katha_ko
09.07.09, 13:20
Wiele z Was pisze o pracy nad sobą w kontekście eliminacji i kontroli nad
OBJAWAMI (wymioty, chudnięcie, dieta itd.). To jest bez sensu - moim zdaniem.
Opisze Wam, na czym polega moja praca nad sobą w terapii (psychodynamicznej)
na przykładzie problemów z lękami (CO MOŻNA PRZEŁOŻYĆ NA PROBLEMY Z
JEDZONKIEM) - bo ja oprócz problemów z jedzeniem mam BPD i zaburzenia lękowe.
1. Trzeba sobie uświadamiać swoje korzyści z choroby, bo nie
każdy sobie z tego zdaje sprawę. Nerwica i inne zaburzenia
psychogenne przynoszą realnie cierpiącemu człowiekowi nieświadome
korzyści (nie mylić z przyjemnością). Takie, jak: zwolnienie z
pewnych czynności, obowiązków, "święty spokój", zainteresowanie
(jakiekolwiek: i pozyt. i neg.), ciepło, wymówka, ucieczka przed
czymś itd. - u każdego co innego. Ja na początku terapii ciągle
siebie pytałam "Co mnie trzyma w chorobie? Co mnie odstrasza od
zdrowia?". Czyli szukanie czynników demobilizujących, które mogą
powstrzymać mnie przed zdrowieniem (np. powrót do ch...owej pracy,
opieka nad głupim bachorem = moim dzieckiem, utrata zainteresowania
matki).
2. Ciągłe przedefiniowywanie "zdrowia". Czasem
jeśli "zdrowie" to dla mnie stan sprzed choroby, to nie chcę
zdrowieć. Jeśli "zdrowie" to automatyczne działania i reakcje, to
nie chcę zdrowieć. Czym dla mnie musiałoby być zdrowie, abym chciała
wyzdrowieć i wstawać z łóżka?
3. Ciągłe uświadamianie sobie oporu przed terapią. Opór
występuje u każdego. To zajebiście cwany mechanizm, który ma mnie
powstrzymać przed zmianą, z którą łączy się przewartościowanie
całego życia (czyli niezły początkowy chaos i niepokój) oraz
skonfrontowanie się z bólem i swoimi ciemnymi stronami. Przejawy
oporu "Nie chce mi się wstać na terapię", "Terapia gó... mi
daje", "Jestem niereformowalna", "Ten terapeuta gada bzdury, wmawia
mi coś, czego nie czuję. Wali nadinterpretacje" "Ten terapeuta jest
kompetentny. On mi nie pomoże" "Nie mogę. Chciałabym, ale nie chce
mi się chcieć..." "Nie mam siły". To ważne, aby CIĄGLE pamiętać, że
to często mówi opór, a nie nasze święte racje.
4. Podczas sesji: jestem szczera na tyle na ile mnie stać (nie
zawsze się udaje...). Nie oszukuję (tzn. taki ideał ) i nic nie
ukrywam, bo to oszukiwanie siebie, a nie terapeuty. Wiem, że nie
leczy to, czy to terapueta mnie rozumie, lecz to, czy ja sama
siebie rozumiem. Oszukując ją/jego, oszukuję siebie.
5. W domu:
a. analiza tego, co było na sesji:
- co nowego zrozumiałam
- co czułam, jak reagowałam na terapeutkę, dlaczego mnie tak tym
wkurzyła, dlaczego nie okazałam jej złości jak nie wyłączała
telefonu, dlaczego nie chciałam jej słuchać, w którym momencie (przy
jakim temacie) poczułam nasilony lęk, dlaczego tak się bałam ciszy
- zbudowanie emocjonalnej bliskości z terapeutą, aby była to
relacja, kóra leczy (dla mnie najtrudniejsza część terapii, obecnie
nie do przejścia ), ważne jest poczucie, że ufamy mu, czujemy się
akceptowani i w dobrych rękach (u mnie to szwankuje...)
- analiza przeniesienia:
* na terapuetę: Jak relacja z terapeutką przekłąda się na
moje relacje z mamą, tatą, bratem. Czy już teraz bardziej rozumiem,
co mnie hamuje w relacji z ojcem? Czy już wiem, co mi przeszkadza,
aby powiedzieć o czymś mamie? Itd.
* na terapię (taki eprzeglądanie się w lustrze): "Marnuję
czas na terapii" -> Zkim marnuję/zmarnowałam czas? "Terapia jest
bezsensu" -> Co jest bez sensu? "Nie mam motywacji do terapii" -> Co
w życiu niszczy moją motywację do pracy/studiów? Itd.
