Dodaj do ulubionych

Ramadan 2004

04.10.04, 11:31
Ponieważ do tegorocznego Ramadanu zostalo zaledwie kilka dni (15.10.2004),
myślę, że dla praktyki (jeśli akurat będziecie przebywać w Egipcie) lub
choćby zaspokojenia ciekawości przydadzą się poniższe linki :

forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=622&w=8673517&a=8673517
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=622&w=14917422&wv.x=1&a=14917422
pozdrawiam
Kasia

PS Ja akurat trafię na Ramadan w Tunezji, z czego baaaardzo się cieszę,
najbardziej w wymiarze... kulinarnym ;) Ale prawdę mówiąc zawsze marzyłam
żeby zobaczyć na własne oczy, jak wygląda życie kraju muzułmańskiego w tych
dniach, zabawne, bo zbiegiem okoliczności kupiłam ostatni "Poznaj świat" a
tam właśnie artykuł o ramadanie w Tunezji :))
Obserwuj wątek
    • Gość: Karolka Re: Ramadan 2004 IP: *.internetdsl.tpnet.pl 04.10.04, 11:54
      Jesli jedziesz to znaczy że wszystko się jakoś ułożyło mam nadzieję??:)
      • corrina_f1 Re: Ramadan 2004 04.10.04, 12:03
        Jadę insha Allah :))
        Trudno mówić o ułożeniu, ale będzie jak ma być, jestem dobrej myśli.

        pzdr
        Kasia
    • Gość: eva2412 Re: Ramadan 2004 IP: 62.233.189.* 04.10.04, 12:11
      Nie wiem jak wygląda to teraz i w kurortach. Pamiętam, że przed przeszło 20
      laty w Algierii obowiązywał niepisany zwyczaj zakazu picia czegokolwiek/ nie
      mówiąc o jedzeniu/ przez "białych" na oczach Algierczyków, aż do zachodu
      słońca.
      Pozdrawiam i życzę Ci miłych wakacji.
      • corrina_f1 Re: Ramadan 2004 04.10.04, 12:23
        Mówiąc szczerze, tak zamierzam się właśnie zachowywać. Jest to dla mnie dość
        oczywiste. Każdej religii i kulturze należy się odpowiedni szacunek i pomimo,
        że muzułmanką nie jestem, nie będę przyjmowac w sklepach herbaty miętowej czy
        innych spożywczych podarków. Pić będziemy własną wodę w miejscach, gdzie nie
        będziemy tego robić na oczach wszystkich. Jedzenie pozostaje hotelowe...

        pzdr
        Kasia
        • Gość: baida Re: Ramadan 2004 IP: 62.233.250.* 04.10.04, 12:45
          ja miałam przyjemność spędzić ramadanowy miesiąc w tunezji rok
          temu..niezapomniane przeżycie..szczególnie buszowanie po suku w celach nabycia
          produktów żywnościowych i wspólne gotowanie z przyjaciółmi [zawsze byłam pełna
          podziwu jak można wyczarować tak niesamowicie pyszne dania właściwie prawie z
          niczego..moi przyjaciele to niezamożni studenci są..]...ahhh i te zapachy...i
          niecierpliwe oczekiwanie na wystrzał aramatni w pobliskiej jednostce wojskowej
          obwieszczający zachód słońca i wzywający wszystkich do zasiadania do stołów..a
          najlepsze było to że wszyscy jedli razem i przyjaciele i ci co za bardzo za
          sobą nie przepadali..najbardziej miłym codziennym akcentem była potrawa
          przynoszona przez sąsiadów mojch przyjaciół..sąsiadka pamiętała o studentach a
          oni w zamian pomagali w zadaniach domowych jej synowi..a po jedzeniu oczywiście
          rytuałem była karciana gra w remika [rzadko udawało mi się wygrać nagrodę -
          butelkę coli lub fanty;)]..naprawdę bardzo tęsknię do tych dni..wszystko było
          takie niesamowite..
          w tym roku może uda mi się załapać na ostatnie dni ramadanu w egipcie..mam
          nadzieję..
