zbrodnia
07.02.06, 15:20
Siódmy dzień terapii. Boże ile we mnie zmian. Kiedy wsyłuchuje opowieści tych
wszystkich ludzi wychodze stamtąd tak zmęczona jakbym pracowała cały dzień na
budowie. Bardzo przeżywam ich problemy i troche się z nimi utożsamiam. Później
cały dzień o tym myślę, przed snem, często mi się śnią. Ogólnie od początku
terapii mam problemy ze snem i biegunkę. W weekend byłam u rodziców w domu i
to był pierwszy pobyt, kiedy nie wymiotowałam. Ogólnie nie wymiotowałam przez
4 dni, dopiero wczoraj to zrobiłam. Ale mam wrażenie, że najadłam się na siłę,
bo nie czułam jakiejś potrzeby obżacia się i wymiotowania.
Codziennie czuje niepokój, w sumie to nawet nie mam apetytu. Po głowie chodzi
mi mnóstwo mysli. Stałam się troszkę odważniejsza, już smielej myślę o
szczerej rozmowie z rodzicami. Z kolei odczuwam dużą senność (może to przez to
zmęczenie psychiczne). I za każdym razem wracam z terapii rozdrażniona,
krzycze na wszystkich, złoszczę się o głupstwa, jestem smutna i przygnębiona.
Licze na to, że z czasem to się zmieni, bo sama siebie za to nie znoszę, że
krzywdzę moimi fochami innych. Czuję taką rozpacz, ale nie potrafię płakać.
Wczoraj wypowiadałam się przed grupą i ryczałam jak bóbr, były mi tak przykro
i smutno, ale po wszystkim czułam ulge.
Uwielbiam tych ludzi z którymi jestem na terapiui. Kiedy jestem w domu,
odczuwam tęsknotę.
Ech, musiałam sie wygadac.
Pozdrawiam.