emre_baran
23.12.02, 19:38
Przystrzyrzeni panowie i pachnace panie. Narazam sie nadzieja iz moze
nieliczni z was pamietaja wyprawy moje i mego drucha najdrozszego,
litosciwego pana, niech jego borda rosnie i prosperuje w pokoju kpt. Gidroza.
Wyprawa miala koniecznosc w zdobyciu afrodyzjaku, a kierunek i zwrot wprost
do arhipelagu nonsensu na jedna z wysp glosniejszych i wiekszych gdzie pan
moj, badacz i awanturnik zachwycil sie szczerze spoleczenstwem warcholow i
grzeczniakow a w szczegolnoscim misternym murem-lustrem-weneckim. Wyprawa owa
zaowocowala pasjonujacymi badaniami innych znakomitych i uczonych kolegow z
ktorymi sie co wytrwalsi czytaczem mieli sposobnosc zapoznac. Archipelag
nonsensy okazal sie dla mego pryncypala tak bardzo pociagajacy i lubieznie
uzalezniajacy iz wymieniwszy pospiesznie tratwe z barylek po robie na beczke
(opisan gdzie indziej) i dodatkowo niewiaste jedna malo uzywana. Co z ulga
wielka przyjolem bo i glupi by zauwazyle ze sie mysli wszeteczne i
sodomiczne welbie mojego przelozonego legna, lecz u kogo by sie nie legly po
3 miesiacha zeglugi w moim tylko towarzystwie. Do rzeczy jednak. Zaladowawszy
niewiaste, prowiant i kapitana ma beczke zwawo pchnolem ja w kierunku wyjscia
z portu, gorliwie wioslujac lapsakmi, chojnie wyposazaone przez inzniera
genetycznego w blone miedzy krogulczymi paznokciami. Nie wdajac sie w
szczegolne przyjsmnosci i atrakcje jakich doswiadczylismy w tej dlugiej
podrozy morskiej (doswiadczali glownie kapita i nie-wiasta, o co mi bylo
mniejsza gdzyz tak wyposazony przez stworce jestem ze o przemnosci doczesne
nie dbam jeno o bezpieczenstwo pryncypala), wiec nie wdajac sie powrucilismy
do archipelagu nonsensu, a scislej do jego peryerii, a jeszcze bardziej
dokladnie do malenkij acz uroczej wysepki. Tablica oznaczajaca teren
zabudowany, umocowan na sekatm dragu kilka metrow od brzegu, glosila: "Wyspa
NIECHcianej Milosci - mieszkancow 6" gdzie szesc bylo przekreslone, a obok
stalo "5" i dopisane bylo "+ niemadry uczen". Jako ze tak zaprojektowany
jestem ze niczemu sie nie dziwie, tylko wszedzie wesze niebezpieczenstwo,
najezelem kolce na moi grzbiecie i rozpalilem ogien w moim 3 zoladku, na
wypadek gdyby we wroga zionac nalezalo. Kapitan G. zarzadli abysmy sie
schowali w krzaki (kobiete zostawiajc bezpiecznie na redzie wraz z beczka)
nieopodal dziwacznej konstrukcji, ktora najprowdopodobniej do poganskich
rytualow sluzy tubylca. Siedzac w krzakach gdzie pelno bylo roznorakiego
tropikalnego robactwa, wdzieczny bylem ojcu mem kochanemo ze mnie wypozayl w
skure grubsza niz wolowa tak ze maskudne gzy i tropikalne osy ni jak przebic
sie przez to oslone nie mogly. Czekamy dzien pierwszy. Gidroz litanie na
czesc mego projektanta wyglasza, ze mnie tak sprytnie wyposazyl ze trunkiem
przednim sikam w zaleznosci od tego czym sie pozywie, na wyspach tropikalnych
jest to mianowice rum swietnie przyprawiony. Czekamy dzien drugi. Nie bede
wyliczal czym sie zywimy, bo to co wrazliwsze niewiasty o mdlosci przyprawic
moze. Siedzimy dzien trzeci. Zewszad zeszli sie tubylcy, i zaczeli prawic.
Tak piekni, tak slodko, mowa ich czysta milosci blizniego przepelniona.
Przesiedzielismy caly dzien kolejny w krzakach sluchajac tego kwilenia
olipijskiego, oczarowani, zasluchani, otumanieni ze tak pieknie i z miloscia
przamawiac mozna. Abyscie moi drodzy mieli odniesienie jak slodkie i
grzeczne to byly slowa, powiem wam ze kobiety grzeczniakow, uchodza w tamtych
stronach za grubianskie i niewychowane. Siedzimy i sluchamy, mija dzien 4 czy
piaty, lecz nie wiem napewno bosmy sie tak za-oczarowali ze nawet moj
wbudowany przez wielkiego konstruktora zegara atomowy sie rozlegulowal od
rozrzewnienia. Wtedy wsrod rytualnych pasci Kochasi (tak bowiem Pan moj
nazwal to nowo odkryte plemie) pojawil sie osobnik niezywkle piekny, ze
wszystkich tych anielskich niebios najpieknijeszy, i nie sposob bylo plci
jego odgaadnac lecz sama milosc i codownosc mozna bylo zrozumiec. Na tyle
tylko zrozumienia pozwolily mi moje skromne receproty od inzyniera dane, na
szczescie chyba jednak, bom sie od szalnstaw uchronil. Bo kiedy ten aniol
wcielony przemowil i zapytal najczarowniejszym glosem "Czemu nie piszecie?",
Gidroz wyskoczyl z krzakow i zaryczal "Po huj pisac?" z obledem w oczach. Coz
wtedy sie dzialo, nie sposob opisac! Jek wycie, trzask lamanych kosci (kolem
lamanych), zawodzenie potepionych dusz. Kochasiowie robiegli sie po wyspie,
lamnetujac i zawodza. Jeden tylko najpikeniesz z nich, przywodca jak sie
domyslam pozostal na miejscu niewzruszany, spojzal na oszlalego z rozpaczy
Gidroza i rzekl: "W imie czystosci, milosci i braterstwa klade na tobie
klatwe najstraszliwsz! Dupa twoja po wieki wiekow BRUDNA bedzie! Amen". I
znikl. Gidorz wile jeszce miesiecy blakal sie po owej wyspie lecz tych
pieknych istot wiecej juz nie spotkal. Nie wybaczyly mu swietokradzwa owe
anioly czystosci, skazly na wiekuiste potepieni i zyce z brudna dupa. Tak
konczy sie ta smutna opowiesc. Lecz wy moi dordzy uwazajcie, bo kochasiowie
sa wsrod was, patrza na was, oceniaja, widza waze plugawe suknie! Zaklinam
was! Uwazajcie! I gdy ktos z was odnajdzie ta wyspe szczesliwa, niech sie
pilnuje, niech szczesci nie zaprzepasci!