          • corrina_f1 Re: Ramadan 2004 04.10.04, 12:58
            Baida, mam wielką prośbę, bardzo mnie to wszystko interesuje, czy w wolnej
            chwili (byle przed piątkiem) mogłabyś mi wysłać jeszcze coś więcej na ten temat
            na maila ? (bo to bądź co bądź nie o Egipcie :)
            Może pamiętasz jakieś nazwy specjalnych ramadanowych potraw, jakieś zwyczaje,
            co jeszcze powinnam wiedzieć itp.
            Za każda informację będę baaardzo wdzięczna ! :)

            pozdrawiam cieplutko
            Kasia
        • Gość: eva2412 Re: Ramadan 2004 IP: 62.233.189.* 04.10.04, 12:50
          Wtedy to byla "inna" Algieria i "zwykłe" miasto - b. duża oaza na Saharze. Ale
          wszyscy tego przestrzegaliśmy. Po pierwsze to o czym pisałaś - z szacunku dla
          muzułmanów, po drugie ze strachu. Ktoś kiedyś pił coś /nawet nie na pokaz/ i
          został opluty. A swoją drogą z tego co pamiętam, Ramadan jest "czasem magiczym"
          nawet dla nas. Zazdroszczę Ci / choć to brzydka cecha/ wyjazdu i jeszcze raz
          pozdrawiam.
          • Gość: baida na prośbę corriny:) IP: 62.233.250.* 04.10.04, 14:29
            Naprawdę bardzo miło wspominam ten czas i jakbym mogła to w tym roku też z
            chęcią bym spedziła ten miesiąc właśnie w tunezji [ale to chyba bardziej ze
            względu na przyjaciół niż na sam ramadanowy czas;)]..tak więc jakieś
            informacje - najpierw chcę powiedzieć że ja ten miesiąc spędziłam w sousse - to
            bardzo turystyczne miasto [zapewne wiecie] więc nawet jeśli bedziesz piła wodę
            na ulicy czy jadła cokolwiek w knajpkach to w sumie nikt nie powinien zwrócić
            ci najmniejszej uwagi - oni są przyzwyczajeni że turyści nie trzymają się zasad
            ramadanu - i nikt nikogo za to nie potępia ani się krzywo nie
            patrzy..sprzedawcy z ulicznych kramików typu fast-food nawet w godzinach postu
            wręcz zachęcają do kupna chapati [coś jak chlebek pita posmarowany harrisą -
            uwaga ostre!!! - w środku z jajkiem rozbełtanym z natką pietruszki i smażonym
            na oczach kupującego, z rozdrobnionym tuńczykiem i sypkim żółtym serem].
            Zresztą można zauważyć i samych tunezyjczyków jedzących i pijących czy palących
            papierosy normalnie w czasie ramadanu. Mieszkałam nie w hotelu ale w wynajętym
            mieszkaniu i z okien wychodzących na podwórze mogłam zaobserwować to co się
            dzieje w sąsiednich budynkach..gdyż w dzień oczywiście wszystkie okna
            pootwierane..te pokojowe wypełnione pościelą i kocami wietrzącymi się
            i "zażywającymi kąpieli słonecznych"..natomiast kuchenne okna jak ekrany na
            których można było pooglądać codzienny rytuał przyrządzania ramadanowych
            posiłków..te niesamowite aromaty dobiegające stamtąd wypełniały nawet moje
            mieszkanie i wiele bym dała żeby się dowiedzieć co te gospodynie tak wytrwale
            pichcą każdego dnia popołudniu...ja w swoim mieszkaniu nie gotowałam..nie było
            warunków..zresztą na ramadanowy wieczorny posiłek zawsze byłam zapraszana a to
            przez jednych a to przez innych przyjaciół a czasami po prostu lądowałam z
            moim "ex-przyszłym" mężem w jednym z maleńkich barów rozmieszczonych w bocznych
            uliczkach - typowo tunezyjskim [turyści rzadko tam docierali] - gdzie człowiek
