kalifornian
23.10.03, 18:27
Dzien 1: Patrol
Jak obiecalem tak zrobilem. Obstawiamy z ferajna lotnisko LAX i cala
poludniowa granice od San Ysidro do Yumy. Dalej nie ma co bo kuzwa pustynia
jak patelnia. Na lotnisko pojechalo 3 kumpli jankesow. Beda sie mniej rzucac w
oczy. Specjalnie wybralem tych grubych. Pala papierochy ale nie bedzie
problemu bo tylko naplazach pielegniarki sie czepiaja. Mimo to chlopaki maja
wech dobry wiec brunona wyczuja nawed na sasiednim terminalu. Ja zebralem
reszte officu i na field trip jedziemy. Do granicy 2 godziny jazdy wiec
rabnalem pare mp3s ze stempowskim z Kazaa. A co tam, niech sie jankesy ucza
polskiego folkloru. Glaba i tak nic nie zrozumieja. Kupilem tez kika bigmacow
coby towarzycho sie nie nudzilo. Droga minela szybko. Skoczylismy przy okazji
pogapic sie na wielkie okrety w porcie. Te co rzucaly bomby w Iraku. Zech
cholera jestesmy potegom. Po tej wizycie, pokrzepieni dobrym hamburgiem
poczulismy sie lepiej i skoczylismy na granice. Tutaj jak na razie cisza i
spokoj wiec zostawilismy jednego na warte. Dostal kupe zdjec brunona wiec
rozpozna. Zwlaszcza ze kolejka ogromna i wszytsko posuwa sie w zolwim tempie.
Dodalem temu zostawionemu bagse czipsow. A niech ma, jenkesy lubia. Niedaleko
w smietniku lezal jakis kaucz co go meksyki nie wziely to se usiadl, wpierdala
czipsy i jest git. No to my lecimy wzdluz drutow na wschod na patrol,
poszukujemy rat holes i innych tuneli. Ciezko tu bedzie rozpoznac bruna bo
traffic jak chuj. Meksyki zapierdalaja co chwila przez druty. Dobrze ze mamy
zwykle ciuchy to chociaz nie strzelaja do nas. Tym zza drutu oferujemy po
dolarze za info o brunonie. Pogoda piekna jak to w kalifornii, slonce swieci,
jest bomba. Jestesmy w dobrych nastrojach wiec siadamy na odpoczynek,
wyciagamy kilka donatow na pokrzepienie. Meksyki z drugiej strony daly nam
kilka skretow wiec jest dobrze. Ale sluzba nie druzba, idziemy dalej. O 12:05
jedzie pociag do Yumy a my w polowie drogi sie rozdzielamy. Dwoch
inteligetniejszych jankesow idzie na zachod a a z taka jedna laska z biura na
wschod. Tam pewnie jest cywilizacja. Wzialem se kolezanke z biura. Nawet moze
byc tylko gruba jak amerykanka wiec nie bedzie dupczenia bo nie lubie grubych.
Juz lepiej na rozen, wytopic troche tluszczu do kaganka na noc zeby kojoty nie
zjadly. Znalezlismy jeden tunel ale chlopaki mowia ze tamtedy tylko heroina
idzie. Zadnych brunonow nie widzieli. Wreszcie o polnocy jak kowboje wchodzimy
do Yumy. Spotykamy randzersow i tlumaczymy ze kanadysjki lacznik z polski
bedzie tedy walil. Ze zrozumieniem kiwaja glowami ale chuj, nie pomoga bo
dzis graja Yankees i Mariners wiec granice maja w dupie. Po kritkim
odpoczynku, napiciu sie slynnej lurowatej kawy i hamburgerzy idziem na zachod.
Ciemno juz choc oko wykol wiec uzywamy nosow jako wykrywaczy: brunon znany
scrroge co na mydlo nie wydaje. Noc jest bardziej busy niz dzien, a moze
dlatego ze ci od kiji i sterydow napierdalaja w drewniana pilke. Meksyki
lataja w te i w tamte, rodziny spotykaja sie przy dziurach, no jak w ruskim
cyrku ale brunona nie widac. Moze znowu zatrzymano jakies stewardesy lotowskie
w mexico city i nie paxy nie moga wysiasc z samolotu. Chuj wie z tym lotem.
cd moze n.