Dodaj do ulubionych

Rejs po Nilu z TUI - relacja

14.01.07, 00:12
Witam :)
Szykując się do wyjazdu do Egiptu (po raz pierwszy do Egiptu i w ogóle po raz pierwszy w życiu na urlop za granicę) trafiłam na to forum.
Z zapartym tchem czytałam wszystkie relacje 'nilowe', m.in. autorstwa Edith, platynki, telegram29 - bardzo Wam za nie dziękuję :)
Sporo się z nich dowiedziałam - zatem może i z mojej relacji ktoś skorzysta? ;)
Będzie to relacja osoby, która po raz pierwszy się wybrała na taka eskapadę i dla której absolutnie wszystko było nowością.

Z różnych względów wybór padł na TUI, wyjazd ośmiodniowy, rejs po Nilu 'Hatszepsut', trasa: Luksor-Asuan-Luksor.
A zatem, jeśli ktoś ma ochotę przebyć ze mną tę trasę wirtualnie - zapraszam do lektury :)

Dzięn pierwszy - pobudka o 4 rano (wrr!) Taksówka zamówiona wieczorem, punktualnie o 5:10 pod domem, jedziemy na lotnisko.
Ja cały czas w strachu - czy będę potrafiła się odnaleźć w tak 'egzotycznych' warunkach jak Okęcie ;)
Poszło jak po maśle - na tablicy był już wyświetlony numer lotu, obok numery stanowisk bagażowych.
Krótki ogonek do stanowiska, podaliśmy paszporty, bilety, bagaż na wagę; plus uśmiech i prośba o miejsce przy oknie ('bo to pierwszy raz!).
Z kartami pokładowymi oraz lżejsi o dwie walizki (łączna waga 23 kilo przy dopuszczalnym limicie 18 kilo na osobę) pomaszerowaliśmy do odprawy paszportowej. Za kwadrans szósta - a tłok niesamowity. Ale wszystko w sumie bardzo sprawnie się odbyło. Po odprawie paszportowej słynne 'duty free' - ale raczej jako zakupy z 'obowiązku' ('no nic nie kupić na bezcłówce?!' ;)
Czasu było jeszcze bardzo duzo, ale że nie bardzo było co robić, to poszlismy do odpawy celnej. Byłam uprzedzona wcześniej, że wszystko piszczy na tych bramkach, więc rozebrałam się 'do rosołu' ;) (no dobra, do tshirta i dżinsów) i przeszłam. Nie piszczałam :)
Reszta moich rzeczy, czyli polar, kurtka, i torba podręczna z aparatem, komórką i im podobymi paściami przejechała spokojnie taśmą).
Usiedliśmy pod gate'em (numer wypisany na karcie pokładowej) no i rozpoczeło się odliczanie. Ale jakoś sie nie nudzilismy - wszystko dla nas było nowością ;)
Lot miał być o 7:30, a w sumie wystartowalismy o 7:45. Za to Boeingiem 737-400, a nie 737-300 jak było wypisane na rezerwacji, zatem jakiegoś spektakularnego opóźnienia nie zanotowałam :) Samolot czarterowany z Centralwings, na pokładzie całkiem sympatycznie, nawet było sporo wolnych miejsc.
Lot bez zarzutu, chmury w Polsce, cokolwiek zaczęło być widać gdzieś w okolicach Słowacji - czyli w sumie zaledwie po dwudziestu minutach :) Catering płatny, kawa pięć złotych, herbata pięć złotych, wafelek pięć złotych... ;)
Kapitan uprzejmie informował nas od czasu do czasu nad czym przelatujemy (o 9:05 Dunaj wypatrzyłam i bez niego, nie dało się go nie zauważyć, mimo że lecieliśmy na wysokości ok. 10000 m).
Obiecywał pokazać Kretę - niestety, nad Morzem Egejskim znowu były chmury, za to wypatrzył w nich dziurę i o 10:19 pokazal nam Santorini :)

Potem już poszło bardzo szybko (oczywiście jest to moje subiektywne odczucie :) Linia brzegowa Egiptu o 11:05, pustynia, Kair pod chmurami, pustynia i już Hurghada :)
Lądowały dwa samoloty przed nami, zatem udaliśmy sie na kilkuminutową rundkę nad Morzem Czerwonym. Widoki - zapierające dech!
Podejście do lądowania - z prawej strony można sobie obejrzeć wspaniałe kompleksy hotelowe. Plamy jasnych budynków, błękit basenów, zieleń - wszystko na piaskowoburym tle pustyni...
Lądowanie o 12:05. Przestawiłam zegarek o godzinę do przodu, była zatem trzynasta :)
Lotnisko w Hurgadzie - chyba każdy z tego forum już je zna (lub pozna w najbliższym czasie ;) Z racji kilku samolotów lądujących bezpośrednio jeden po drugim istne piekło.
Ale TUI tak porozstawiało swoich ludzi (zresztą chyba wszystkie biura tak robią), że poczułam się jakbym brała udział w zabawie 'podaj dalej' - w której to mnie podają :)
Wystarczyło wypatrzeć kogoś trzymjącego tabliczkę z logo biura, podejść - bez pytania facet machał łapką w kierunku gdzie należało iść dalej. Miałam voucher na wizę, wg wskazania podeszłam do kontuaru (również oznaczonego wyraźnym logiem biura), podałam voucher, paszport, myk, myk, wiza w postaci dwóch znaczków została wklejona do paszportu, dostałam kartę wjazdową do wypełnienia.
Stanęliśmy przy jednym ze stołów, łypiąc na kartę wypełnianą przez sąsiada drżacą ręką wypisałam własną. Kłopot miałam tylko z lokalizacją, co ja tam miałam wpisać jako miejsce pobytu - Nil?!! ;) Nic nie wpisałam - i też przeszło :)

Z wypełnionymi kartami kartami trafiliśmy do ogonka do kontroli paszportowej. Paszport oglądany, stempel na wizie, karta zabierana, wychodzimy.
I jeszcze jeden ogonek gdzie trzeba pokazać paszport - najlepiej od razu otwarty na stronie z wizą, szybciej wtedy szło :)
No i w koncu wydostaliśmy się do hali. Szybki marsz wzdłuż taśm z bagażami w poszukiwaniu numerka naszego lotu, znalazł się na ostatniej taśmie, bagaże już krążyły.
Łaps za walizki (czarne i granatowe, zwłaszcza pożyczone, są mocno niepraktyczne ;)
Własną zieloną wyłowiłam natychmiast, czarnej pożyczonej trochę się naszukaliśmy :)

Wychodzimy z lotniska. Oczywiście natychmiast po wyjściu wpadamy na kolejnego pana z TUI :) Karnacja nie pozostawia wątpliwosci co do narodowości, wskazuje nam kierunek
i przepiekną polszczyzną mówi, abyśmy poszli prosto, potem w prawo, tam, koło tych kolorowych flag będą autokary :)
Koło autokarów dwie ładne dziewczyny (blondynki naturalne, więc znów nie ma wątpliwości co do narodowści ;) Zanim się odezwaliśmy wręczyły nam po butelce wody mineralnej (świetny pomysł) i zapytały do którego hotelu, po usłyszeniu, że na rejs po Nilu - 'aha, to autokar numer 50' i wskazały kierunek (autokarów na parkingu było co najmniej kilkadziesiąt :)
Znajdujemy auktokar, pakujemy bagaż, wsiadamy, pierwszy łyk wody - ufff! Chwila odpoczynku :)
Autokar rozwoził turystów do czterech hoteli, rejsowicze mieli wysiąść przy drugim, Sea Garden, spożyć jakiś obiad i poczekać na autokar docelowy, ktory miał już nas dowieźć konwojem do Luksoru.

Pierwszy obiad w Egipcie...! ;) Stół elegancko nakryty, czekamy z zapartym tchem.
Obok duże okno - widok na niewielkie patio hotelowe, werandę, basen, grill przy basenie - pichcą jakieś frytki i hamburgery... okazalo się, że to na obiad dla nas :))
Grupa liczyła sobie na razie 12 osób - wszyscy roześmiali się w momencie podania nam tych frytek i hamburgerów :)

Można było iść do recepcji hotekowej i wymienić pieniądze - kurs 'hotelowy' 5,60 LE za dolara. Poszłam, wymieniłam czterdzieści dolarów, dostałam 224 LE - nowiutkie szeleszczące cztery pięćdziesiątki, jedną dwidziestkę i cztery jednofuntówki.
Rezydent biura (a raczej pracownik agencji TRAVCO, która ma w Egipcie chyba dość mocne powiązania z TUI), rewelacyjnie mówiący po polsku, przeprowadzil krótką demonstrację jak wyglądaja banknoty i jak odróżnić 50 funtów od 50 piastrów ;)

Około 16:30 podstawiono nam autokar. Kierowca, kolejny pracownik TRAVCO jako nasz opiekun na drogę i nasza dwunastka - cały autokar dla nas. Wyjazd do Safagi na miejsce zbiórki konwoju.
O pierwszych wrażeniach pt. 'Egipt a raczej Hurgada przez okno autobusu' pisać nie będę ). Ale spotykałam się na tym forum z określeniem 'jeden wielki plac budowy' i całkowicie się z nim zgadzam ;)

Po godzinie jazdy postój w Safadze, czekamy na resztę autokarów, o osiemnastej wyjazd konwoju. Było już zupełnie ciemno - obserwacje jak się jeżdzi nocą po Egipcie warte są osobnego wątku :)))
Po drodze minęliśmy konwój powrotny, jadący z Luksoru do Safagi - było na co popatrzeć. Ciąg około stu autokarów robi wrażenie :)

