prymityw_z_polski
27.04.03, 16:50
(za autorstwo) i jego asystentowi panu prawdziwystarywiarus za przypomnienie.
Tekst jest genialny. TAK BYLO i u mnie!!!!!!!!!!!!!!!!Powinna to byc
obowiazkowa lektura kazdego ciula zaciaganego na slubny kobierzec jak chora
swinie do rzezni.
Ataki histerii z płaczem i krzykami "tam jest moja rodzina!", "ja
natychmiast, ale to natychmiast, muszę do kraju!!", "bo ty jesteś zimny i
nieczuły, ty stara świnio, a mnie w duszy gra!!!" nie są żadnym dowodem
samodzielnego myślenia ani posiadania własnej opinii przez kobietę.
Przeciwnie, to są ataki wścieklizny, atawistycznego amoku, nie mające nic
wspólnego z żadnym myśleniem ani intelektem, a wszystko z galopującymi
emocjami antyracjonalnych bab.
Jeśli kogoś ogarnia dzika furia, kiedy odkrywa, że w życiu jest coś za coś,
że niemożliwym jest ciasteczko zjeść i dalej je mieć, a emigracja pociąga za
sobą koszta, w tym także emocjonalne, no to jak to inaczej nazwać, niż
emocjonalnym amokiem?
Dla antyracjonalnych bab, napędzanych czystymi emocjami, nie odgrywa żadnej
roli, że je zawczasu uprzedzano, jak będzie, ponieważ uważają, że świat ma
się przystosować do nich, a nie one do świata. Doprawdy, jeśli dla kobiecość
polega na irracjonalnym żądaniu, by przeszkody znikały a tęcza pojawiała się
na niebie na każde tupnięcie nóżką w pantofelku, to taka kobieta nie powinna
emigrować, bo krzywdę robi sobie i innym.
Emigracja par (małżeńskich, narzeczeńskich albo, jak się tutaj mówi, de
facto, czyli żyjących ze sobą, ale formalnie sobie nie poślubionych) z Polski
była w prawie wszystkich znanych mi osobiście wypadkach decyzją mężczyzny.
Ale prawie zawsze czynnie podbechtywanego przez kobietę, powtarzającą bez
końca, że tak jak jest, dalej być nie może, więc prawdziwy mężczyzna
powinien "coś" w tej sprawie zrobić. Najłatwiej jest namówić chłopa do
zrobienia czegoś przez podpuszczenie - jak nie zrobi, to nie jest prawdziwym
mężczyzną. Poza tym, osiąga się w ten sposób pożądany skutek bez przyjmowania
odpowiedzialności za decyzję, bo sugestia jest jej, ale decyzja jest jego.
Jak się uda, to ona potem powie: "popatrz, kotku, jaki świetny miałam pomysł
i jak się nam tutaj dzięki mojej dalekowzroczności wspaniale udało!"; a jak
się nie uda, to ona zapyta surowo: "dlaczego mnie tu wywiozłeś, ty świnio?"
Sukces małżonków jest zawsze wspólny, ale porażka jest zawsze półsierotą, ma
tylko ojca, n'est ce pas, Dorotko?
W każdym razie, polski mężczyzna, który zresztą często sam był podobnego
zdania i nosił się od dłuższego czasu z zamiarem wyjazdu, ale realizację
zawsze odkładał do jutra na gruncie klasycznej męskiej inercji, w końcu
zostawał zdopingowany do działania, podejmował tzw. "męską decyzję" i
wyjeżdżali. Albo razem, albo on najpierw, a ona dojeżdżała wkrótce potem.
Po jakimś czasie w USA, w Australii czy w Kanadzie okazywało się, że
rzeczywistość skrzeczy. Jeśli dostali robotę, to zasuwają, jedno lub oboje,
12-16 godzin na dobę, samochód jest stary, wynajęte mieszkanie w Sydney,
Detroit czy Toronto jest takie same, albo gorsze, jak mieszkanie zostawione w
Polsce, perspektywy na poprawę są, ale za dziesięć lat, zaś łóżko małżeńskie
służy im już tylko do tego, by w nim spać, bo na nic innego nie mają siły.
W dodatku nikt do nich nie spieszy z całowaniem rączek, nagrodami i wyrazami
podziwu za odwagę okazaną przez przeprowadzenie się na drugi koniec świata.
Szybko okazuje się bowiem, że sama emigracja, jako taka, jeszcze nikomu
niczego nie załatwia. Emigracja, w najlepszym wypadku, stwarza tylko ogólne
warunki, a jak w tych warunkach odnieść życiowy sukces, to już osobne
zagadnienie, wcale nie mniejsze niż w Polsce, które każdy sam sobie musi
rozwiązać. Brak też dookoła wsparcia duchowego ze strony rodziców,
psiapsiółek i pełnego notesu telefonów znajomych, do których w Polsce kobieta
z dobrego domu mogła o każdej porze dnia i nocy zadzwonić i odreagować się
gadając przez dwie godziny o niczym. Zaczyna się więc od klasycznej kobiecej
refleksji: "po jaką wielką cholerę mi było jeść tą żabę?"