            właściwie siedział na człowieku, a i chętnych było tylu, że nieraz trochę czasu
            udawało nam się czekać na zewnątrz aż się zwolnią jakiekolwiek miejsca przy
            stole..nie było tak źle bo ludzie byli tak głodni że potrawy znikały w tempie
            expresowym i następowała szybka rotacja klienteli.. w takich barach na początek
            zamawialiśmy oczywiście briki [cieniutkie jak pergamin jakby naleśniki smażone
            w głębokim oleju z nadzieniem z gotowanych rozgniecionych ziemniaków, tuńczyka,
            natki pietruszki oraz nie rozbełtanym jajkiem] oraz zupę [czerwona i
            baaaaaardzo ostra bo z harrisą, ale wspaniale pachnąca pomidorami - w tunezji
            są wspaniałe przeciery pomidorowe smakujące jak świerze pomidory - nasze
            rodzime przeciery się do inszych nie umywają..sprzedawane są w wielkich
            puszkach bo są składnikiem wielu tunezyjskich dań], które to dania były jakby
            wstępem do dalszej konsumpcji..chociaż w moim przypadku pomimo że nie jadłam
            jak inni cały dzień to już po zjedzeniu brika wielkiego na pół talerza czułam
            się wystarczająco pełna..po tej przystawce zamawialiśmy a to danie z makaronu
            [takie jak włoskie spaghetti lecz oczywiście ostre i z natką pietruszki zamiast
            bazylii], a to po prostu frytki z surówką z kapusty i do tego smażoną rybę, a
            to filety z kurczaka [zupełnie po europejsku;)]...wszystko było bardzo smaczne
            [na pewno o wiele wiele lepsze niż w posiłki serwowane przez hotelowe
            restauracje - miałam okazję takowe też jadać]. Zachód słońca wypadał tak mniej
            więcej między 5:00 a 6:00 wieczorem - huk wystrzału armatniego nie pozwalał
            przegapić tej magicznej godziny - wtedy nagle okazywało się że bardzo ruchliwe
            ulice sousse stają się nagle puste - miasto zamierało w parę minut dosłownie -
            gdzieś jeszcze jakiś spóźniony mąż biegł szybko do domu aby jego bliscy nie
            musieli za długo na niego czekać [tradycja nakazuje wstrzymać się z zasiadaniem
            do stołu nie tylko do zachodu słońca ale i do przyjścia wszystkich domowników
            lub zaproszonych gości]..po czym miasto po około godzinie zaczynało znowu
            tętnić życiem z jeszcze większą intensywnością...tunezyjscy mężczyźni najedzeni
            i szczęśliwi wychodzili na shishę czy na kawę do cafeteri lub na granie w karty
            z kolegami, sklepikarze znowu otwierali podwoje sklepów, taksówki zaczynały
            kolejne kursy a dzieciaki swoje zabawy na podwórkach i bocznych
            uliczkach..tylko kobiety tunezyjskie [posiadający rodziny] zostawały w domach
            aby posprzątać po właśnie co skończonej kolacji..za to po 9:00 wieczorem można
            było zauważyć wiele matek lub całych rodzin z dziećmi spacerujących głównie po
            centrach handlowych..
            cdn.
            • corrina_f1 Re: na prośbę corriny:) 05.10.04, 09:36
              Baida, narobiłaś mi takiego smaku, że już nie mogę się doczekać, kiedy tam
              będe !!! Kto wie, może jednak COŚ w Tunezji znajdę dla siebie, nawet, gdyby to
              miała być tylko kuchnia ;)
              Pisz konieczie więcej, jeśli masz tylko chwilę, tymczasem już sobie
              wydrukowałam to co napisałaś i z pewnością szukać będziemy tych "sandwichów" z
              tuńczykiem i jajkiem.
              Serdecznie pozdrawiam i dzięki !