Około 140 km przed Luksorem - postój. Możliwość skorzystania z WC (jeden funt), napicia się kawy, pooglądania wielbłądów prowadzonych przez dzieciaki, popatrzenia na kolorowe ubrane dziewczynki z maleńkimi kózkami na rękach - i oczywiście pierwsze nagabywania. Taka próbka egipskiego kolorytu w niemożliwie skondensowanej i kolorowej pigułce dla turystów :)
Do Luksoru przyjechaliśmy około 21:30. Wyładunek z aut
Obserwuj wątek
    • imka.allegro Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 14.01.07, 00:14
      Do Luksoru przyjechaliśmy około 21:30. Wyładunek z autokaru i załadunek na statek MS Regina www.travcotels.com/regina/index.htm
      Wchodzimy na pierwszy - ale nie, to jeszcze nie ten, każą iść dalej - co jest?
      Ano to, do czego wszyscy nilowi bywalcy są już zapewne przyzwyczajeni - statków jest tyle, że nie wystarcza miejsca na nabrzeżu dla każdego, więc cumują równolegle do siebie, stając burta w burtę i otwierając drzwi w salonie recepcyjnym po obu stronach.
      W takcie rejsu najdalej stalismy kiedyś w siódmej wartswie ;) a widziałam i dziewięć statków obok siebie :)
      Kłopot był tylko z powrotem - nigdy nie pamiętałam, który statek jest nasz i najlepiej było się nauczyć rozpoznawać wzór na podłodze własnej recepcji :)

      Po wejściu na pokład właściwego statku poproszono nas o złożenie bagaży w recepcji i natychmiast zaproszono na wystawną kolację. Co jak co - ale doniesienia o karmieniu na statkach nie okazały się przesadzone. Olbrzymi wybór, czysto, elegancko - i przepysznie :)
      Poznajemy Ashrafa - przez tydzień będzie naszym przewodnikiem, pilotem, opiekunem, tłumaczem, niańką... ;)
      Moim zdaniem niezbyt dobrze mówiący po polsku (w porównaniu z rezydentem TRAVCO w Hurghadzie ;) ale stopień opanowania języka wystarczający do swobodnej komunikacji, żadnych kłopotów z obustronnym zrozumieniem, a chyba głównie o to chodzi? :)
      Przydział kabin - wszyscy dostajemy kabiny na trzecim (najlepszym ;) pokładzie. Ja jestem zachwycona - liczyłam się z możliwością zamieszkiwania w kazamatach na NileDeck :)
      Dołącza do nas para z dzieckiem, przybyła do Luksoru porannym konwojem - jest nas zatem czternaścioro dorosłych i dwuletni chłopczyk. O tej parze mogłabym napisać osobny wątek - jak należy zajmować się dzieckiem, aby nie bylo kłopotliwe dla
      pozostałych uczestników. I rodzice i dziecię prezentowali poziom grubo powyżej przecietnej. Byli absolutnie REWELACYJNI. Koniec, kropka.
      Dzieciak w dodatku był blondynkiem - ergo z automatu stał się ulubieńcem wszystkich Egipcjan na statku :)
      Po kolacji zostawiamy paszporty i vouchery na kabiny na recepcji, dostajemy klucze - i nareszcie jakieś łóżko na horyzoncie!
      Teraz wiem już co powinnam zrobić - polatać po statku, wyleźć na górne pokłady, popatrzeć, powdychać, obejrzeć nabrzeże, może polecieć w okolice świątyni (bardzo blisko). Ale wtedy, po osiemnastu godzinach intensywnych wrażeń z podróży, nie byłam w stanie zrobić nic poza obejrzeniem kabiny (zgodnie z obietnicą biura był telewizor, lodówka, malutki sejf, telefon pokładowy, w łazience umywalka, wc, bidet, kabina prysznicowa, suszarka do włosów).
      Duża szafa - i duuuużo (10) wieszaków ;)
      Szybkie rozpakowanie się, poutykanie rzeczy po szafie i licznych szufladach - i spać, spać, spać..., nastepnego dnia pobudkę zapowiedziano na 6:30 ;->
      (nie wyspałam się na tym rejsie ;)
      • imka.allegro Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 14.01.07, 00:18
        Dzień drugi:
        Pobudka (telefonem pokładowym 'Good morning, wake up time!', śniadanie - no i jazda zwiedzać ;)
        W programie Karnak, świątynia w Luksorze i Instytut Papirusów. I na wszystko zaledwie pięć godzin, masakra - za mało!!! Ale statek odpływa o 12:30 i nie ma zmiłuj...
        O 7:30 wsiadamy do autokaru - jedziemy do Karnaku. Piękne bezchmurne niebo, słońce i niesamowicie lodowaty wiatr. Zmarzłam straszliwie.
        Karnak mimo wczesnej pory już zapchany turystami, tłok. Pytam Ashrafa o której najlepiej tu przyjść żeby nie było tylu ludzi. Uśmiecha się w odpowiedzi i mowi, że tak jak teraz to jest bardzo mało turystów, za kilka godzin zwali się tu setka
        autokarów z porannego konwoju z Hurghady i wtedy dopiero będzie tłok...! Yyyy...! ;->

        Wrażenia z Karnaku i ze świątyni w Luksorze...?
        No cóż. Jak dla mnie jedne z tych rzeczy, których się nie da opisać ani obejrzeć na żadnym filmie - to po prostu trzeba zobaczyć samemu, na własne oczy.
        Instytut Papirusu - drogo. Ale co tam, jestesmy turyści na wakacjach ;) a przynajmniej nie kupimy papirusu z liści bananowca. Ceny od 20 do 5000 LE ;)
        Bez szaleństw - ale kupujemy cztery niewielkie papirusy. Za 20, 40, 80 i 100 LE. Zakup powyżej 100 LE - rabat 20%, czyli razem 176 LE. Elegancko pakują w tekturową tubę, nie będzie problemu z przewozem i strachu, że coś im się stanie w transporcie.
        Płacę funtami, ale można chyba zapłacić wszystkim, dolarami i euro na pewno, karty pewna nie jestem. Dostaję nawet paragon :) (podatek w Egipcie 10% ;)
        Po dwunastej jesteśmy z powrotem na statku, my na obiad, statek odbija, kurs na Esnę.
        Po obiedzie jest nareszcie troche czasu 'dla siebie' - wychodzę na poklad słoneczny. Spodnie, polar, słońce świeci cudownie, ale cały czas bardzo zimny wiatr. Trochę leżakowania, buźka na słońce, osoby wrażliwe koniecznie powinny nawet do
        okazjonalnego opalania zimą używać kremów z filtrami (ja nie używałam, opalałam się wszystkiego dwa razy plus słońce podczas zwiedzania, kilka razy maznęłam twarz balsamem po opalaniu - przeżyłam).
        Obijanie się do tea-time o 16:30 (kawa, herbata, symboliczna słodycz w postaci ciasta i cisteczek).
        Na oglądaniu widoków z górnego pokładu czas mija nie wiedzieć kiedy.
        W porze kolacji już jest zupełnie ciemno (słońce zachodzi ok. 17)
        Po kolacji nie mogę wysiedzieć w kabinie - mimo egipskich ;) ciemności wyłażę na górę. Dopływamy do śluzy w Esnie i stajemy na kotwicy. Obok nas co najmniej dziesięć innych statków również czekających na śluzowanie (dwa statki w górę, dwa statki w
        dół na godzinę). Nie jest to imponujące tempo - obok już budują drugą śluzę :)
        Fotka praktycznie czarna i nienajlepsza - widac tylko po ilości świateł ile statków tam czekało :) www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/be2947e8c3157286.html
        Śluzowanie odbywa się około 23, ale nie schodzę do kabiny zanim nie przeprawimy się przez śluzę, rozlewisko za śluzą i wąski przesmyk z mostem obrotowym. Czekam aż przycumujemy i idę spać :)
        • imka.allegro Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 14.01.07, 00:20
          Dzień trzeci:
          Dali pospać - chyba aż do siódmej :))
          Niemiecka wycieczka płynąca tym statkiem właśnie wyszła oglądać ruiny świątyni w Esnie (TUI nie miało tego w planach, a Ashraf na dodatek powiedział, że w zasadzie niezbyt ciekawie to wygląda). Tak czy siak praktycznie zaraz po śniadaniu i powrocie
          Niemców odbijamy od brzegu. Kurs do Edfu.
          Podziwiam widoki z górnego pokładu - i oczywiście robię zdjęcia jak oszalała, prawie nie patrząc co fotografuję i w ten sposób dopiero w domu zauwazyłam, że udało mi się sfotografować parowiec :) www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/5ca2fb8bba907f53.html

          O 10:30 zaproszenie do krótkiego zwiedzenia statku. Idę z aparatem :)
          Napierw kuchnia - bukiet kwiatów wyciętych z różnych kolorowych warzyw robi wrażenie :)) www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/87a03959804101c9.html
          Jak również reliefy wycięte chyba w jakiejś lokalnej odmianie dyni (lub innym warzywie ;) Tu w trakcie produkcji www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/2452a5288a40efc7.html
          a tutaj juz gotowy www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/d92fac722de940ef.html

          Szef tego całego pływającego interesu (przedstawiciel TRAVCO) mówi po angielsku i niemiecku, opowiada o organizacji pracy w kuchni, 22 osoby, w tym 7 stewardów. Wyłapuję pojedyncze słowa, tłumaczy nam systemi zachowania czystosci i że możemy być
          absolutnie spokojni o jakość posiłków, jedna tabletka (demonstracja słoja z tabletkami) na 15 litrów wody, owoce, warzywa, mięso na 2 godziny do takiej kąpieli i żadna paskudna bakteria po tym nie ma prawa nawet pisnąć.
          Tyle zrozumiałam - ale fakty w postaci braku 'zemsty' były widoczne. Na nasze 15 osób - nikt nie zachorował. Fakt - ja żywiłam się tylko na statku. Nie tyle ze strachu przed zemstą - ile ze względu na totalny brak czasu na polatanie i pokupowanie czegoś jadalnego na bazarach, a poza tym na statku było WSZYSTKO w ilościach wystarczających. Owoców ile chcieć i jakich chcieć. Nie odczuwałam po prostu potrzeby dodatkowych zakupów, bo i tak nie byłam w stanie zjeść wszystkiego co mi oferowano :)
          Potem krótka wizyta w maszynowni - huk niewiarygodny. Pracownicy maszynowni w niebieskich kombinezonach i ze słuchawkami na uszach. I gorąco potwornie. Strach pomysleć, co się tam dzieje jak na zewnątrz jest ponad 40 stopni. Tyle że podobno
          nie siedzą tam nonstop, zagląda jeden dyżurny raz na 20 minut.