- analiza projekcji: czy zauważam, że to, co mnie denerwuje u
terapeutki, to moje własne nieakceptowane cechy/zachowania? Jakie
mam oczekiwania i żądania wobec ludzi(mamy)?
b. praca nie związana z sesją, między sesjami:
- ciągłe analizowanie (no, tak w granicach rozsądku )
konkretnych własnych objawów. Dlaczego się pojawiły i czemu
służą. Dlaczego w tej chwili dostałam ataku obżarstwa?? Dlaczego
akurat w tej chwili pojawiły się obsesje seksualne? Dlaczego w tej
chwili narasta mi lęk - co może oznaczać? Dlaczego nagle teraz mam
przymus dotykania zimnych przedmiotów - za co się chcę ukarać/co w
sobie "ostudzić"? Itd.
- poszukiwanie ukrytego sensu swoich zachowań (Czyli
nieświadome motywy) np. dlaczego akurat teraz , w nocy o północy
dostałam przemożonej chęci wybiegnięcia z domu lub napicia się kawy
albo zakupu dziecinnej maskotki?
- ciągłe poszerzanie wiedzy odnośnie własnego zaburzenia, aby
odkryć jego logikę, sens, powód, cel, "korzyści" (a nie po to, aby
się pognębiać). Polecam to, co w tym wątku:
forum.gazeta.pl/forum/w,$f,$t,$a,$seot.html?f=73421&w=95465254&a=95491957
- wypisywanie sobie wążnych cytatów z książek, dających do
myślenia, i częste refleksje na ich temat (np. "Kochać
ludzi to znaczy nie potrzebować ich", "Z własnym szczęściem i
egoizmem jest jak z bolącym zębem. Gdy boli Cię ząb to bardzo
uświadamiasz sobie jego istnienie. Gdy ząb nie boli, to nawet nie
uświadamiasz sobie, że go masz. Szczęście uwalnia cię od "ja". Itd.
- zauważanie własnych schematów (myśl<->uczucie<->reakcja<-
>uczucie), własnych mechanizmów obronnych (np. to, że postrzegam, że
cały świat jest wrogi to projekcja, co znaczy, że to we mnie jest
agresją! Skąd ta agresja we mnie?), z czasem ich zmiana
- nie skupianie się na tym, aby za wszelką cenę wyeliminować jakiś
objaw (no, są momenty, że trzeba), ale, aby zrozumieć, skąd on.
Czyli skierowanie na przyczyny, a nie na łagodzenie objawów.
(Np. Relaksacja i sport to nie istota terapii, tylko wspomagacz, tj.
leki)
- ciągła świadomość, że jak nie podejmę wysiłku zmiany myślenia,
przewartościowania, nie skonfrontuję się z bólem, to mogę spie...ć
sobie całe życie, albo popełnić samobójstwo z rozpaczy. Mam
motywację negatywną, bo na razie nie wiem, co to szczęście, więc nie
wiem, do czego dążę Ale wiem, czego nie chcę.
- ciągła świadomość, że mam zmieniać siebie, a nie otoczenie,
kolejne mieszkanie, mamę, tatę, szefa. To mi jest źle i to ja nad
sobą mam pracować. Po to, aby lepiej się poczuć, a nie dla świętego
spokoju.
- podważanie swojego systemu wartości, przekonań, aby wyłapać
iluzje, kórymi żyję. Np. iluzję, że mogę liczyć na bezwarunkowe
wsparcie, iluzję, że jak żyję zgodnie z oczekiwaniami rodziny to
jestem dobrą córką itd. No, przynajmniej ja podważam całe moje
wierzenia, w tym religijne, moralne, dotyczące relacji z innymi,
miłości, egozimu. Jest to ogromny kryzys hardcore (Czasem kończony
benzo ), fakt, ale ja już mam dość cierpienia spowodowanego
życiem wartościami innych i automatycznym kierowaniem się utartymi
schematami (np. "Życie to walka" "Życie jest wredne"). Mam dość!!
Skoro te przekonania nie przynoszą mi szczęścia to może istnieje coś
lepszego? Szukam, szukam, szukam... tworzę nową autentyczną
tożsamość... nie wiem, do czego mnie to doprowadzi, ale kieruję się
zasadą: "Nie wiem jeszcze, czy jak będzie inaczej to będzie lepiej,
ale wiem, że musi być inaczej, jeśli ma być dobrze"