              Kasia
            • nefretete_sl Re: na prośbę corriny:) 05.10.04, 10:40
              Wow! Jestem pod wrażeniem :) tego jak umiesz to przedstawić, opisać, przekazać
              na forum.... Po prostu rewelka! Pozdrwiam gorąco :))i też czekam z
              niecierpliwością na więcej. Pa
              • Gość: baida dzięki dziewczyny..:) IP: 62.233.250.* 05.10.04, 20:51
                dzisiaj dalszy ciąg..ale mam wątpliwości czy to jest właściwe forum..corrina
                słusznie zauważyła że to jednak forum o egipcie a nie tunezji..ale mam nadzieję
                że nas [tzn. mnie] stąd nie wyrzucą;)]...ahh dzisiaj trochę o zakupach [bo to
                bądź co bądź ramadanowy zwyczaj chociaż w czasie nieramadanowym podobnież to
                się odbywa - może tylko bez zbędnego pośpiechu i aż tak wielkiego
                zaangażowania..]
                ps.corrina te fast-foody z chappati znajdziesz na każdym kroku - popularniejsze
                niż mcdonaldy w usa:)))...ahhh i radzę zaznaczyć że chcesz bez harrisy bo
                inaczej nie zjesz..nawet jeśli bardzo lubisz chilli;))
              • Gość: baida Re: na prośbę corriny:) IP: 62.233.250.* 05.10.04, 20:54
                cd.
                Co do kolacji urządzanych u moich tunezyjskich przyjaciół [grupa studentów
                wynajmujących dwa mieszkanka w centrum sousse] to wprost je uwielbiałam. Nie ze
                względu na jedzenie [mimo że było wyśmienite] ale właśnie na tą atmosferę jego
                przygotowań a potem samą atmosferę przy stole... Wszystko zaczynało się od
                zakupów na suku w medinie sousse [to też był rytuał]... W zakupach
                towarzyszyłam im codziennie od kiedy odkryłam jak tak prozaiczna rzecz jak
                zakupy warzyw może być tak pasjonująca.. Zawsze wybieraliśmy się na nie około
                2:00 po południu i zajmowały niespełna godzinę.. Oczywiście nie szliśmy na te
                zakupy całą 10-cio osobową gromadą ale po 2-3 osoby [każdego dnia to się
                zmieniało - tylko moja obecność była niezmienna:))]. Na suku nie chodziliśmy do
                miejsc odwiedzanych przez turystów..omijaliśmy szybko kramy z pamiątkami na
                głównej ulicy mediny i labiryntem małych pobocznych uliczek docieraliśmy do
                małego placyku [jakby przedsionka prowadzącego do suku z warzywami]..Tego
                placyku nie lubiłam zbytnio i starałam się przjść go jak najszybciej nie
                patrząc na boki..a to z tego powodu że było to po prostu miejsce jatek.
                Sprzedawane było tam mięso dopiero co ubitych owiec czy innych zwierząt [oprócz
                oczywiście świń].. Także moje wrażliwe oczy byłej wegetarianki [tak 12 lat
                ciągnęłam kiedyś;)] nie znosiły tego widoku i po prostu starałam się omijać
                takie miejsca z daleka... No ale do tego suku warzywnego prowadziła tylko jedna
                droga przez ten to właśnie jatkowy placyk..Także omijając powstałe gdziniegdzie
                niewielkie kałuże krwi rozmytej wodą dochodziliśmy do niewielkiej hali która
                zachęcała nas chłodem swojego wnętrza. Już tutaj przed wejściem oblegała nas
                masa dzieciaków wciskających nam plastikowe reklamówki [czarne worki] za 100
                milimów od sztuki. Oczywiście zawsze zaopatrywaliśmy się w 2-3 bo te z
                poprzedniego dnia po prostu wykorzystało się na śmieci. Zdziwił mnie za
                pierwszym razem ten "warzywniak".. właściwie całe wnętrze wyglądało jakby było
                przerobione [to chyba za mocne słowo - bo żadnych śladów jakiegokolwiek remontu