          Na koniec wizyta w sterówce. Pośrodku, na fotelu na podwyższeniu - kapitan.
          www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/15c6fa2934543948.html
          Arab w tradycjnej galabiji, w tradycyjnym nakryciu głowy, przed nim przy kole sterowym sternik. Szef TRAVCO otworzył okno przed sternikiem mówiąc 'air condition' ;)
          W sterówce zawsze znajdują się dwie osoby, ponoć nie ma opcji żeby była tylko jedna. Tak na wszelki wypadek :)
          TRAVCO na Nilu ma około siedemdziesieciu statków, centrala w Kairze, znają miejsce pobytu każdego co do metra, oczywiscie radar, tłumaczenie dlaczego płyniemy czasem zygzakami - ot, taka pogadanka dla turystów. Ale bardzo miła i sympatyczna :)

          Po powrocie do kabiny wita nas słynne zwierzątko z ręczników :) Krótka dyskusja: paw to czy łabędź, wygrywa paw ze względu na tapirowany czubek z serwetki :) www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/3196901e27b83b68.html

          Około 13 cumujemy w Edfu jako 'trzecia warstwa' i zaraz po obiedzie schodzimy na brzeg. Na nabrzeżu pierwsze zetknięcie z agresywnym światem natarczywych handlarzy. Reklamowane 'miasto dorożek' traci bardzo przy pierwszym poznaniu (może później
          jest lepiej), ale my nie mamy szansy się o tym przekonać - czekamy kilka minut na autokar i jedziemy zwiedzać świątynię Horusa.
          Po zwiedzaniu przejście wzdłuż straganów pod świątynią, moj debiut w targowaniu (średnio udany, nie potrafię i nie lubię się targować), potem powrót do autokaru, przejazd do nabrzeża i szybki skok na statek, byle szybciej, byle uciec od tej
          hałaśliwej natarczywości. Jeden facet z naszej grupy wyskoczył jeszcze kupić szybko dwie galabije - zaśpiewano mu 1500 LE. Tak idiotycznych cen wywoławczych nie spotkałam już nigdzie później - owszem, podawano zdrowo zawyżone, ale nie tak
          absurdalne.

          Po kolacji - słynne Galabija Party. Ciut bez sensu - kupowanie w Edfu moim zdaniem jest bardzo nieprzyjmne, a wybór galabij w statkowym sklepiku taki sobie. Lepiej byłoby gdyby ta impreza odbywała się na końcu rejsu ;->
          Poszlam ubrana w dzinsy i bluzkę, jako egipski przydatek narzucając na siebie połyskliwy szal - i też było dobrze :)
          Dwóch stewardów przedstawiło uniwersalny językowo skecz - wszsycy płakali ze śmiechu. Krótkie scenki jak wita się dwóch Arabów z Górnego Egiptu, dwóch Izraelczykow, dwóch Włochów, Niemcow, Anglików, Holendrów, Francuzów - samorodne talenty aktorksie :))
          Jeden konkurs z podstekstem, jeden bez, losowanie wygranych w loterii (bilety sprzedawano przed południem po 20 LE) - w sumie całkiem nietoksyczna godzina zabawy, jak zaczęło się disco zmyliśmy sie do kabiny ;)
          Jeszcze tylko cumowanie w Kom Ombo o 23, tuż pod oświetloną świątynią - i spać.
          • imka.allegro Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 14.01.07, 00:20
            Dzień czwarty:
            Rano wymiotło mnie na pokład przed siódmą jeszcze - świątynia w promieniach wschodzącego słońca. Na pokładzie słonecznym tylko my z aparatami i sprzątająca obsługa :)
            Zaraz po śniadaniu odbiliśmy od nabrzeża - świątynię zwiedzimy w drodze powrotnej, teraz kierunek - Asuan! :)
            Do południa na pokładzie - widoki brzegów zmieniające się jak w kalejdoskopie. Nawet nie wiem jak minęło te kilka godzin, o 11:45 przepłynęliśmy pod pięknym mostem
            www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/040e3dc9f58e18fe.html
            Niestety, nie wiem w jakiej miejscowości był.
            Po godzinie minęliśmy przycumowanego Crocodilo www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/b8dd91ac197fa1dc.html
            (pomachałam mu pozdrowienia od platynki ;) i już bylismy w Asuanie.

            Po obiedzie w autokar - no i się zaczęło...!
            Niedokończony Obelisk, stara tama w Asuanie, Wielka Tama Asuańska, motorówką na Agilkiję i oglądanie światyni Izydy przeniesienionej z File (no, całego kompleksu wszystkich świątyń i świątynek, których tam jest co najmniej kilka).
            Powrót na ląd, wizyta w perfumerii. Szybki pokaz robienia flakonów (bardzo ciekawy), prezentacja zapachów (ciekawa) i prezentacja cen (zupełnie nieciekawa ;-> )
            Nikt z nas się nie dał skusić ;) Ale same flakony były przepiękne :) No i być w Egipcie i nie trafić do perfumerii...? ;)

            Od razu po perfumerii pierwsza wycieczka fakultatywna - katedra, meczet i suk w Asuanie. W ogóle ten fakultet nie był wymieniony jako możliwy w oficjalnym programie biura, dowiedzieliśmy się od nim od Asharafa już na statku. Cena 1o euro. Można było zapłacić mu kartą.

            Suk w Asuanie - to znowu temat na osobny wątek. Trafilismy tam już po zapadnięciu zmroku. Feeria barw, zapachów i przyjaznych okrzyków handlarzy - jakże odmiennych od agresji tych z Edfu...! Oczywiście przewodnik podoprowadzał nas do 'zaprzyjaźnionych' straganów: szale i galabije, oraz przyprawy.
            Zysk taki, że ceną do targów nie było 150 LE za szal tylko 40 ;)
            Zresztą sprzedawca już miał do czynienia z Polakami. Oczywiście Dobry wieczór' na przywitanie', oczywiście że u niego jest 'dobra cena', ale jak rzucił po polsku 'za darmo' to ryknelismy chóralnym smiechem :)

            Ale i tak dałam się wciągnąć w targowanie: zaproponowałam 70 LE za dwa szale - zgodził się. Ostrzeżona wcześniej poprzez lekturę na forum wiedziałam, że niechętnie wydają reszty, a miałam przy sobie tylko dwie pięcdziesiątki (za duże nominały, szukajcie drobniejszych!)
            Spakował mi te dwa szale do reklamówki, a ja zaczełam targować trzeci, inny od poprzednich - cena już 'normalna' dla turysty czyli 150 LE.
            Ja że dam 30. Oburzenie, krecenie głową, zachwalanie jakości szala (podobno kaszmir, akurat...! ;) i obniżka do 130.
            Ja twardo 30. Gadanie, gadanie, obniżka do 120.
            Turlaliśmy się tak gdzieś do 90. Zmęczyło mnie to, stanowczym gestem odwiesiłam szal, powiedziałam że zatem tylko te dwa wcześniej wybrane za umówione 70 i wyciągnęłam moje 100 LE.
            To był ułamek sekundy - odłożony przeze mnie przed chwilą szal sam wskoczył mi do reklamówki! :)))
            Sprzedawca wyrwał mi z ręki te 100 LE (żebym się przypadkiem nie rozmyśliła) i pożegnał miłym uśmiechem.
            Oboje chyba byliśmy zadowoleni - ja że nie dałam się oskubać (za bardzo ;) a on że mnie jednak oskubał ;))
            Ale jakby teraz ktoś mnie zapytał w jakim języku te wszystkie targi się odbyły.. nie mam pojęcia :)))

            Jedna kobitka zaszalała w przyprawach - mrugałam jak zobaczyłam na podsumowaniu 960 LE! Ale wybór był olbrzymi - zachęta do kupowania również ;)
            www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/98a49e0134cdeb2e.html
            Po przejściu bazarowej uliczki do końca dotarlismy do dworca kolejowego w Asuanie i skręcliśmy w ulicę - nazwaną przeze mnie na własny użytek - ulicą Dworcową ;) wiodącą do nabrzeża. A potem powrót bulwarem na statek.
            Po kolacji zapowiedziano wieczór nubijski - zrezygnowalam, padłam spać przed dziewiątą ;->
            • imka.allegro Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 14.01.07, 00:22
              Dzień piąty:
              Pobudka o nieludzkiej godzinie - 3:15. Taka pora pobudki w Asuanie może świadczyć tylko o jednym - wyjazd do Abu Simbel :)
              Opisywane ileś razy na forum - nie bedę zatem sie powtarzać, tylko jedno słowo: WARTO.
              Cena biura kosmiczna - 85 euro. Na 14 osób dorosłych zdecydowały się wszystkie.
              Ashraf zaproponował nam jednoczesnie wersję samolotową (równo dwa razy droższa), ale jak wyliczył potem te dojazdy na lotnisko, kotłowaninę na lotniksu, sam lot, lotnisko w Abu Simbel, przejazd z lotniska - to czasowo wyszło bardzo zbliżone, a czy bylibyśmy na pewno mniej zmęczni? Nie wiem. W każdym razie staneło na autokarze. Znowy cały był tylko dla nas :)

              Suchy prowant dostalismy na recepcji. I fajnie było popatrzeć na grupkę taszczącą kocyki i poduszki ;) O czwartej zapakowaliśmy się w autokar, dojazd na miejsce formowania konwoju, wyjazd konwoju o 4:30.

