miimiimii
01.02.07, 14:34
dlaczego tutaj? bo chorowałam 6lat na noreksję bulimiczną. wygrzebałam się z
tego cudem. żyłam jak zdrowa osoba, jakieś niespełna trzy lata. teraz ten syf
wraca..
spotykaliśmy się, było cudownie! zaszłam w ciążę, zaczeły się schody. on
paniczyk, ja klasa średnia. mezlians w leksykalnym tego słowa znaczeniu. kasa
nigdy nie była dla mnie ważna, przynajmniej do tego stopnia, by utrzymała
mnie przy kimś. zarządałam sporządzenie intercyzy, bez tego nie zgodziłabym
się na ślub. wzięliśmy go, choć jego rodzice bardzo oponowali, bo przecież ja
chcę być z nim tylko dla kasy itp. choć jest dorosły niezależny od nich w
żaden sposób, jest jednak bardzo podatny na ich wpływ. mieliśmy "dzięki" nim,
wiele konfliktów. cała ciąża przebiegała była dla mnie jedną wielką
frustracją, uświadamianiem mi, ze nie jestm mile widziana. dziecko owszem,
ale najlepiej, żebym je urodziła, oddała im i zniknęła z ich życia,
pozwalając im zapomnieć o nietakcie, jaki popełniłam pojawiając się w życiu
ich syna.
znosiłam te upokorzenia tylko dla naszego dziecka, gdybym nie była w ciąży,
po pierwszej rundzie starcia z jego otoczeniem, oddałabym rękawice. nie
zrobiłam tego, żeby nasz miał rodzinę, przecież babcia i dziadek mieszkają
daleko, ważna jest mam i tata.. wreszcie się urodził, nasz kochany skarbek!
tylko zaczęły się kłopoty. mały nie do końca był zdrowy. mąż zawiódł w tej
sytuacji na całej linii, odsunął się, nie mogłam na niego liczyć, nie był dla
mnie żadnym wsparciem, a to były najtrudniejsze chwile życia. ważna była
tylko firma, miał jeszcze pretensje, że kiedy przyjeżdża do nas do szpitala,
tam ciągle są łzy, smutek, syf, a co miało być przepraszam na oddziale
intensywnej terapii noworodka, gdy lekarze nie dają żadnych nadzieji????
byłam strzępkiem człowieka, z daleka od domu, bez żadnego wsparcia, jeszcze
musiałam dźwigać frustracje tego "dużego chłopczyka". w końcu powrót do domu.
zostawałam na całe dnie sama, maż wracał dopiero wieczorem, a dziecko wciaż
ryzykowne. byłam przemeczona fizycznie, psychicznie zdewastowana, kompletnie
sobie nie radziłam z tą sytuacją, zaczęliśmy żreć się jak psy. on nawalał na
każdym kroku, wszystko robił bezmyślnie, zupełnie nie tak. miałam słuszne
pretensje i roszczenia, ale nie miałam cierpliwości, zby normalnie, po ludzku
zwracać mu uwagę praktycznie na każdym kroku, zaczelam na niego warczeć (on
oczywiście nie zostawał mi dłużny).
w międzyczasie kupiliśmy mieszkanie. trzeba było poprzestawiać w nim
wszystkei ściany. cały remont i wszelkie zwiazane z nim zagadnienia, były na
mojej głowie (opracowanie nowego układu mieszkania, nadzorowanie prac ekipy
remontowej, dobór materiałów budowlanych), wszystko to z dzieckiem przy
piersi. jego żelazny argument- bo przecież ja nic robię! próbowałam chociaż
zaangażować go w aranżowanie wnętrza, jemu wszystko było obojętne, "zrób jak
uważasz". potem seria awantur, że to wszystko takie bez polotu, najniższymi
kosztami i wogóle nie tak, on to by chciał to i tamto. mówiłam ok, zatem
wybierzmy cośtam, odpowiedź- "takie jak wybierzsz, będzie mi się podobało".
błędne koło.
dawno przestałam liczyć na pomoc jego rodziców, w dotarciu do niego. juz przy
pierwszym zgłaszanym problemie usłyszałam- sama tego chciałaś!
w jakimś 7/8 miesiącu, stan synka się ustabilizował i mogliśmy wreszcie
odetchnąć, nie musieliśmy już bezustannie go obserwować, odetchnęliśmy
psychicznie, mogliśmy już rzestac panicznie bać się wystąpienia złyhv
objawów. w tym samym momencie wprowadziliśmy się też do nowego mieszkania.
wydawałoby się, ze wreszcie jakoś się ułożyło, niestety wcale nie.
może zwyczajnie przewrtościowałąm te okoliczności, optymistycznie oczekiwałam
jakiegoś nowego etapu, nowego życia. nic takiego sie nie nastąpiło. nadal
spędzałam dnie jak samotna matka, on pojawiał się wieczorami i zatapiał się w
komputerze czy telewizorze. długo próbowałam z tym walczyć, w końcu
odpuściłam, bo to próżny trud. po prostu zaczęłam zajmować się swoimi
zajęciami. zaczęliśmy żyć praktycznie obok siebie, cały ten czas byłam
potwornie samotna. o dziwo jednak. chociaz seks mieliśmy udany.