                tam nie zauważyłam] po prostu z budynku gospodarczego gdzie trzymane są
                zwierzęta [hmm..innymi słowy naszej polskiej obory]. Ale nie myślcie że było aż
                tak strasznie - to tylko moje osobiste wrażenie - zresztą pozytywne bo poczułam
                się przez chwilę jak u mojej cioci na wsi;)..Ale oczywiście było coś co
                odróżniało to miejsce od ww. budynku..otóż zapachy:))...w powietrzu panował
                wszechobecny zapach po prostu świerzutkich warzyw bez jakichkolwiek
                konserwantów, sztucznych nawozów czy hormonów wzrostu..jest to zapach nie do
                opisania niestety...Warzywa były może małe i nieoczyszczone z ziemi i pewnie w
                naszym kraju nikt by ich nie kupił [bo zazwyczaj preferujemy te wielkie czyste
                pięknie wyglądające ale nafaszerowane różnymi sztucznościam i o smaku podeszwy
                od buta] ale za to były naprawdę świerze a jeśli np. groszek posiadał małego
                robaczka w środku to był tylko i wyłącznie jego plus ponieważ było wiadomo że
                jest w 100% naturalny. "Kramiki" sprzedawców znajdowały się pod dłuższymi
                ścianami hali i w podwójnym rzędzie na środku pomiędzy rzędami było może z 1,5
                metrowe przejście. Własciwie nie można tego nazwać "kramami" ale raczej takimi
                murowanymi boksami wbudowanymi w ziemię gdzie jeden taki boks miał może z 2 na
                2 metry a sprzedawca własciwie tylko mógł stać w środku i jego ruchy były
                niezmiernie ograniczone a cały na około obładowany był stertami warzyw lub
                owoców...do tej pory nie mam pojęcia jak im się tam mieścił cały towar.. Na
                hali jak to na kazdym targu ruch i hałas był ogromny..bez przerwy byłam
                potrącana przez kogoś i też nagminnie krzyczano mi do uszów proponując coraz to
                inne produkty [podobno mi niezbędne;)]..Cały czas też pod nogami plątały nam
                się dzieci z reklamówkami bo a nóż nam zabraknie miejsca w już posiadanych..co
                bardziej natrętne potrafiły pytać się po 10 razy czy nam nie potrzeba aż w
                końcu zrezygnowani nabywaliśmy kolejny czarny worek..który to okazywało się że
                jednak w końcu nam się przydawał;)...Klientami byli głównie mężczyźni gdyż to
                na nich spadał obowiązek robienia zakupów, dźwigania ciężkich pakunków do
                domu...zresztą jak chyab w każdym arabskim kraju:) [co mi się niezmiernie
                podoba;)]...Zakupy zaczynaliśmy od groszku [nie wiem czy to niezbędny składnik
                tunezyjskich dań czy tylko tak lubiany przez "moich" studentów] - był on
                niełuskany, mały i niektóre strąki były zczerniałe ale w środku kryły cudowne
                zielone niezwykle słodziutkie okragłe ziarenka..potem zielone bukiety natki
                pietruszki [to był niezbędny składnik do wszelkich dań - oprócz tych na
                słodko] - kupowalismy jej wręcz całe naręcza...następnie ziemniaki - niewielkie
                i oblepione ziemią ale za to na pewno zdrowe i w Tunezji niezmiennie
                młode...marchewka, kawałki pomarańczowej dyni do kouskousu, jajaka, seler
                naciowy, cebulę, pory, świerzutkie daktyle jakby prosto z palmy rerwane [które
                mogłabym jeść kilogramami;)] oraz ciecierzycę [jeden z tunezyjskich
                przysmaków]...No i to chyba na tyle naszych zakupów by było..przy wyjściu
                nabywaliśmy jeszcze ten "papier" naleśnikowy do brików od tunezyjskiego dziadka