              Sporo osób spało - ja z nosem przyklejonym do szyby czekałam na wschód słońca.
              Pierwsza nikła smuga przedświtu pojawiła sie na horyzoncie około 5:30, a samo słońce wyjrzało dopiero dobrą godzinę później :)

              Na miejscu bylismy o 7:15. Pierwsza fotka - jezioro Nasera, jeszcze z parkingu. Potem przemknięcie wzdłuż alejki staganów, slalom miedzy handlarzami (nadal znacznie sympatyczniej sie zachowującymi niż ci w Edfu) i wchodzimy na ogrodzony teren światyń.
              I znowu to co w Karnaku - to trzeba zobaczyć na własne oczy. Przeżyć samemu i po swojemu.
              Zakaz robienia zdjęć wewnątrz światyń (kolory!)
              Podejrzewam, że normalne fotki by nikomu nie zaszkodziły, ale nie wytłumaczysz wszystkim turystom żeby cykali bez lampy. Zawsze się ktoś wyrwie. Więc jest teraz zakaz ogólny. Grh.

              Ashraf pokazuje mi kantor wymiany (między straganem z paciorkami a straganem z szalami, ja bym sama nie wypatrzyła ;) Wymieniam kolejne 40$, kurs 5,70.

              10:30 wyjazd, na statku jesteśmy przed drugą, obiad i nastepny fakultet, o którym cicho bylo w programie biura.
              Wioska Nubijska plus przejażdżka na wielbładach. Ale najpierw feluka i Wyspa Kitchenera.
              Pojawiały się głosy na forum, że nie warto, tak że jechałam mocno uprzedzona.
              Na miejscu było jednak lepiej niz oczekiwałam - ot, duży ogród botaniczny. I koty :)
              Jedna przytomna kobitka zebrała resztki suchego prowiantu - wystarczyło że zaszeleściła torbą, a natychmiast pojawiło się około dziesięciu kotów.
              www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/a3cc5f30eb9a0485.html
              Oczywiście handlarze, oczywiscie nagabywania, 'Cat one pound!' rzucił któryś :)
              Półgodzinna przechadzka po ogrodzie, przedarcie się przez handlarzy przy przystani na drugim końcu wyspy, wynajęcie motorówki - płyniemy do wioski nubijskiej.
              Przejażdzka na wielbłądzie - fajna jako taka.
              Prowadzacy mojego wielbłąda kilkunastoletni Nubijczyk - w porządku. Ale do czasu.
              Nachalne domaganie się bakszyszu i wydziwiania jeśli bakszysz zbyt mały.
              Ashraf był wsciekły, zdaje sie była jakaś awantura, przewodnicy byli opłaceni z góry.
              Ponadto do jednej babki z grupy jeden bezczelnie się przystawiał, dopiero wzmianka
              'My husband will kill you!' ostudziła chyba jego zapędy. Dziewczyna była autentycznie
              wściekła, nie dziwię sie jej.
              W sumie naprawdę ci prowadzący wielbłądy sprawiali wrażenie jakby im się głowach
              poprzewracało, co spowodowało że jednak nie poleciłabym komuś tej przejażdzki. Ja akurat uniknęłam nieprzyjemności, ale kilka innych osób nie. Zgrzyt.

              Wizyta w nubijskiej szkole gdzie dzieci i dorośli uczą się języka arabskiego - pisany język nubijski nie istnieje już od tysiąca lat...
              I czarująca wizyta w zwykłym nubijskim domu. Och, na pewno trochę 'wyszykowanym pod turystów' - niemniej ta rodzina w tym domu normalnie mieszka.
              Przy wejściu - kilkuletnia dziewczynka z 'domowym zwierzątkim' na reku - KROKODYLEM! Żywym! :)
              Jak Ashraf nam wyjaśnił pan domu pracuje przy tamie i często odławiają tam malutkie krokodyle zanim dostaną się w turbiny.
              W korytarzyku stało terrarium z czterema czy pięcioma takimi trzydziesto-, czterdziestocentymetrowymi gadami :)
              Poczęstowano nas nubijskim chlebem, serem, miodem i chałwą. Wstyd sie przyznać - ale to chyba ja wyjadłam większą część chałwy z podanych dwóch miseczek :)
              Do picia kawa lub herbata z miętą - poczęstowałam się herbatą, rewelacyjna :)

              Za 20 LE można bylo u jednej z Nubijek zamowić wykonanie tatuażu henną. Jedna babka poprosiła o bransoletkę na nogę - wykonanie trwalo może trzy, może cztery minuty :)
              W kiepskim oświetleniu, siedziały obie obok siebie na prostej ławie - wzór przepiękny, wykonany bardzo precyzyjnie - ma się podobno utrzymać trzy tygodnie.

              Dwie malutkie, kolorowo ubrane dziewczynki nubijskie - prześliczne. Ich matka i ciotka(?) zresztą rownież bardzo przystojne. Oczywiście ubrane elegancko, czyli całkowicie w czerń. Z chustami na głowach - ale regularność ich rysów po prostu zachwycała.

              Zapadł już zmrok jak wychodzilismy z ich domu. Do motorówki - i powrót na statek.
              Po kolacji zdecydowalam, że sami wyjdziemy do Asuanu - jeszcze raz na ten suk.
              Nie wiem jak jest w Asuanie naprawdę - ale pierwsze wrażenie z poprzedniego wieczoru było bardzo pozytywne - tetniące życiem, kolorowe, przyjazne miasto :)
              Przeszliśmy bulwarem, skręciliśmy w ulicę Dworcową ;) i doszliśmy do ulicy z bazarem.
              Klimat niesamowity, ciepło, gwarno, orgia świateł, zapachów i kolorów - oczywiście zaproszenia do każdego straganu - ale to były naprawdę zaproszenia, bez szczególnej nachalności; w zupełności wystarczało wypowiedziane z uśmiechem 'la, szukran' lub 'no, thanks'.
              Byłam zachwycona tym, że możemy zupełnie spokojnie przespacerować się wieczorem po arabskim bazarze :)
              Oczywiście dałam się wciągnać w targowanie (ale to już na własne życzenie, popatrzyłam po prostu na towar dwie sekundy - zmiast dopuszczalnej jednej wyrażającej brak zaintersowania ;) Ale akurat to były ręczniki - a chciałam bawełniany duży ręcznik. Wzory, kolory - krzykliwe, dla turystów, ok, nie przeszkadzają mi. Ręczniki faktycznie mięciutkie, wręcz aksamitne, zobaczę jak się sprawdzą w użytkowaniu :)
              Sprzedawca po upewnieniu się, że jestemy 'from Bolanda' powitał nas eleganckim 'Dobry wieczór' oraz hasłem 'dobra cena', sprzedał dowcip 'mucha rucha karalucha' i wyjaśnił że bardzo lubi Polaków, bo to taki dowcipny naród ;) Spytał się, czy może jesteśmy 'from Warsaw', po potwierdzeniu poinformował nas, że w Warszawie teraz jest zimno... śmiałam się cały czas :)
              Oczywiscie cena wywoławcza standardowe 150 LE. Ale tylko po to by formalności stało się zadość, kupiłam dwa za 70, czyli po 35 LE - i była to cena którą ja proponowałam od początku. Pojęcia nie mam czy dużo przepłaciłam - ale podobają mi się :))

              Spacerkiem wrócilismy na statek - inną uliczką, już mniej barwną a bardziej zwykła, mieszkalna, rónwoległa do bazarowej. Jestem zazwyczaj bardzo wyczulona na wszelkie oznaki nieprzychylności - ale tutaj albo nie potrafiłam odebrać takich sygnałów po arabsku, albo ich po prostu nie było :) Ot, turysty przyjechały i spacerują :) Jedna z najsympatyczniej spędzonych godzin :) (i najmniej męcząca ;)
              Powrót na statek spacerem, pięknym bulwarem. W trakcie całej wycieczki najbardziej było mi żal opuszczać właśnie Asuan.
              • imka.allegro Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 14.01.07, 00:23
                Dzień szósty:
                Z Asuanu wypłynęliśmy około trzeciej w nocy, rano byliśmy w Kom Ombo. Śniadanie - i do świątyni, autokar nie był tym razem potrzebny, świątynia leży po drugiej stronie bulwaru. Zwiedzanie zaledwie godzinne - i już trzeba wracać na statek,
                punktualnie o 9:15 odpłyneliśmy...
                W pokoju wita nas nowe zwierzątko. Dyskusja - krokodyl to czy skorpion? ;)
                www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/0ed18fc759ba7fe7.html
                Cały dzień na pokładzie. Płyniemy na północ i baaardzo nie lubimy wszystkich statków, które nas mijają płynąc w kierunku Asuanu ;->
                Bardzo zimno. Po obiedzie słońce na tyle piękne że zawinięta w koc udaję mumię na leżaku ;)
                Po szesnastej zakładam bluzkę, dwa polary i kurtkę wiatrówkę, kaptur na głowę. Na pokładzie słonecznym parasole położone na ziemi, wieje bardzo silny wiatr. A my z prądem i pod ten wiatr.
                Mijamy Edfu - jakoś bez specjalnego żalu.
                Oparta o poręcz czatuję z aparatem na zachód słonca - jest! Godzina 17:09.
                Dwie minuty poźniej słońce znika za linią horyzontu. 20 absolutnie kiczowatych kolorystycznie fotek ;)
                W porze kolacji śluzowanie w Esnie. Ale już nie wychodzę na pokład - ciemno i zzzzimno! Płyniemy całą noc - po północy cumujemy w Luksorze.
                • imka.allegro Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 14.01.07, 00:24
                  Dzień siódmy:
                  Pobudka o 5:45 (i ja sobie taki urlop wybrałam?! ;)
                  Przypomniałam sobie gdzie jestem i co się tutaj dzieje o tej porze. Ubrałam się byle jak, porwałam aparat i wypadłam na pokład. Balony nad Tebami Zachodnimi właśnie startowały :) Wszystkie w kolorze szaroniebieskawym - właściwych barw nabrały dopiero po wschodzie słońca. www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/fb54fae4b1a4a099.html

