polonus5
29.05.09, 20:17
Horror w domu starców !!!
Nie tak miała wyglądać ich spokojna starość. Nie po to ciężko
pracowali przez całe życie i nie po to oddają teraz prawie całe
swoje emerytury, żeby wegetować w tak podłych warunkach. Dom Pomocy
Społecznej przy ul. Kluzeka 6 w Krakowie to umieralnia. Ci, którzy
mieli pecha tam trafić, chodzą głodni, nie starcza im na leki, boją
się nawet wyjść z pokoju. W ośrodku dochodzi bowiem do pobić.
Zmowę milczenia jako pierwszy postanowił przerwać Wiesław Wójcik (71
l.). W domu starców na Kluzeka mieszka od ośmiu lat. Nie ma rodziny.
To on zadzwonił do reporterów Faktu, by opowiedzieć o tym, jak żyją
starzy, schorowani i samotni ludzie, którym przecież należy się
pomoc od państwa. Za nim poszli inni.
– Nie tak miała wyglądać nasza starość – żali się pan Wiesław. –
Siedzimy w tych małych klitkach jak w celach więziennych – dopowiada
Ludwik Parcheniak (77 l.). W ośrodku jest od 12 lat temu. Trafił tu
po śmierci żony. – W pokoiku mieści się tylko łóżko, szafka i
umywalka. Łazienki są na korytarzach – opisuje warunki, w jakich
żyje. Podczas jednej z wypraw do toalety pan Ludwik został ciężko
pobity przez innego pensjonariusza. – Podbili mi oczy – żali się,
pokazując swoje zdjęcia.
Elżbieta Lewandowska (86 l.) mieszka w ośrodku od sześciu lat.
– Nie chce mi się już żyć. W tym domu nie ma życia, jest tylko
nędzna wegetacja – opowiada. Codziennie rano wstaje i modli się o
to, by stał się cud. By mogła żyć godnie. Potem ubiera się i idzie
na śniadanie. Ma nadzieję, że dziś zobaczy na talerzu choć
kawałeczek szynki. Ale niestety. – Znowu był chleb z masłem – mówi
ze smutkiem. Na obiad nawet nie schodzi.
– Każdego dnia jest wodnista zupa, a potem makaron – opowiada Teresa
Bolak (77 l.), która trafiła do ośrodka, gdy jej dzieci wyjechały za
granicę. Staruszka chciałaby choć raz zjeść coś bardziej pożywnego.
Dla niej mięso to rarytas. Gdy pojawia się na obiad kotlet mielony,
więcej w nim ryżu i bułki niż mięsa.
Nic dziwnego, że jedzenie jest tak liche, skoro w Domu Pomocy
Społecznej na dzienne wyżywienie pensjonariusza przeznacza się 8
złotych. Za te ochłapy pracownicy przygotowują posiłki z najgorszych
produktów, najtańszym kosztem.
A przecież ci biedni, schorowani ludzie nie oczekują od ośrodka
jałmużny! Na swoje utrzymanie w domu opieki oddają aż 70 procent
swojej emerytury. To często bardzo pokaźne kwoty. Dlaczego więc, tak
jak Elżbieta Lewandowska, muszą dojadać suchary w pokojach, żeby nie
umrzeć z głodu?!
Pani Elżbiety na więcej zresztą nie stać. Z emerytury zostaje jej
tylko 150 zł. A za te pieniądze musi jeszcze kupić leki. – Nie
wykupuję wszystkich recept, bo mi nie starcza – żali się.
– Nawet igły i strzykawki muszę sama kupować, bo w tym ośrodku nie
ma – dodaje. Pani Elżbieta ma dwa rozruszniki serca. Jeśli nie
będzie zażywać wszystkich lekarstw, może umrzeć.
– Najgorsze jest to, że pięć lat temu zabrali nam lekarza – skarży
się Janina Sołtyk (83 l.), w ośrodku od ośmiu lat, z wykształcenia
filozof. W domu starców nie ma nawet pielęgniarki, która nocą
czuwałaby nad schorowanymi i niepełnosprawnymi ludźmi.
Co na to dyrekcja DOP-u? Tłumaczy, że wszystko jest w zgodzie z
przepisami. – Od 2004 roku, wraz z nową ustawą, nie mamy obowiązku
zapewniania pensjonariuszom opieki zdrowotnej. Dowozimy ich do
szpitala autobusem, a po niedołężnych przyjeżdża karetka – wzrusza
ramionami Krystyna Śladowska, zastępca dyrektora Domu Pomocy
Społecznej. Dziwi się też, że starsi ludzie narzekają na jedzenie. –
Mamy zróżnicowany jadłospis – ucina nasze pytania.
Jolanta Chrzanowka, odpowiedzialna w krakowskim samorządzie za domy
pomocy społecznej, po naszej interwencji obiecała, że skontroluje
ośrodek. – Wyjaśnimy wszystkie niejasności. Jeżeli potwierdzi się,
że tamtym ludziom dzieje się krzywda, wyciągniemy konsekwencje –
mówi. Sprawdzimy, czy dotrzymała słowa.