                i tak obładowani wracaliśmy do domu.. Po drodze, przy wyjściu z mediny,ja
                oczywiście nieomieszkałam zatrzymać się na chwilkę przy stoisku ze słodkościami
                które kusiły zapachem miodu i prażonych orzechów...i oczywiście zawsze chłopcy
                kupowali dla mnie parę sztuk tych [podobno libańskich] gorących prosto z pieca
                fikuśnych kruchych ciasteczek nasączonych miodem [ahhh jak ja miałam z nimi
                dobrze;)].. Teraz już czekało nas tylko przyrządzanie kolacji...bo reszta
                produktów potrzebnych do tych niewykwintnych ale bardzo smacznych potraw
                czekała już na nas w domu..kawałki kurczaka kupione w małym sklepiku tuż pod
                domem u zaprzyjażnionego sąsiada, kaszka kouskous i makaron, których to nie
                trzeba było każdorazowo nabywać gdyż chłopcy posiadali niemałe zapasy
                przywiezione z rodzinnych domów na wsi, podobnie marynowane oliwki i
                oczywiście oliwa z oliwek - taka której nie kupicie w żadnym sklepie w Polsce
                [czasami jadło się ją tylko maczając w niej chleb - niebo w gębie:)]...no i
                oczywiście świerzutkie pachnące bagietki..a do tego fanta lub cola do popicia
                [na szczęście jeden z niewielu amerykańskich akcentów w tym wspaniałym kraju]...
                cdn.
                • corrina_f1 Re: na prośbę corriny:) 05.10.04, 21:19
                  Dziękuję, dziękuję, dziękuję !!
                  Baida, to co piszesz jest WSPANIAŁE !!!

                  Jestem pewna, że nikt Cię nie zjedzie za pisanie o czymś, co w Egipcie w sumie wygląda dość podobnie, w końcu święto to samo, a że o egipskim ramadanie nikt nie napisał... ;)Czyżby nikt nie był w zeszłym roku w tym czasie?
                  Mimo wszystko temat, nawet jeśli nieco odbiegający od samego Egiptu, to pozostający w kręgu tej samej kultury, zdecydowanie lepszy niż odwieczne narzekania na biura, czy kontakty damsko-męskie lub obrzucanie się błotem. Jeśli ktoś się będzie burzył, biorę to na siebie ! :) Więc pisz dalej !! ;)

                  Powiem Wam przy tej okazji tylko tyle, że Forum Tunezja jest do niczego, jest tak cienkie, że przestałam tam nawet zadawać pytania, bo nikt nic nie pisze - ze 3 posty na tydzień się pojawiają ! Na www.tunezja.pl (wakacje.pl) jeszcze gorzej ! Egipskie tutejsze dywagacje nt sex-turystyki są po prostu niczym w porównaniu z tym, co tam wypisują !!
                  Forum Egipt rulez, a ta Tunezja w tym wątku niech będzie miłym przerywnikiem :)

                  pozdrawiam
                  Kasia

                  PS Baida, jeszcze raz shokran !! Jeśli dasz radę, czekam na jeszcze ;)
                  • Gość: baida Re: na prośbę corriny:) IP: *.com / 62.233.250.* 07.10.04, 23:56
                    cd.
                    Tak więc najwyższy czas rozpocząć rytuał gotowania..Było to dosyć utrudnione
                    maleńkością pomieszczenia kuchennego [2/3m]..a także tylko dwoma sprawnymi
                    palnikami.. Również byłam pełna podziwu jak oni nie smakując potraw w czasie
                    gotowania [no bo przecież ramadan jeszcze przed zachodem słońca] potrafią tak
                    nadać im tak perfekcyjny smak.. Zazwyczaj kazda potrawa ma głównie smak harrisy
                    która piecze tak niemiłsiernie że własciwie innych smaków już się nie czuje a
                    poza tym łzotok murowany - taże chusteczki higieniczne radzę mieć w
                    pobliżu..lecz jest na to jeden sposób - zagryzanie wszystkiego świeżymi
                    daktylami - one po prostu super neutralizują harrisowy ogień na podniebieniu..