                  Przed siódmą wyszliśmy na bulwar i wsiedliśmy do autokaru. Przed nami wizyta w Mieście Zmarłych.
                  Jedziemy przez Luksor na południe do mostu (8 km), mostem na Nilu i 8 km z powrotem na północ, mniej wiecej na wysokość naszego statku.
                  Pierwszy postój - Kolosy Memnona (a w zasadzie Amenhotepa III) Ze wspaniałej zapewne świątyni pozostały tylko one...
                  Obok lądowały właśnie balony - no cóż, tym razem sie nie udało, nastęnym razem nie popuszczę i polecę :)
                  (Wg godzin na fotografiach start balonów w styczniu około 6:30, lądowanie 7:30)
                  www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/b40b211dc22bd4d8.html
                  Po obowiązkowym 'turystycznym kwadransie' na fotki ponownie wsiadamy do autokaru i jedziemy dalej - kilkuminutowy postój dla przewodnika na 'rozstajach'. Korzystam z okazji, fotografuję tablicę z drogowskazami. Do Doliny Krolów ponad 6 km.
                  www.fotosik.pl/pokaz_obrazek/f6dc30e6c7235eaf.html
                  Dojeżdżamy do Doliny. Ciepło - nie dociera tu zimny, porywisty wiatr. Ostatni kawałek drogi przebywamy taf-tafem :) Jest ósma.
                  Ashraf przypomina nam o zakazie fotografowania, wymienia grobowce które jego zdaniem warto odwiedzić. Tutenchamona ani doradza, ani odradza, zaznacza tylko że płatny osobno. Zresztą przed wejściem do Tutenchamona kłębi sie zniechecający tłum ;->
                  Do grobowca Ramzesa IV wchodzimy razem - nie, nie miałam do tej pory wyobrażenia jak może wyglądać grobowiec w Dolinie Królów.
                  Akurat ten jest jasny, przestronny, idę bardzo szerokim i bardzo wysokim korytarzem, przepieknie zdobionym, kolory zachowały się wprost niewiarygodnie. Grobowiec jest raczej płaski i niezbyt głęboki.
                  Po wyjściu rozdzielamy się - niech inni sobie chodzą parami, my pójdziemy osobno: ja do upatrzonego wcześniej grobowca Tausert i Setnachta oraz (ponieważ grobowiec Horemheba, tego z Egipcjanina Sinuhe ;) okazuje sie zamknięty) do Merenptaha
                  polecanego przez Asharafa, mój TZ do Ramzesa III i Totmesa III. Seti I zamknięty.

                  Wybór Tausert i Setnachta okazał się strzałem w dziesiątkę :) Grobowiec przepiękny, zachowane reliefy zdobiące kolumny i ich kolory - oszałamiające.
                  Zresztą polecam strone www.kv5.com/atlas/index_kv.asp?tombID=undefined
                  I w całym grobowcu było raptem pięć(!) osób - dwoch strażników, dwóch młodych dżentelmenów anglojęzycznych i ja :)

                  Dolinę Królów opuszczamy już około 9:45. Niby ponad półtorej godziny ale i tak za mało czasu! Taf-tafem do auktokaru i jedziemy do Świątyni Hatszepsut.
                  Zwiedzanie świątyni - znowu podjeżdżamy taf-tafem (zabawne, przecież to do przejścia w dwie minuty :)
                  Ashraf opowiada historię Hatszepsut, potem puszcza nas luzem - i znowu za mało czasu na zwiedzenie wszystkich zakamarków :(
                  Ale przed nami jeszcze Dolina Królowych.
                  Zasada ta sama - w cenie biletu trzy grobowce. Słynny grobowiec Nefertari okazuje się zamknięty, Ashraf niedwuznacznie daje do zrozumienia, że otwierany jest tylko na polecenie egipskich szych.

                  Na zakończenie wizyta w 'wytwórni alabastru'. Podnoszę z ziemi kilka odłamków alabastrowych, ot, kamyczki na pamiątkę :)
                  Znowu wszystko szybko, nawet potargować się nie ma czasu. Obok nas bardzo liczna i bardzo hałaśliwa wycieczka Rosjan...
                  Ashraf przykazał nam, żeby - jak coś sobie upatrzymy - przyjść do niego i zapytać, czy towar nie jest trefny. Przed wejściem pokazał nam jak ładnie można rozbić podróbki rzekomo bazaltowych figurek...
                  Chciałam bazaltową Bastet, ale ze strachu żeby bazalt nie okazał sie jakimś odlewem decyduję się na niewielką Bastet z granitu. Porównałam detale kilku takich samych figurek - inne były, zatem spora szansa że to nie żadne odlewy z czegoś imitującego granit ;)
                  I już do autokaru, i już znowu przejazd koło kolosów Memnona, i już most na Nilu i powrót na statek...

                  Po obiedzie kolejny, niewymieniony w programie biura, fakultet - przejażdżka dorożkami po Luksorze. Ashraf zamowił dorożki już wcześniej, czekają na nas przy przecznicy bulwaru.
                  Najpierw wizyta - tym razem z jubilera :) Oczywiście jako doprowadzeni przez Ashrafa mamy 20% rabatu - ale jak dla mnie i tak jest drogo. Ale są rownież bardzo ładne wyroby ze srebra, panie z grupy kupują sobie kilka mniej lub bardziej kosztownych drobiazgów - niezależnie od umówionego rabatu mozna się targować ;)
                  Potem znowu do dorożek - przejeżdżamy przez mniej lub bardziej eleganckie dzielnice, czy tez wręcz zaułki biedoty, praeciskamy sie przez wąskie suki - te normalne suki, już nie dla turystów, ale takie zwykłe, codzienne, arabskie - z owocami,
                  przyprawami, ubraniami, mięsem wiszącym w postaci połcia na haku wprost na ulicy... niepodziewanie podjeżdżamy aż pod Karnak aleją ze sfinksami od strony Świątyni Chonsu, skręcamy w lewo, jedziemy wzdłuż murów Karnaku aż wydostajemy się z powrotem na bulwar - i jazda przedwieczornym bulwarem w Luksorze :)
                  Na wysokości Muzeum Luksorskiego nasz konwój dorożek zatrzymuje się - widzę biegnącego do nas Asharafa. Nie zapomniał! :))
                  Mówiliśmy mu wcześniej, że bardzo, ale to bardzo chcemy zobaczyc Muzeum w Luksorze no i zatrzymał dorożki żeby nas wysadzić :)
                  Bakszysz dorożkarzowi, skok na ulicę, zerkając na prawo i lewo przebiegam jezdnię i wpadam na chodznik. Uf, znowu się udało ;) Przechodzenie ulicy w arabskich miastach to naprawdę umiejętność której trzeba się nauczyć ;)

                  Przed kasą niewielka kolejka, bilety drogie - 70 LE. A my przy sobie mamy garść dolarów i zero funtów. Zagadnięty strażnik natychmiast uprzejmie wyjaśnia, że za bilety można płacić tylko funtami, natomiast około stu metrów dalej jest bank gdzie można wymienić kasę.Szybkim marszem idziemy do banku (zeskakując i wdrapując się na czterdziestocentymetrowe krawężniki jakiejś przecznicy ;)
                  Bank of Aleksandria - wchodzimy. Wnetrze ciemne, ponurawe - najbardziej szemrany kantor wygląda u nas chyba lepiej ;) Ale wymiana sprawna, kurs oficjalny 5,70 LE za dolara.
                  Uzbrojeni już w pięć garści funtów pomykamy z powrotem do Muzeum. Osoby, które były w Muzeum w Kairze z pewnością by kręciły nosem (tak jak kręcił nosem Ashraf mówiąc, że nic ciekawego tu nie ma). Ale my nie byliśmy w Muzeum w Kairze - a głodnemu psu i mucha dobra.
                  Zresztą... jak dla mnie warto było tam pójść choćby dla trzech wspaniałych rzeźb Amenhotepa IV czyli Echnatona, faraona-heretyka. Takiej twarzy się nie zapomina :)

                  Chodzimy po Muzeum prawie półtorej godziny. Jest w sumie niewielkie, ale ekspozycja zrobiona bardzo pomysłowo i starannie. Podoba nam się :)
                  Wychodzimy jak już jest ciemno, chłodno, bulwarem wracamy na statek mijając oświetloną Światynię Luksorską.
                  Na nabrzeżu wpadamy na 'naszych' - siedzą przy stoliku z Ashrafem, zapraszają, dosiadamy się. Gadugadu, mija czas do kolacji.
                  Po kolacji trzeba się pakować (już!)
                  Stwierdzam, że nie pomieścimy się do dwoch niewielkich walizek, z którymi przyjechaliśmy. Trzy szale, dwa ręczniki, niby nic - a ciasno.
                  Szybka decyzja i około dziewiątej wyskakujemy już tylko na samo nabrzeże :)
                  Rząd sklepików - oczywiście z cenami dla turystów. Ale za to spokojnie - na kilku sklepach napis informujący, że tym miejscu można oglądać nie bedać nagabywanym przez sprzedawców.
                  Testujemu na niewielkiej księgarni. Sprawdza się :) Łazimy dobry kwadrans, wybieramy książkę, plan Luksoru (na przyszłość ;) jakieś gadżety - płacić można dolarami, kurs urzędowy, 5,70. I nawet dostajemy niewielki ale sympatyc
                  • imka.allegro Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 14.01.07, 00:26
                    I nawet dostajemy niewielki ale sympatyczny gratisik ;)
                    Potem kilkanaście metrów dalej sklepik, przed kórym stały walizki. Walizki zniknęły, obsługa właśnie się zwija - wpadamy do środka, łapię za upatrzoną wcześniej walizkę - jadowicie czerwona, z masą srebrnych suwaków. Jest tak paskudna, że będzie znakomicie widoczna wszędzie z daleka ;)
                    150LE płacimy bez żadnych targów, dziękujemy i wychodzimy.
                    Wolno oglądamy pozostałe sklepiki, zatrzumujemy się przed ostatnią kafejką, siadamy. Piwo, kawa, szisza. Ostanie minuty wolności w Egipcie ;-/

                    Dzien ósmy:
                    Pobudka o 5:45. Kwadrans po szóstej spakowane bagaże wystawiamy na korytarz, a sami schodzimy na śniadanie. Z Ashrafem pozegnalismy sie już poprzedniego dnia wieczorem, teraz opiekę nad nami przejmuje oddelegowany pracownik TRAVCO. Ma dopilnowac żebyśmy się nie pogubili przy wsiadaniu do autokaru na bulwarze - do przejscia jakieś piećdziesiąt metrów ;)
                    Odjazd na miejsce zbiórki konwoju, kilkuminutowy postój i konwój rusza w drogę... chlip.

