78dario
06.01.11, 15:04
DZIEŃ 16 – 21 TABA
Pozostałe dni w Tabie miały w zasadzie podobny przebieg. Rano po śniadaniu szliśmy lub jechaliśmy busikiem na plażę. Na terenie przydzielonym El Wekali znajdował się bar (bez napoi alkoholowych) i basen. Na plaży były leżaki i parasole. Jeśli chodzi o rafy koralowe, to na całej długości plaży znajdowały się trzy pomosty, z których można było bezpiecznie wejść do wody by je podziwiać. Jednak tylko na tych bardziej oddalonych było co oglądać, choć do raf z Dahab czy Sharm było im daleko. Plaże należące do poszczególnych hoteli nie były tak jak w Hurghadzie czy Sharm odgradzane. Można było sobie zrobić naprawdę długi spacer brzegiem morza i to mi się w tym miejscu chyba najbardziej podobało.
Po relaksie nad Morzem wracaliśmy na obiad a po obiedzie nasza aktywność ograniczała się do basenu, baru i pokoju. Po kolacji zazwyczaj szliśmy dać mały bakszysz biedakom pilnującym rond i wracaliśmy spać.
Dwa razy jednak spróbowaliśmy przerwać tą monotonię. Po sprawdzeniu cen w recepcji na wyjazd do Okolicznych atrakcji, stwierdziliśmy, że przebili żydów w zachłanności i swoim zwyczajem próbowaliśmy szukać jakichś atrakcji na własną rękę. Jako, że poza hotelem i jego zapleczem ze sklepami, nie ma tam żadnego miasta jedyna nadzieją było łapanie autobusu na pobliskiej stacji benzynowej.
Jednak strażnicy bardzo niechętnie patrzyli się na próby opuszczenia Taby Heights, nie mogli zrozumieć że ktoś chce dobrowolnie opuścić ten raj na ziemi i tłuc się gdzieś autobusem. Jednak szybko dali się przekonać i przy kolejnych wizytach na punkcie kontrolnym nie zwracali na nas uwagi. Wg naszych danych rano dwa a nawet trzy autobusy powinny jechać od granicy w kierunku Sharm. My chcieliśmy pojechać do Dahab na Blue Hole. Po godzinnym oczekiwaniu na autobus, gdzie staliśmy się prawdziwą atrakcja turystyczną dla pracowników którzy właśnie zaczęli się rozjeżdżać do pracy w okolicznych hotelach na horyzoncie pojawił się autobus.
Jednak zamiast się zatrzymać, to jeszcze dodał gazu i tyle go widzieliśmy. Ot Egipt. Obok stacji znajdowała się mała knajpka z pięknym plastikowym pelikanem. Tak się mi wydawało dopóki, żona nie podeszła bliżej żeby zrobić sobie koło niego zdjęcie. W tym momencie plastikowy pelikan, okazał się całkiem żywy i o mało nie dał żonie całuska swoim potężnym dziobem. Tak się boroczka wylękła, że aż mi się zrobiło jej żal. A jaki ubaw mieli miejscowi. Swoja drogą, żeby tak pelikana na sznurku trzymać.
Wkurzeni i nieco zrezygnowani wróciliśmy nad Morze. Jednak nie poddawaliśmy się w naszych wysiłkach wydostania się z Taby i za dwa dni z nowa werwą i pokaźnym zapasem wody postanowiliśmy wyruszyć w kierunku największej atrakcji tej okolicy – Wyspy Koralowej z Zamkiem Saladyna.
Do tego miejsca idąc drogą było jakieś 12 - 15 km. Byliśmy zdecydowani tam dotrzeć choćby pieszo a jak się da to łapać stopa. Tym razem szczęście się do nas uśmiechnęło i po jakimś kilometrze udało się nam zatrzymać busika, którego kierowca za kilka funtów podwiózł na pod sam hotel Salah el Deen. Ten trzygwiazdkowy, nieco podupadły hotel stanowi bramę do wyspy. W recepcji zakupiliśmy bilety na łódkę, którą mięliśmy przepłynąć na wyspę oraz same bilety wstępu. Musieliśmy jednak chwilę poczekać aż przyjedzie grupa turystów z Intercontinentala, przy wycieczka była ekonomiczna.
Sama wyspa jest malutka, ale znajdujący się na niej fort robi duże wrażenia. Piękny jest widok z jego szczytu na okolicę. Widać między innymi przejście graniczne z Izraelem i hotel Hilton Taba.
Po zwiedzeniu Fortu i powrotu na brzeg postanowiliśmy wracać pieszo wzdłuż brzegu aż dojdziemy do malowniczej zatoczki Fiord Bay oddalonej o jakieś 6 – 7 km.
Spacer był bardzo przyjemny, tuż nad brzegiem morza nie czuło się tak mocno tej wysokiej temperatury. Po drodze zobaczyliśmy wiele różnych szczątków martwych korali i zmumifikowanych ryb.
W zatoce stały zakotwiczone łodzie, gdyż to miejsce jest położone w pobliżu raf koralowych. Spotkaliśmy tam również mocno wynudzonych policjantów, którzy pełnili tam służbę. Było tam również sporo jeżowców i dość podejrzliwie przyglądających się nam psów. Dalej nie było możliwości spaceru wzdłuż brzegu, gdyż skały schodziły prosto do morza. Trzeba było więc wrócić na drogę, co spowodowało szybkie wypicie całych zapasów wody.
Na szczęście znów bez większych problemów udało się zatrzymać busika, którym wróciliśmy do hotelu. Kierowca był trochę zdziwiony co my to sami robimy i odjechał dopiero jak weszliśmy na teren Taby Heights – widać myślał, że jesteśmy jakimiś dywersantami z Izraela.
Ta wycieczka była ostatnim godnym odnotowania wydarzeniem w Egipcie.
Po tygodniu leniuchowania w końcu trzeba było wracać do Polski. Tym razem obyło się bez żadnych incydentów i bezpiecznie wróciliśmy do domu.
KONIEC.
Cała relacja dostępna:
forum.gazeta.pl/forum/w,40138,120609383,120609383,Relacja_z_Bliskiego_Wschodu.html
Miłego czytania Dario.