Kolejnym stadium fermentu jest klasyczny damski negatywizm emigracyjny,
bezustanne pretensje i rekryminacje. Wszystko jest nie takie, niedobre, w
poprzek. Powietrze jest nie takie jak trzeba. Woda smakuje inaczej. Mięso
było w Polsce lepsze. Co to za porządki, żeby dziecko trzeba było zapisywać
do pediatry na miesiąc z góry, w Polsce był pediatra w każdej przychodni,
znaczy w Polsce było lepiej. Dlaczego tu nie ma wiśni, tylko czereśnie, w
Polsce były wiśnie. W Polsce się tak półki nie kurzyły, a tu się kurzą. W
Polsce był śnieg, dlaczego tu nie ma śniegu. Dlaczego formularz podatkowy
taki skomplikowany, w Polsce był prostszy. Dlaczego w tramwaju jest brudno, w
Polsce było czysto. I tak dalej, i tak dalej... W tramwaju w Warszawie,
Krakowie czy Wrocławiu naturalnie nie było wcale czyściej niż w tramwaju w
Australii, ale czas i odległość wygładza zmarszczki i zaostrza kolory.
Potem kobieta próbuje żyć ciałem tu, a duchem tam; zaczynają się długie
telefony do Polski. Potem przychodzi rachunek telefoniczny, z którego wynika,
że surrealistyczna wielogodzinna konwersacja z mamusią w Polsce o tym, że na
działce w Warszawie wzeszły nagietki, kosztowała $58.75, wiadomości o
bieżącym stanie żylaków ciotki Balbiny w ostatnim miesiącu trzy dychy, a
porady uczuciowe z Australii dla szesnastoletniej siostrzenicy w Polsce
łącznie ponad stówę. Wtedy też po raz pierwszy pada argument "bo ty jesteś
mężczyzna, więc ty tego NIGDY nie zrozumiesz - tam jest moja rodzina!!!"
Argumentacja, że jak ona tam mieszkała, to nagietki, dobiegaczy siostrzenicy
i żylaki cioci miała głęboko gdzieś, nie robi na naszej pani żadnego
wrażenia.
Chłop jest w takiej kłótni automatycznie na straconej pozycji, chyba że chce
się narazić na klasyczne babskie represje, tak stare, jak różnica płci.
Jak się chłop zaczyna stawiać, to natychmiast znika z małżeńskiego łóżka
ulubiona dotychczas przez jego panią stara mężowska koszulka z krótkimi
rękawami, używana jako symboliczna koszula nocna, luźna i tak kusa, że jak
przychodzi co do czego, to nawet jej nie trzeba podwijać. Pojawia się gruba i
solidna bawełniana koszula nocna do pięt, bez dekoltu, obwiązana w talii
tasiemką zawiązaną na skomplikowany węzeł. Kiedy w końcu udaje się chłopu ten
węzeł rozsupłać, okazuje się, że choć nigdy przedtem żadnych majtek jego pani
do łóżka nie nosiła, to teraz pod solidną koszulą nosi jeszcze solidniejsze
majtki, z nadludzkiej mocy gumką, których dyskretnie i delikatnie ściągnąć
jedną ręką bez zwichnięcia nadgarstka nie sposób. Przy desperackiej próbie
ściągnięcia tych cholernych majtek z bioder swojej pani oburącz, chłop
dostaje od niej z rozmachem w dziób, a następnie musi wysłuchać dłuższego
przemówienia na temat obrzydliwych maniaków seksualnych, koncentracji całej
ułomnej osobowości mężczyzny w czubku męskiego członka, różnicy między damską
i męską pobudliwością seksualną, nieuchronnej wyższości kobiecej psyche nad
męską, oraz paskudności gwałtu w małżeństwie.
Po czym nasza pani oświadcza nam, że od dzisiaj mamy w tej sprawie szlaban do
odwołania, odwraca się tyłkiem do naszego tyłka (tzw. pozycja 3E) i z
poczuciem dobrze spełnionego obowiązku zasypia snem sprawiedliwego, a my
spędzamy bezsenną noc, czując się, zgodnie z intencją naszej pani, jak
ostatnia pluskwa.
Chłop poddany deprywacji seksualnej zbiera się wówczas w sobie, bierze
nadgodziny albo zadłuża się, i kupuje swojej pani bilet lotniczy do Polski
oraz kupę prezentów dla rodziny i znajomych, nie zapominając o gotówce na
rozrywki i wydatki na miejscu. Ona wyjeżdża do Polski cała w skowronkach,
obładowana prezentami. Trzy dni później dzwoni telefon, na drugim końcu szlo