                    Jednak na moją prośbę [wręcz błagalną;)] potrawy które przygotowywaliśmy w
                    czasie mojego tam pobytu zostały drastycznie pozbawione harrisy, aczkolwiek
                    wcale nie wspaniałego smaku... Zaczynaliśmy od obierania, czyszczenia i
                    krojenia warzyw przy dźwiękach muzyki arabskiej dochodzacej z sąsiedniego
                    pokoju...ja zajmowałam się wyłuskiwaniem groszku, ktoś inny obieraniem
                    ziemniaków, czyszczeniem marchewki...czy porcjowaniem kurczaka...pełna
                    współpraca:).. Oczywiście chłopcy starali się wpoić mi opornej nazwy warzyw po
                    tunezyjsku i efekt był taki że w sumie następnego dnia potrafiłam je powtórzyć
                    [no...parę z nich;)] ale jednak w niedługim czasie bez praktyki wyleciały mi
                    niestety z głowy [uhhh...gdzież jest mój zeszyst do słówek arabskich:(( ]...
                    Własciwie jakby taką główną potrawą od której zaczynaliśmy gotowanie była
                    czerwona gęsta zupa na przecierze pomidorowym z podsmarzonym na oliwie z oliwek
                    z dodatkiem przypraw [specjalnych tunezyjskich mieszanek - nabyłam ale dalej
                    nie udało mi się zanalizować ich składu] oraz pokrojonego pora i kawałków
                    kurczaka...potem sukcesywnie dolewana była woda oraz warzywa krojone na dosyć
                    spore kawałki [ziemniaki, marchewka, wyłuskany groszek..].. to wszystko tak sie
                    dusiło i dusiło a na końcu wychodziło z tego po prostu niebo w gębie..naprawdę
                    nie mam pojęcia jakim sposobem bo byłam przy "produkcji" cały czas i nie
                    zauważyłam żadnych magicznych sztuczek i zaklęć odprawianych nad owym
                    garnkiem... Właściwie w podobny sposób na drugim gazie gotowany był wywar/sos
                    do kaszki kouskous...tzn. podstawa była ta sama..ww. składniki plus jeszcze
                    kawałki dyni i ciecierzyca oraz jeśli trafił się bogatszy dzień wtedy zamiast
                    kurczaka dodawane było mięso owcy..to wszystko się dusiło jak i zupa obok z
                    tymże na górze garnka postawiono sito z kaszką kouskous uprzednio namoczoną w
                    wodzie, roztartą w rękach w celu eliminacji grudek i "obtoczoną" oliwą żeby
                    się nie posklejały ziarenka w trakcie traktowania ich gorącą parą...W tym
                    czasie obieraliśmy kolejną partię ziemniaków przeznaczoną na nadzienie do
                    brików...Gdy zupa dochodziła i zostawała okraszona sporą porcją zielonej
                    pokrojonej natki petruszki...Zwalniał się jeden palnik więc stawialiśmy na nim
                    partię brikowych ziemniaków pokrojonych w drobną kostkę coby się pędem
                    ugotowały [w tym samym czasie kouskous powoli sobie dochodziło...kszka została
                    jeszcze raz dokładnie roztarta w czyichś rękach i spowrotem postawiona na
                    garnku z wywaro-sosem]... Właściwie gdy te wszystkie warzywa były juz
                    przygotowane to "przy kuchni" zostawało tylko dwóch chłopców no i oczywiście ja
                    na posterunku chłonąca każdy ich ruch i starająca się zapamietać kolejność
                    wykonywanych czynności..no i oczywiście starająca się ze wszechmoc pomóc
                    [chociaż pewnie bardziej im przeszkadzałam, ale oczywiście nikt mi tego
                    taktownie nie powiedział;))].. Tak więc gdy ja jeszcze walczyłam z kolejnym
                    naręczem pietruszki siekając ją na drobno[tym razem do brików] ugotowana kostka
                    ziemniaczana zostawała odcedzona i rozgnieciona pieczołowicie widelcem i
                    pomieszana z rozbełtanym jajkiem...niestety my nie dysponowaliśmy tuńczykiem
                    więc jeszcze tylko dosypywałam do masy ww. pietruszkę i nadzienie do brików
                    było gotowe..."Papier" brikowy to krążki o około 30 cm średnicy...w
                    restauracjach i barach były po prostu składane na pół i nadziewane w środku..my
                    je przekrajewaliśmy na pół a potem z nadzieniem w środku dokładnie zamykaliśmy
                    formując na małe krokieciki, albo po prostu tylko przymykaliśmy tą połówkę koła
                    z masą w środku i powstawały wtedy briki o kształcie ćwierćkoła... Briki
                    smarzone były na oliwie z oliwek [dość głębokiej] tuż przed samym podaniem...