                    Postój w tym samym miejscu co poprzednio, lecę do toalety. Płacę funta przed wejściem, wchodzę. Całkiem znośnie w kabinie, tylko wody w kranach nie ma, ale w kieszeni mam paczkę mokrych chusteczek. Myję ręce Niveą ;)
                    Mijamy w drodze poranny konwój z Hurghady do Luksoru. Policzyłam - 73 autokary i busiki szczęśliwców ;)

                    Zawijamy do Makadi Bay - zostawiamy dwie osoby z naszej grupy na tygodniowy pobyt w hotelu, reszta wraca do Polski.
                    Na lotnisku wita nas rezydentka biura. Zdawkowe pytanie czy wszysko ok i czy jesteśmy zadowleni - no pewnie :)
                    Przebijamy się przez potworny tłum na lotnisku. W kolejce do pierwszej kontroli stoimy chyba z godzinę. Ale potem już szybko, nadanie bagażu, karty pokładowa (zapomniałam się przymilić o jakieś okno, dostajemy miejsca przy przejściu, ale pocieszam się że od połowy lotu i tak bedzie już ciemno). Odprawa paszportowa, odprawa celna i jesteśmy już przed gate'm. jeszcze sporo czasu, ale nawet nie wiem jak upłyneła nam ta godzina. Boarding, pakujemy się do autokaru, krótka jazda, samolot. Tym razem wypełniony chyba do ostatniego miejsca.
                    Po starcie wita nas kapitan, informuje że lecimy ponad Turcją i Instanbułem - czyli nieco inna trasą. Nie szkodzi. Zmęczomna przysypiam co chwilę, zreszta chyba wszyscy nasi też drzemią.
                    Nad Warszawą dość silny wiatr, trochę rzuca samolotem, lądowanie perfekcyjne - ciężko było wyczuć czy rzucił nami akurat wiatr, czy właśnie wylądowaliśmy. Oklaski dla pilota :)
                    Przewieźli nas na drugi terminal, odprawa paszportowa błyskawiczna i zonk! - na bagaże czekaliśmy około pół godziny ;->
                    Ale w koncu i one się doczłapały. Walizka w rekę - i koniec tygodniowej bajki. Chlip po raz drugi.


                    Chciałam opisać wycieczkę zwięźle - niestety, jak widać nie dało się ;->
                    W sumie bardzo mało napisałam o Ashrafie - a przecież był wspaniałym, sympatycznym i życzliwym przewodnikiem, zawsze można było do niego przylecieć z pytaniem czy problemem. Naprawdę czuliśmy (przynajmniej ja), że on się nami opiekuje.
                    Nigdy nie zapomnę mu tego, że pamiętał o nas, że chcemy iść do Muzeum Luksorskiego :)
                    • imka.allegro Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 14.01.07, 00:28
                      A teraz garść liczb i spostrzeżeń:
                      Koszt wycieczki płatny w biurze: 3230,53 zł/osoba
                      Fakultet do Abu Simbel płatny na miejscu - 85 euro/osoba + 1 euro na napiwek
                      'Kiksy' biura:
                      - 17 euro płatne na miejscu - na napiwki. Przejrzałam wszystkie materiały - nigdzie wczesniej nie było to wspomniane.
                      - fakultatywne wycieczki do wioski nubijskiej, po Asuanie i Luksorze - nigdzie nie napisano, że mogą być zorganizowane. Na plus - możliwość zapłaty kartą.
                      Ceny:
                      - wioska Nubijska z wielbłądami - 24 euro/osoba
                      - wersja bez wielbłądów - 12(?) euro/osoba
                      - wycieczka po Asuanie - 10 euro
                      - wycieczka dorożkami po Luksorze - 11 euro/osoba plus napiwek w funtach dla dorożkarza.

                      Statek pięciogwiazdkowy (sprawdziłam teraz na stronie TUI, musieli dosłonie kilka dni temu zmienić statek na tym rejsie na czterogwiazdkowy).
                      Co prawda na Reginie w kabinie była lekko brudnawa ściana, trzymanie jednej zasłony wylatywało ze ściany, a w suficie wypadała żarówka z oprawą, ale to wyliczam jedynie gwoli skrupulatności. Najważniejsze czyli czystość użytkowa, schludność pomieszczeń ogólnych, obsługa, klimat, no wszystko po prostu - jak dla mnie w wersji de lux. Ręczniki - wymiana na życzenie (zostawić na podłodze, to sygnał do wymiany). Sprzątanie pokoju (kosze!) dwa razy dziennie. Nie chcesz żeby ktoś wchodził do pokoju - wywieszka 'Do not disturb' na klamkę i po sprawie.
                      W łazience kubeczek do mycia zębów, mydło i szampon w jednym, mydełko do rąk, czepek na włosy pod prysznic. Obiecana suszarka do włosów, świetnie działająca.
                      W szufladzie łyżka do butów, gąbka do butów, igla, nitka, jakieś guziczki i agrafka w zgrabnym małym pakieciku (agrafka się bardzo przydała! ;)
                      Cennik pralni - nie skorzystaliśmy, ale pamiętam skarpetki - 3 LE za upranie pary ;)
                      Szumnie zapowiadane 'sklepy' to dwie niewielkie ciupki, jedna ze złotem, srebrem i gadżetami, druga branży tekstylno-pocztówkowej.
                      Złoty wisiorek - kartusz (najmniejszy, najcienszy i najlżejszy) z imieniem wypisanym hieroglifami - 75$
                      Tshirt z wyhaftowanym kartuszem jak wyżej - 13$
                      W szafie malutki sejf - paszporty, pieniądze, ewentualna biżuteria. Ale nie słyszałam żeby cokolwiek komukolwiek zginęło - przeciwnie, TZ zgubił kawalek beznadziejengo klipsa do przepinania okularów na pasku. Znaleźli ten kawałek - pojawił się na kontuarze recepcji opatrzony wielką tabliczką LOST & FOUND :)) Kawałek klipsa został uroczyście sfotografowany - i natychmiast wyrzucony do śmieci ;)

                      Napoje do posiłków płatne osobno (oprocz kawy na śniadanie). Na dwie osoby wyniosły nas równo 100$ (no, wchodzi to również podanie kawy na leżaczek na pokładzie słonecznym, wieczorne drinki w barze, etc.)

                      Wyjazd ośmiodniowy, praktycznie dwa dni to dojazdy, siedem noclegow na statku, sześć dni intesywnego zwiedzania albo płynięcia po Nilu (z przewagą zwiedzania).

                      Organizacja całości bez najmniejszego zarzutu. Cackano się z nami jak z jajkiem i to mocno śmierdzącym ;) Klimatyzowane autokary (do Abu Simbel z zapasowym kierowcą i z toaletą) podstawiane tylko dla nas, zawsze bardzo punktualnie.
                      Słowem - wycieczka idealna dla strachajłów, zdezorientowanych początkujących, ludzi obawiajacych się 'jak sobie dadzą radę gdzie indziej'. TUI nie dało szans żeby sobie nie dać rady ;) Wyjazd znakomity dla osób które sie boją wszystkiego ;)
                      Czas zorganizowany maksymalnie - czego było brak, to czasu dla siebie, żeby samemu gdzieś pójść. Bo to oznaczałoby rezygncję z jakiegoś ciekawego wspólnego zwiedzania. A ze statku na srodku Nilu jakoś nie wypadało wysiadać w biegu ;)
                      Dla osób znajacych języki, samodzielnych, przedsiębiorczych, obrotnych, znających już nieco egipski klimat wyjazd mógłby się okazać zbyt ograniczający ich wolność, zbyt ramowy i zbyt 'ciasny' - nie było czasu na nic poza 'realizacją programu' :)

                      Pogoda i ciuchy:
                      Zawsze słonecznie, ale momentami, zwłaszcza przed wschodem i po zachodzie słońca - bardzo zimno. Chwilami miałam na sobie bluzkę, dwa polary i kurtkę wiatrówkę. I wcale nie czułam się przegrzana.
                      Zabrałam na wyjazd tylko klapki (do chodzenia po statku) i najzwyklejsze, niezbyt nawet solidne adidasy. Spokojnie wystarczyło mi takie obuwie.
                      Przy silniejszych wiatrach zakładałam rajstopy pod spodnie.
                      Abu Simbel zwiedzałam ubrana w wełniany cienki golf i średnio gruby polar z kapturem - były chwile kiedy zakładałam kaptur. Oczywiście nie w świątyniach, tam było ciepło i przytulnie.
                      Najcieplej - w Dolinie Królów. Najzimniej - w nocy na statku i rano w Karnaku - bluzeczka z któtkim rękawem i cienki polarek okazaly się niewystarczające jak dla mnie, bardzo zmarzłam. Polecam metodę 'na cebulkę' i regulowanie temperatury zdejmowaniem z siebie kolejnych warstw ;)
                      • imka.allegro Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 14.01.07, 00:28
                        Na zakończenie coś o 'marudzących turystach'.
                        Siedząc po przylocie w autokarze usłyszałam tekst, ktory stał się dla mnie leit-motivem całej mojej wycieczki.
                        Mianowicie bardzo długo czekalismy na jakąś babkę - zginął jej bagaż, czy ona zginęła bagażom - nie wiem, dotarła do autobusu mocno spóźniona.
                        Wyjęła komórkę i nagrała się komuś na pocztę (nie podsłuchiwałam, słowo! Wystarczyło że mówiła głośno i dobitnie).
                        Tekst mnie powalił. Powiedziała ni mniej ni więcej tylko: 'Już jestem w autokarze i jadę do hotelu. Nie ukrywam, że OCZYWIŚCIE JUŻ JESTEM NIEZADOWOLONA."
                        Tekst zapisałam sobie od razu zeby nie zapomnieć :) I uważam że był największym kuriozum, na jakie wpadłam w Egipcie :)