zaczęłam pomagać mu firmie. to było dla mnie bardzo ważne, wreszcie miałam
możliwość nabrania oddechu, zajęcia się czymś konstruktywnym. w zasadzie sama
wdrożyłam projekt sporej na miarę firmy inwestycji. niestety nie doceniał
żadnego z kolejnych etapów realizacji. wkładałam w to tyle energii i
zaangażowania, naprawde się starałam. jednak gdy tylko mieliśmy odrębne w
jakiejś kwestii, chociaż niegdy nie próbowałam się upierać przy swoim
pomyśle, spierać się z nim, czy forsować swojej koncepcji. po prostu z punktu
natychniast słyszałam- jesteś gó..arą, co ty wiesz, jesteś głupia i się nie
znasz itd. sytuacja się nei zmieniała, chociaż niejednokrotnie okazywało się,
ze to ja miałam jednak rację. wielokrotnie chciałam odciąć się od tego
projektu, wtedy wytaczał swój żelazny argument- "przecież itak nie masz nic
do roboty". doprowadziłam więc wdrażanie projektu do końca, jednak potem
zabrakło już zadań mieszczących się w moim kompetencjach.
w listopadzie, po dwóch latach reaktywowałam się na ostatni rok studiów.
kompletnie nie mogłam liczyć na męża, że zajmie się synkiem w weekendy, kiedy
miałam zjazdy. zawsze "wyskakiwało" coś, przez co nie mógł zostać z małym
(generalnie to była praca), a w efekcie zostawałam wściekła w domu. to nie
mogło tak trwać. zatrudniłam nianię. znalazłam wspaniałą panią i wreszcie
mogę kończyć normalnie studia. chociaż kosztuje mnie to dużo wysiłku i pracy,
daje mi to dużo radości. wreszcie jakby znalazło się dla mnie trochę miejsca
w moim własnym życiu, dotąd całkowicie zdominowany przez synka, męża,
obowiązki domowe i sprawy firmy męża i jego związane z nimi stresy, problemy
i frustracje.
cały czas okropnie się spinamy, niemal o wszystko. o rozwodzie słyszałam już
tyle razy, że to słowo nie wywołuje już autentycznie zadnych emocji.
kiedykolwiek nie zwracałam mu uwagi, nawet spokojnie, normalnie, słyszałam,
że mogę lub się pakować i wynosić z jego domu, do swojej matki. praktycznie
przestaliśmy ze sobą rozmawiać. oczywiście wciąż rozmawiamy o naszym synku, o
codziennych sprawach, ale nic poza tym. no ewentualnie on wygłasza elaboraty
na temat spraw firmy, ale to zdecydowanie monologi, w których nie powinnam
zabierać głosu, bo przecież jestem głupią gó..arą i nie mogę mieć o niczym
pojęcia. kiedy ja próbuję cos opowiedzieć, o czymś co mnie dotyczy, jego albo
to nie interesuje i nawet nie zauważa, kiedy przestaje mówić, albo żywo
włącza się do rozmowy i kieruje nią w taki sposób, że już po kilku zdaniach
to on snuje opowieść o sobie, swoijej rodzinie, czy znajomym. wydaje się byc
głuchy na moje istnienie. nie rozmawiamy ze sobą, jak ludzie, którzy są
siebie ciekawi. do tego te ciągłe upokorzenia, nakazy wyprowadzek,
występowanie o rozwód.. przestałam mieć ochotę na seks. nie potrafiłabym
oddać się komuś, kto mnie nie szanuje, obraża, deprecjonuje na każdym chyba
kroku. to oczywiście jest kolejnym powodem starć między nami, a ja zwyczajnie
nie potrafię.
kiedy jest w pracy, nie ma go cały dzień, najpierw zwykle do południa próbuję
postawić się psychicznie na nogi, po kolejnym starciu.. a potem wmawiam
sobie, że mam super rodzinę, że jest świetnie, że jest naprawdę super, że to
wszystko to nic. jednak już po krótkim czasie po jego powrocie do domu,
rzeczywistość weryfikuje moje życzeniowe wizje i cały ten syf wraca.
kładziemy synka spać, potem wieczór obok siebie, bo nie z sobą, potem do
łóżka. jego wymówki, że nie chcę sie kochać, że to beznadziejne, pretensje
itd. w końcu zasypiamy odwróceni do siebie plecami. rano kontynuacja fochów,
pretensje o cokolwiek, albo udajemy, że nic sięnie stało, nic nie zaszło.
wypijemy razem kawę, zjemy śniadnie. zwykle na tym etapie pojawia się już
jakiś szczególik, drobiazg, który wywołuje karcz