                    Kiedy kaszka kouskous stawała się już miękka w sam raz i dostatecznie
                    przesiąknęła aromatem gotującego się pod nią wywarem wysypywało się ją na
                    największą michę w domu, wygładzało wierzch i polewało ww. wywarem który to
                    wsiąkał w kaszkę niczym w gąbkę nadając jej piękny pomarańczowo-czerwonawy
                    koloryt..na wierzchu układane zostawały kawałki warzyw i mięsa..a na koniec
                    dookoła michy wsadzano łyżki gdyż tradycja nakazywała jedzeniewspólnie z
                    jednego naczynia a używanie łyżek zamiast widelców ułatwiało jedzenie [chodziło
                    zapewne o ich "pakowność";)]...Gdy zbliżała się już godzina zachodu słońca stół
                    był gotowy do zasiadania - zupa porozlewana do talerzy [do mojego zawsze
                    wrzucali nadprogramowe skrzydełko kurczaka bo wiedzieli że
                    przepadam;)...kochani chłopcy:)]...briki dochodziły na patelni...oliwki z
                    marynaty fioletowiły się w salaterce...cola i fanta pieniły się jeszcze w
                    butelkach..seler naciowy nabywał funkcji naszych rodzimych słonych paluszków -
                    pocięty w paski miał być przegryzką między daniami...bagietki pokrojone na
                    spore kawałki znalazły swoje miejsce przy każdym talerzu..podobnie zresztą jak
                    świerze daktyle czekały w pogotowiu jakby kogoś zatkała piekąca harrisa;)...no
                    i oczywiście kouskous zajmujący honorowe miejsce w centrum stołu pysznił się
                    kolorem pomarańczowej dyni i zachęcał do natychmiastowej konsumpcji:))...
                    Zniecierpliwienie dochodziło zenitu no i wreszcie wszyscy usłyszeli ten
                    oczekiwany huk armtatni więc nie pozostawało nic innego jak napawać się już nie
                    tylko aromatem ale i smakiem przygotowanych potraw..Jeszcze tak jak byliśmy
                    między zupą a kouskousem przez drzwi wpadał Heny - 9-letni synek sąsiadki - z
                    półmiskiem niespodzianką [kolejną potrawą upichconą przez jego mamę:))]..
                    Załapywał się na colę, ciastko, 5 minut gry na telefonie komórkowym i szybko
                    uciekał no boi przecież jeszcze nie dokończył jeść kolacji z rodzicami:)...No i
                    tak te wszystkie pyszności znikały w zastraszającym tempie - w końcu po całym
                    dniu poszczenia należało nam się...mi też bo chociaż niemuzułmanka jestem ale
                    zawsze to miło wspierać było moich nowych braci:)...wszystko to odbywało się w
                    przemiłej atmosferze i niezwykłej gościnności... Takich nietypowo turystycznych
                    przeżyć życzę wszystkim wybierającym się do Tunezji czy to w czasie Ramadanu
                    czy też w innych terminach :)
                  • Gość: baida Re: na prośbę corriny:) IP: *.com / 62.233.250.* 08.10.04, 00:13
                    i jeszcze linki do moich 2 zdjątek z tych uczt ramadanowych:)

                    magnoona.blox.pl/resource/eating.jpg
                    magnoona.blox.pl/resource/ramadandiner.jpg
                    mam nadzieje ze dzialają:))



Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka