
torbę, oraz drugą mniejszą z rzeczami higieny osobistej po
poprodzie.
Na oddziale czekałam długo, ok 2 godzin na korytarzu na wolną salę.
W tym czasie przyszła młoda lekarka i spisywała wywiad. Miła,
spokojna. Trafiłam wreszcie do sali:4 łóżka, łazienka, stolik.
Całkiem nieźle jak na polskie warunki.
Potem zaczął się maraton z badaniami. Moja lekarka prowadząca ciążę
zjawiła się i poszła ze mną na badanie. Cóż, badała mnie E.
Ożogowska- chyba najbardziej wredna, niesympatyczna i niemiła osoba
jaką znam. Miałam wskazanie do cięcia cesarskiego od neurochirurga
oraz lekarza specjalisty od leczenia bólu. Wskazanie z powodu
licznych guzów w miednicy oraz w pachwinach oraz stanie po 8
operacjach. Wychodzą z pokoju doszło do mnie jak Ożogowska mówi, że
to nie są żadne przesłanki do cc. Zmroziło mnie, bo guz który od
miesięcy mnie bolał z powodu ucisku przez dziecko ma 7 cm a ona
podważa opinię dwóch niezależnych profesorów. Ostatecznie wpisała mi
w kartę, że to ja nie wyrażam zgody na poród siłami natury.
Potem było usg i co 4 godziny KTG. Pielęgniarki przypinały nas na 2
godziny, tragedia, bo ruszyć się nie można. Pod wieczór, stres mój
chyba był już u szczytu, bo HKT wykazało maksymalne skurcze co 3
minuty. Pielęgniarki narobiły hałasu, i zadzwoniły na porodówkę.
Miałam dużo szczęścia, bo zadzwoniłam do mojej lekarki, że chcą mnie
zabrać na porodówkę, to raz dwa z porodówki przyszedł mój kolega z
lat szkolnych. W normalnej sytuacji wylądowałabym już na porodówce.
Lecz dzięki temu że mogłam liczyć na moją lekarkę i kolegę zostawili
mnie na oddziale. W każdej chwili mogłam jednak tam się znaleźć. Po
południu kolejne usg. Czekałam pod drzwiami gabinetu, gdy wszedł
tabun studentów ok. 15 osób – nie wiem jak się tam upchali.
Usłyszałam swoje nazwisko. Weszłam i okazało się, że mam być
przykładem dla studentów. Trzepnęło mną, bo szpital który afiszuje
się ISO co każde 5 metrów potraktował mnie jak bezosobowy manekin do
nauki. Wyprosiłam studentów, nie godząc się na badanie w ich
obecności. Oj, co za obraza majestatu!!! Lekarka, zaczęła się na
mnie wydzierać, poprosiłam aby nie komentowała, ponieważ mam prawo
odmówić badania w obecności studentów. Na co ona, że ma prawo
komentować, no nie ma a na pewno nie w taki sposób. Po tym zamknęła
się. Będąc od wielu lat audytorem systemów jakości, wlepiłabym
niezgodność na audycie za coś takiego. Nie tak powinno wyglądać.
Pacjent powinien być poproszony pierwszy, poinformowany o przebiegu
badania po czym zapytany o zgodę na obecność studentów. Ale cóż ISO
sobie, życie sobie. Pacjent to nie klient, więc po co to ISO i
ankiety na parapetach, których nikt nie wypełnia? (nota bene
pacjentki powinny przed wypisem być poproszone o wypełnienie
anonimowe ankiety i wrzucenie do skrzyneczki – ciekawe jak wygląda
badanie satysfakcji? O pytaniach typu czy jest pani potrzebna pomoc
podczas porodu (tak, nie, nie wiem) – nie wspomnę).
Na szczęcie doczekałam dnia następnego. O godzinie 5 rano zbudziły
nas pielęgniarki, przyszły, aby zrobić mi lewatywę na co też się nie
zgodziłam – musiałam podpisać na odręcznym świstu papieru, że nie
wyrażam zgody. Jakbym nie miała do tego prawa !!??
Ogolić można się samemu, nic takiego.
O godzinie 10 zawieziono mnie na porodówkę. Tam kilka formalności i
…. Moja kruszyna na świecie. P. zapłacił za poród rodzinny 150 pln i
został wpuszczony na salę do naszej córci, jako pierwszy ją witał na
świecie bo ja miałam ogólną narkozę.
Wszelkie zabiegu typu cewnikowanie są robione po znieczuleniu.
Niestety trzeba z tym ustrojstwem leżeć dość długo. Mi bardzo
przeszkadzało, bo chyba był źle założony, gdyżza każdym razem
płakałam. Wykorzystałam okazję jak najszybciej, gdy tylko wróciłam
na oddział PGIII, wieczorem o 22 poprosiłam o zdjęcie i poszłam pod
prysznic.
Po zabiegu leżałam na Sali poporodowej dość długo podłączona do
pompy infuzyjnej, ze względu na ból. P. mógł być cały czas z nami,
nawet pielęgniarka zgodziła się, aby przyszła moja mama. Dostałam
wskazanie od anestezjologa, że co 8 godzin mam dostawać tramal (guz
po cc mógł być naruszony i powodować ogromny ból).
Potem wróciłam na oddział PG III, pok 154. W pierwszej dobie
dostałam, w drugiej nie więc poprosiłam na co pielęgniarka
stwierdziła, że nie mają!!!! I może mi dać paracetamol. Ręce mi
opadły! Zadzwoniłam do P. i poprosiłam aby przywiózł mi tabletki.
Nasza córcia musiała dostawać sztuczne mleko, ponieważ ja nie mogłam
karmić ze względu na leki jaki przyjmuję. Zalecone miała mleko typu
HA, ponieważ ja jestem alergikiem. W drugiej dobie mała przestała
pić mleko, pluła, krzyczała, prężyła się jakby miała kolki (???). W
nocy poszłam po mleko, mała o mało nie połknęła z butelką. Poszłam
więc po dokładkę. Wtedy wyszło, że pielęgniarka pomyliła siei dała
nam zwykłe mleko, nie HA. Co więcej okazało się, że właśnie od
drugiej doby dostaje Babilon Pepti. To wyjaśniało jej dziwne
zachowanie podczas karmienia. Byłam zdziwiona, ponieważ nikt nie
powiedział mi, że będzie dostawała to mleko zamiast HA. Na wizycie
pediatry poprosiłam o wyjaśnienie i co nieokazało, że Malko HA
skończyło się i ponieważ nie było zadecydowano, że dostanie pepti.
Na szczęści pediatra zarobiła raban i powiedziała, ze musi mieć
mleko HA. Wtedy pielęgniarki zaczęły biegać szukać…. Żenujące. Brak
leku przepisanego przez anestezjologa, brak mleka zleconego przez
pediatrę, a niby szpital kliniczny.
Był niemiłosierny upał, jedne pielęgniarki kazały dopajać mi małą
glukozą, inne mnie ochrzaniły za to. Ile pielęgniarek tyle wersji,
byłam tym zmęczona.
Prawdę powiedziawszy czekałam z utęsknieniem na wyjście ze szpitala.
Wyszłyśmy dopiero w poniedziałek, ponieważ córcia miała silną
żółtaczkę.
Podsumowując nie było tak źle, wśród miłych pielęgniarek były i
zołzy. Warunki nie takie złe. Jednak „wpadki” jakie nam się
przydarzyły nie powinny mieć zdecydowanie miejsca. Ogólnie chyba
miałam szczęście, bo opinie jakie czytałam o Polnej nie potwierdziły
się. Jechałam tak przerażona (po tym co się naczytałam), że o mało w
dzień przyjęcia do szpitala nie urodziłam. Dziś mogę powiedzieć, że
jestem raczej zadowolona. Jest ciężko po cc, bo rana boli, a
maluszkiem trzeba się zająć. Spałam z małą na rękach bo ciągle
krzyczała, gdy przez 3 dni dostawała nieodpowiednie mleko. Mogłam
odetchnąć, gdy przyjeżdżał P. wtedy on wszystko robił przy małej a
ja mogłam pospać, choć chwilkę.