Gość: Psycho
IP: *.mcbone.net / *.mcbone.net
22.04.04, 21:00
W okresie PRL masowo wydawano (dla szkół głównie) mapy, przedstawiające
rzekome granice pierwotnego zasięgu Słowian. Malowano je przy tym ciepłym,
różowym, macierzyńskim kolorem, tak jak Ojczyznę na innych mapach. Mapy te,
lokalizujące na naszych ziemiach "prakolebkę" Słowian, miały znowu wyraźny
acz subtelny wydźwięk propagandowy, były kolejnym narzędziem z arsenału
politycznej mitologii stosowanej: dyskretnie przypominały Starszym Braciom z
Moskwy, że tak naprawdę, w porządku historycznym, to my, Polacy, jesteśmy ich
starszymi braćmi, i z tego tytułu należą się nam szczególne względy. Polska,
zamalowana na różowy prasłowiański kolor, awansowana była w ten sposób do
rangi centralnego punktu Słowiańszczyzny - a przecież Imperium Sowieckie i
areał narodów słowiańskich mało się od siebie różniły. Niemal wszyscy
Słowianie w pewnym momencie żyli w socjalizmie, a mapy czyniące Polskę
centrum tego obszaru były argumentem na rzecz specjalnych praw do
stosowania "polskiej drogi do socjalizmu".
Skoro więc mit o autochtonizmie Słowian, a Polaków w szczególności, był
wygodny dla (primo) patriotów, oraz komunistów, któż miałby go podważać w
imię naukowej obiektywności? Trwał więc wśród specjalistów aż do lat 80-tych,
a w podręcznikach, w literaturze popularnej i w potocznej świadomości
pokutuje, jak się wydaje, do dziś.
Ale dziś również, wobec perspektywy "wejścia do Europy", prawda o
słowiańskich początkach może wydać się mało atrakcyjna dla zwolenników
europejskiej integracji. Bo jakimże partnerem dla dziedziców Karola Wielkiego
mogą być potomkowie plemienia, które " wynurzyło się gdzieś z poleskich
bagien?????" Najstarsze ślady wskazują, że w początkach swojej ewolucji
Słowianie pozostawali w kręgu oddziaływania kultury Irańczyków - takiego
bowiem właśnie, wschodniego i irańskiego pochodzenia jest nasza najstarsza
terminologia religijna oraz zachowane w folklorze pozostałości mitów. A Iran
się politycznie kojarzy jak najgorzej. Można też zaobserwować, że dziś
najchętniej podnoszone są nasze rzekome starożytne koneksje z Celtami, choć
ich ślady w naszej tradycji są bez porównania mniej widoczne niż irańskie, i
przodkowie Słowian najprawdopodobniej z Celtami się nie kontaktowali.
Polityczny, choć zapewne nieuświadamiany, podtekst celtyckiej orientacji jest
również jasny: Celtami przecież byli przodkowie najbardziej zachodnich
Europejczyków, czyli Brytyjczyków i Francuzów, do celtyckich korzeni poczuwa
się znaczny procent Amerykanów, a dziś celtyckie tradycje przeżywają tam
renesans, który z kolei ma wyraźny rys antyrzymski z antychrześcijańskim
odcieniem.
Wnioski :
Pierwszy i oczywisty jest taki, że pozwalając hasać mitom, odcinamy się od
prawdziwej wiedzy o naszych korzeniach. A wobec nadciągającej ogólnoświatowej
urawniłowki narodów i kultur, praktyka to mocno niebezpieczna.
Drugi, że warto byłoby tę wiedzę szerzej rozpowszechnić. Bo żal doprawdy, że
ten obszar historii, który nas - w masie - coś obchodzi, zaczyna się dopiero
od epoki wojen kozacko-szwedzkich z "Trylogii" Sienkiewicza.
Trzeci, że prawda o początkach Słowian i Polski każe inaczej patrzeć na
własną tradycję. Widzimy wtedy, że mamy nie pojedyncze, a potrójne
dziedzictwo: nazwę je, trochę górnolotnie, dziedzictwem ziemi, krwi i myśli.
Dziedzictwo ziemi to poczuwanie się do solidarności z wszystkimi plemionami,
które poprzedziły nas na naszej ziemi, jadły chleb z tej samej roli i
walczyły o tę samą ojcowiznę - a ta solidarność, dotycząca najpierw
germańskich Wandalów, Gotów, Sylingów i Hasdingów, oraz Celtów i niewiadomego
języka "Łużyczan" (tych z Biskupina), może tym łatwiej być rozszerzona na
późniejszych i dzisiejszych naszych "współziemców" - Prusów, Litwinów,
Niemców, Białorusinów, Ukraińców, Żydów i Cyganów. Polska widziana z tej
perspektywy staje się zupełnie inną jakością niż nacjonalistyczna klatka, w
której jakoby mieliśmy w pojedynkę siedzieć od trzech tysięcy lat.
Dziedzictwo krwi, to solidarność z tymi, którzy byli naszymi językowymi i po
części biologicznymi przodkami - zagadkowym ludem, który przyszedł ze
wschodu, zajął opustoszałą po Wędrówkach Ludów środkową Europę - i który w
tamtej epoce wykazał zadziwiającą odmienność politycznych zachowań, gdyż w
przeciwieństwie do wszystkich sąsiadów i poprzedników, którzy ulegli
powszechnemu wówczas rojeniu o budowaniu imperiów na gruzach Rzymu, skierował
swoje siły na rolniczą kolonizację ziem, które zajmował. A ta strategia
okazała się skuteczna: po Wandalach, Gotach, Hunach i Awarach słuch zaginął,
Słowianie się rozmnożyli i rozrośli... Być może od nich moglibyśmy się i dziś
czegoś nauczyć.
Wreszcie dziedzictwo myśli, które każe nam szukać trzecich i najmocniejszych
korzeni - w Rzymie, Atenach i Jerozolimie.
Poruszona tu sprawa autochtonicznego mitu sama w sobie wydaje mi się ciekawym
tematem dla badań historyków, oczywiście tych od czasów najnowszych. Żyją
przecież świadkowie kształtowania się tego mitu, a może i jego współtwórcy -
autorzy odpowiednio "wyważanych" podręczników i map. Archeologowie,
fałszujący lub przemilczający dane z wykopalisk. Cenzorzy kierujący myśl
badaczy w odpowiednim kierunku. A najciekawsze byłoby zbadanie, jak ów mit
oddziałał - zapewne poprzez doradców zaznajomionych z polskimi kompleksami -
na Józefa Stalina, który wyrysował mapy powojennej Polski tak, aby były
dziwnie zgodne z różowymi "siedzibami Prasłowian"