                        Pozdrawiam wszystkich 'co dotrwali' :)
                        I czekam na pytania ;)

                        Imka
    • aeki Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 14.01.07, 08:56
      Super relacja. jakby mógl ktoś opisać podobnie program tutanhemon to byłbym
      wdzięczny.
    • kubanika Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 14.01.07, 12:04
      Jestem pod wrażeniem całej opowieści :))) naprawdę kawał dobrej roboty!! A i
      wrażenia niezapomniane :))
      My wprawdzie nie wybieramy się na rejs po Nilu tylko do Safagi pod koniec
      stycznia ale czytałam relację z zapartym tchem i może kiedyś jak dzieci
      podrosną to wybierzemy się na taki rejs z dodatkowym odpoczynkiem co by
      odreagować nadmiar wrażeń ;))
      A teraz trzymam kciuki abym po naszym kilkudniowym wypadzie (jedziemy bez
      dzieci) zapragnęła jeszcze tam wrócić :)) Pozdrawiam
    • telegram29 Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 15.01.07, 16:12
      Bardzo się cieszę, że tak Ci się podobało na rejsie - i że w jakimś stopniu Ci
      pomogłem.
      Nie chcę być marudny ani tym bardziej psuć Ci wrażeń, ale po raz kolejny sie
      okazuje, jak TUI (Neckermann itp.) naciąga turystów - 15-dniowy objazd Egiptu
      (całego!) np. z Rainbow Tours kosztuje dużo mniej, a i fakultety duże tańsze
      (vide moja relacja na forum). Poza tym organizacja i standard bardzo podobne,
      więc nie wiem, skąd ta różnica cen. Mam też wrażenie, że na samym rejsie więcej
      zobaczyłem (w samych Tebach: Madinat Habu, świątynia Hathor czy wioska
      robotników), mimo że ta część objazdu była krótsza niż Twoja. Nie mogę wyjść ze
      zdumienia, że będąc w Esnie Wasz przewodnik nie zapewnił Wam zwiedzania (a
      można było, skoro Niemcy jednak zwiedzali - widać inaczej się ich traktuje...) -
      stwierdzenie, że to nic ciekawego, to barbarzyństwo - vide np.:
      touregypt.net/featurestories/templekhnum.htm
      Ja bardzo żałowałem, że tam nie dotarliśmy, ale przez Esnę przepływaliśmy
      akurat ciemną nocą :-( No i zazdroszczę Ci muzeum w Luksorze, do którego
      niestety nie udało mi się dotrzeć.
      Niemniej pozdrawiam - jak rozumiem na deser sobie zostawiasz półncny Egipt? ;-)
      • imka.allegro Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 15.01.07, 20:23
        > jak rozumiem na deser sobie zostawiasz półncny Egipt? ;-)

        Deser jak deser - usiłuję coś wymyśleć, żeby kiedyś może zrobić z tego danie główne ;)
        Zastanawiam się już nad następną wycieczką, np. z Logostour www.logostour.pl/index.php/Wyprawy_na_7_kontynentow/Afryka/Egipt/
        Kair, Giza, Sakkara, Aleksandria, Maydum... tylko najpierw się wyliżę z ran finansowych ;)
        A dranie jeszcze oazami kuszą ;->
        www.logostour.pl/index.php/Wyprawy_na_7_kontynentow/Afryka/Egipt_(oazy)/
        Przed swoim wyjazdem przejrzałam bardzo starannie oferty innych biur. Z tego, że TUI zdziera niemiłosiernie zdawałam sobie sprawę od samego początku i z zimną krwią się na taki koszt wycieczki zdecydowałam. O wyborze takiej, a nie innej wersji wyjazdu zadecydowały bowiem również (a nawet przede wszystkim) zupełnie inne względy niż wyłącznie finansowe.

        A w ofercie Rainbow nie podobał mi się łączny czterodniowy pobyt w hotelach w Hurghadzie.
        A teraz po zobaczeniu Hurghady nie podoba mi się jeszcze bardziej ;->
        Stworzeniem hotelowo-basenowo-plażowo-dyskotekowym nie jestem, nurkowym niestety też nie. Wiem, że można skorzystać z fakultetów - ale z oferowanych atrakcyjne byłoby dla mnie tylko safari na quadach.
        Ponadto dałeś bardzo plastyczny i sugestywny opis przewodniczki w Kairze - nawet nie wiesz jak takie coś potrafi zadziałać na ludzi ;D (przynajmniej na mnie :))

        To, że Teby Zachodnie potraktowaliśmy po łebkach, wiem doskonale. Żal mi i Medinat Habu, i Rammeseum, i innych grobowców w Dolinie Królów, i braku czasu w Świątyni Hatszepsut, i lotu balonem, i wioski robotników widzianej jedynie z okien autokaru... oj, długo by wymieniać.

        Zaskoczyłeś mnie informacją o Esnie - dopiero teraz spojrzałam jak to wygląda. Faktycznie, wielka szkoda. Ale w programie biura tej wycieczki nie było - więc wezmę tu w obronę przewodnika, ostatecznie jemu za to nie zapłacono ;-> Aczkolwiek mógłby nie mowić, że tam 'nic nie ma' (to samo mówił o Muzeum Luksorskim). Podejrzewam jakąś swoistą 'manię wielkości' - jeśli coś tylko nie jest duże i kompletne, to niewarte zwiedzania ;)
        I być może usiłując nam doradzać kierował się gustem większości osob jakie oprowadzał kiedyś - być może nie dla wszystkich na takich wycieczkach wszystko jest warte zobaczenia (vide Twoje Abydos i Dendera, zlekceważone przez 36 osób na 40 ;-/ )

        Teraz, gdybym znowu tak płynęła - to na pewno wyrwałabym sama ze statku w Esnie, jeszcze bladym świtem i poleciała oglądać ;)

        Tak na marginesie - moim marzeniem stało sie zaryzykowanie kiedyś i pojechanie samodzielne (lot z Berlina do Luksoru liniami AirBerlin przy sprzyjających wiatrach kosztuje około 350 euro w obie strony na osobę), zakwaterowanie się w jakimś niewielkim hoteliku 'dla turystów z plecakami' na tydzień w Luksorze (choćby w tym www.nefertitihotel.com/index.htm ) i spokojne pooglądanie wszystkiego... przecież sam Karnak w dwie godziny to zbrodnia ;->
        No i może by się dało zorganizować sobie wtedy wyjazd do Abydos i Dendery a la platynka ;)
        TZ mi głowę o te świątynie suszył cały czas - i nie da się ukryć, że jak przeczytałam w Twojej relacji, że na 40 osób była tak mała ilość chętnych na ten fakultet, to mnie mocno zdetonowało.
        Nie ukrywam, że mam również ochotę powtórzyć sam rejs :) Można sobie 'załatwić' samemu - na stronie TRAVCO www.travcotels.com/nile_cruise_schedule.htm jest spis ich statków i orientacyjne terminy - cennika tylko profilaktycznie nie podali ;->

        W każdym razie nie wiem, czy będę znajomym polecała wycieczki po Egipcie. To bardzo zaraźliwy bakcyl ;->

        Czy pamiętasz może jakie temperatury panowały w Dolinie Nilu wtedy jak Ty byłeś? To był październik - można było przeżyć? Nieznośnie gorąco było tylko w Dolinie Królów, czy poza nią również?
        Ja byłam przygotowana na egipski styczeń - ale nie przypuszczałam że będzie momentami AŻ TAK ZIMNO ;) Teraz wolałabym już jakiś nieco cieplejszy miesiąc :)


        Imka
        PS: Co do innego traktowania Niemców i Polaków... no nie wiem. Fakt faktem, część Niemców mieszkała na NileDeck, wszyscy Polacy na UpperDeck, więc faktycznie - inaczej się nas traktowało ;)
        • telegram29 Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 16.01.07, 13:33
          No cóz, ja właśnie chciałem mieć kilka dni nad morzem - wydawało mi się, że tez
          nie jestem stworzeniem nurkującym, ale kiedy już zanurkowałem... Podwodny świat
          to bajka - nawet przy snorkelingu! Jeśli się jeszcze do Egiptu wybierzesz, to
          mimo wszystko skorzystaj! :-) Zwłaszcza że Hurgada mimo wszystko nie jest tak
          zła, jak się może wydawać przez okno autokaru - a jej stara część oraz Sakkala
          (nowa) jest nocą wręcz porywająca ;-)
          A na przewodniczkę w Kairze, jak pisałem, można się było wypiąć, więc co tam,
          źle nie było.
          W sprawie Abydos i Dendery faktycznie krew mnie nieomal zalała - ale trzeba
          powiedzieć, że przewodniczka tu trochę przekombinowała (że daleko, że męczące
          itp.) - ale w zamain mieliśmy i Madinat Habu, i robotników, i inne cuda. W
          Twoim przypadku niefajne jest to, że byliście na miejscu w Esnie, o
          wyciągnięcie ręki i nikt Was tam nie zabrał. W Asuanie to jeszcze żałuję, że
          nie dotarłem do grobowócw dostojników (a są przecież po drugiej stronie
          nabrzeża portowego!), ani do świątyni w Kalabszy (niedaleko tamy) - ale cóż,
          może następnym razem?
          W październiku tempreaturowo było w sam raz - tzn. przyjemnie gorąco,
          oczywiście poza Doliną Królów oraz Abu Simbel, gdzie już był ukrop, na co
          róznie ludzie reagowali...
          Pozdrawiam!
          • imka.allegro Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 18.01.07, 20:17
            Serdeczne dzięki za info pogodowe :) W takim razie celownik urlopowy ustawiam na listopad ;)
            Kusi mnie dwutygodniowy objazd z Logostourem - na trasie mają między innymi i Hurghadę, i Sharm - więc może bym i wsadziła twarz pod wodę i coś zobaczyła? :)
            Ale kusi również samodzielny wyjazd do Luksoru, z tym że nie wiem czy przy moim 'egipskim oblataniu' nie będzie to przedwczesna eskapada ;] - osiołkowi w żłoby dano... ;->

            Miłego urlopu w Egipicie tym roku :))

            Imka
            • lapwing123 Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 31.01.07, 21:30
              extra się czyta:)
    • babeczkaa Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 15.01.07, 21:49
      super relacja, masz dar pisania, świetnie się czytało :)

      pozdrawiam
      B.
      • gl16 Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 01.02.07, 09:29
        IMKA,wielkie dzięki za tak wspaniałą relacje , przeczytałam z zapartym
        tchem ,tydzień temu wróciłam z dwutygodniowego leniuchowania w Hurghadzie
        (polecam Mega Safarii z quadani i pływanie z rurką),i teraz juz wiem że
        następna wyprawa do Egiptu to bedzie rejs po Nilu,serdecznie pozdrwaiam z
        zasnieżonej Krynicy:))
    • hanka.lili Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 01.02.07, 13:29
      witam cie serdecznie , Twoja recenzaja powalła mnie z nóg i szczerze to do tej
      pory mam łzy w oczach z radości a mianowicie jutro tj. 2 luty wraz z mama
      wybieramy sie na rejs po Nilu i potem na 7 dni do hotelu. nigdy nie byłyśmy w
      Egipcie wiec takie opowiadanie przyczyniło sie ze już zaczynam sie cieszyc ze
      jade. ps. prosze nie dziw sie widzac moj login ale jest to połacznie imienia
      mojaj mamy i pieska. mam do ciebie pare pytań jak zreszta nie ja jedna ;):
      beeac na miejscu mam w planie pare zakópów, gó..e da narzeczonego dzieki
      ktoremu bedziemy mogły to wszystko przeżyć , pytania mam nadtepujace ile mniej
      wiecej potrzebuje pieniazków gdyż nie mam zielonego pojecia. zainteresowała
      mnie wzmianka o flakonach do perfum, czy pamietasz może ceny i mozesz mi opisać
      ich wyglad , gdyż jestem fanką dobrych zapachów. koleną rzecza na ktora chce
      zwrócic uwage to złoto a dokłądniej zegarek dla przyszłego meza, jak wyglada
      cena złota w egipcie bo z tego co wiem to kiedyś bardzo sie opłacało kupic i
      nie wiem jak jest w tym momencie. kolejna rzecza na ktora chce zwrócic
      szczegułowa uwage pomijajac pamiateki i drobiazki jest odzież skórzana. bede
      wdzieczna za udzielenie mi jakiejkolwiek informacje . pozdrawiam i gatuluje
      recenzji!!
      • imka.allegro Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 01.02.07, 20:37
        Przykro mi, ale praktycznie na żadne z Twoich pytań nie jestem w stanie odpowiedzieć - nie buszowałam w złocie, perfumach i odzieży skórzanej aby orientować się w cenach ;-/
        Z kolei pytanie 'ile zabrać kasy' powtarza się na tym forum dość często - i też nie ma na nie dobrej odpowiedzi. Z tego co wyczytałam, to wydatki oscylują od 200$ do 1000$ na osobę na dwa tygodnie. My wydaliśmy 500$ (dwie osoby, jeden tydzień) - pewnie mogliśmy sporo mniej, ale frycowe trzeba było zapłacić ;->
        Jeśli chodzi o wygląd flakonów - perfumeria w Asuanie do której trafilismy, to obłęd :) Samych flakonów było pewnie kilka tysięcy, o bardzo zróżnicowanym wyglądzie, kolorystyce i technikach wykonania - a ceny też pewnie odpowiednio zróżnicowane. I po prostu przebywając w takim miejscu przez pół godziny nie sposób się zorientować we wszystkim - kolorowy zawrót głowy ;)

        Jeśli zaś chodzi o przykładowe ceny złota to polecam wątek z forum
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=622&w=48950888&v=2&s=0
        Zbyt póżno się z nim zapoznałam, juz po powrocie - i stwierdziłam, że złoty kartusz przepłaciłam przynajmniej dwa razy ;-/

        Fantastycznych wrażeń z podróży życzę :)

        Imka
    • jankxxx Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 01.02.07, 22:51
      Opisz proszę jak zniosło te podróże to 2 letnie dziecko. Sami mamy takie i się
      mocno zastanawiamy jak sobie by poradziło jeśli byśmy pojechali.
      Co zachwyciło Cię w opiece rodziców nad tym chłopczykiem?
      Pozdrawiam
      Jan
      • imka.allegro Re: Rejs po Nilu z TUI - relacja 03.02.07, 22:29
        Ta wycieczka była raczej w wersji rekreacyjnej, uważam że całkowicie znośnej nawet dla tak malutkiego dziecka :)
        Niektóre biura mają ten 'obszar' w wersji czterodniowej, niektóre właśnie jako siedem dni. Zerknij tutaj, na opinię kruszynki
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=622&w=56011944&a=56345866
        Całkowicie się z tą opinią zgadzam.
        Podbudki wcześnie rano - ale do wytrzymania. Śniadanie ok. 7, zwiedzanie, obiad około 13, zwiedzanie od 15, około 19 kolacja. Jak statek płynie i nie ma zwiedzania, siedzi się na górnym pokładzie i patrzy na zmieniającą się panoramę obu brzegów :)
        Godziny posiłków plus minus pół godziny. Na statku jest jednocześnie kilka grup wycieczkowych, z różnych biur i różnej narodowości. Posiłki są dopasowane do każdej wycieczki - jeśli któraś grupa wychodzi/wraca wcześniej/później to posiłek dla tych osób jest podany wcześniej bądź na nich czeka.

        Brak długich tras przebywanych pieszo - praktycznie chodzilismy tylko po obszarach świątyn i suku w Asuanie, poza tym wszędzie byliśmy dostarczani autokarem, feluką, motorówką, dorożką, wielbłądem.. ;) (Wielbłąd nie jest przymusowy, nasz grupowy maluch nie miał ochoty na przejażdżkę, do wioski nubijskiej popłynął motorówką :)

        No i chyba przede wszystkim wielką rolę odgrywa sam komfort przemieszczania się statkiem i zamieszkiwanie w miłym pokoju hotelowym, z typową kabiną nie mającym wiele wspólnego ;) Taka sama trasa 'robiona' autokarem z pewnością byłaby o wiele bardziej nużąca.

        Podkreślę jeszcze raz - to była wersja siedmiodniowa rejsu, tylko Dolina Nilu, a nie czterodniowa Dolina Nilu i dwa dni w Kairze. Dłuższe przejazdy to jedynie przejazd na trasie Hurghada-Luxor i wycieczka do Abu Simbel.

        W naszym małym towarzuszu podróży zachwycił mnie przede wszystkim sposób w jaki to dziecko było wychowane :) Nie słyszałam go praktycznie ani razu płaczącego, czy nawet marudzącego. Jeśli tylko zaczynał wykazywać jakieś oznaki niezadowolenia czy zniecierpliwienia, natychmiast był - nie, nie uciszany przez ktoreś z rodziców, to słowo mi nie pasuje - oni coś mu od razu tłumaczyli, wyjaśniali, starali się zabawić - to nie było zbywanie dziecka, to było zajmowanie się nim.
        Dłuższe spacery po świątyniach przeważnie odbywał 'na barana', na zmianę na plecach mamy lub taty (drugie z rodziców w tym czasie taszczyło solidnie wypchany plecak z utensyliami własnymi i dziecięcia).
        Codzienne spanie w ciągu dnia - rodzice wtedy mieli wolne. Mały spał spokojnie, oni wychodzili na pokład, co jakiś czas któreś z nich zaglądało kontrolnie do kabiny, a w porze spodziewanej pobudki szło, aby dziecko nie obudziło się i nie stwierdziło że jest samo. Nawet obudzony w środku nocy (wycieczka do Abu Simbel) i zniesiony na dół w ramionach mamy nie był rozwydrzonym bachorem ;) tylko rozbudzonym, troszkę chlipiącym maluchem, który po ułożeniu w autokarze natychmiast zasnął.

        Wydaje mi się, że dziecko całą tę eskapadę zniosło bezproblemowo, a przynajmniej sprawiało takie wrażenie.
        Ale sprawili to jego rodzice - doskonale się nim zajmując i jednocześnie bardzo dbając o to, aby towarzystwo maluszka nie było uciążliwe dla innych (nie było w najmniejszym nawet stopniu). Sądzę, że jego rodzice już mieli niezłą wprawę w takich wyjazdach - byli perfekcyjnie zorganizowanie i przygotowani na wszystkie ewentualności (szybka zmiana pieluszki na feluce itp. ;)

        Więc pytanie było źle postawione ;) Nie jak dziecko sobie poradziło, tylko na odwrót, jak poradzili sobie rodzice, żeby dziecko nie odczuło najmniejszego dyskomfortu, żeby sami też coś mieli z tej wyprawy i żeby współtowarzysze podróży nie mówili 'nigdy więcej dziecka w grupie' ;)
        A ci akurat poradzili sobie świetnie - z czystym sumieniem każdemu życzę takiego towarzystwa :)

        Imka

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka