78dario
19.04.08, 20:42
WItam. W końcu udało mi się spisać całość. Wytrwałym życzę miłej
lektury.
OD ALEXANDRII DO ABU SIMBEL
Pomysł podroży do Egiptu na własną rękę narodził się prawie rok
przed wylotem. Ponieważ takie podróżowanie niesie ze sobą o wiele
wiecej wyzwań, niż zorganizowana wycieczka należało się odpowiednio
przygotować. Po pierwsze ustaliliśmy wspólnie z żoną co chcemy w tym
kraju zobaczyć. Na zwiedzanie przeznaczyliśmy 16 dni a na wypoczynek
w Hurghadzie 5. Okazało się, że wybór miejsc, które mieliśmy
odwiedzić nie jest taki prosty. Z góry wiedzieliśmy, że z wielu
wspaniałych miejsc trzeba będzie zrezygnować. Ostatecznie padło na:
Kair, Gizę, Dahszur, Sakkarę, Medum, Liszt, Abu Sir, Memfis,
Aleksandrię, Wadi Al. Natrun, Luksor, Abydos, Dendera, Edfu, Kom
Ombo, Asuan i Abu Simbel. W planie mieliśmy również wypad do Safagi
w celu odwiedzenia brata mojego egipskiego przyjaciela. Po ustaleniu
miejsc należało się zastanowić nad datą wyjazdu. Wybraliśmy przełom
września i października za względu na nieco niższe temperatury za
dnia. Po rezerwacji okazało się jednak, że wpakowaliśmy się w
ramadan (całe 21 dni). No cóż przynajmniej zobaczymy to wydarzenie z
bliska i zobaczymy czym to pachnie. Następnym etapem było zbieranie
informacji o zwiedzanych miejscach i lokalnych zwyczajach i
kulturze. Pomagały mi w tym przede wszystkim strona internetowa
lexicorient.com/ oraz przewodnik po Egipcie z Gazety
Wyborczej. Cennym źródłem informacji były również Forum Egipt i inne
strony internetowe poświęcone temu krajowi. Uzbrojony w wiedzę
teoretyczną zacząłem przygotowywać ekwipunek. Poza standardowym
wyposażeniem, przekupiłem sporo alkoholu i leków (na zemstę rzecz
jasna). Przelot do Egiptu wykupiliśmy w biurze podroży VIVA TOURS.
Wylatywaliśmy z Katowic o godzinie 1140 a przylot był zaplanowany na
1555.
Lecieliśmy liniami Koral Blue. Jedyny Hotel, który mieliśmy
zarezerwowany to La Perla w Hurgadzie (***HB). W miastach, które
mieliśmy odwiedzić planowaliśmy szukać lokum ma miejscu. 21 września
2007 roku wraz ze znajomym opuściliśmy Polskę i polecieliśmy w
nieznane. Lot trwał cztery godziny i przebiegł bez żadnych
problemów. Na pokładzie samolotu otrzymaliśmy posiłek i napoje.
Widoki rozciągające się z okien samolotu były cudowne. Szczególnie
zachwycił mnie widok niezliczonych wysepek otoczonych błękitem Morza
Śródziemnego.
Po wylądowaniu wszyscy udawali się do odprawy, po czym każdy musiał
kupić egipską wizę (15$). Ja na szczęście miałem ten luksus, że nie
musiałem pchać się do tej kolejki ponieważ biuro podróży zapewniło
mi wizę gratis. Choć miałem co do tego pewne wątpliwości, wszystko
poszło sprawnie i jako pierwsi mieliśmy wizy i mogliśmy powitać
Egipt. Pierwsze wrażenie nie było imponujące –piasek, piasek i
jeszcze raz piasek, a do tego jakieś sterczące betonowe monstra. Cóż
nie zamierzaliśmy tu jednak nocować i zaczęliśmy dopytywać się
naszej rezydentki o transport w pobliże przystanku autobusowego.
Nasz przewrotny plan zakładał, że w dwie godziny po wylądowaniu w
Egipcie znajdziemy przystanek, kupimy bilety, coś zjemy i znajdziemy
odpowiedni autobus. Poprosiliśmy więc rezydentkę o podwiezienie nas
jak najbliżej Daharu gdzie ów dworzec miał się znajdywać. Biedna
kobieta jednak nie potrafiła zrozumieć, że nie mamy zarezerwowanego
hotelu na dzisiejszą noc i chcemy zamiast odpoczywać na basenem
pchać się w ryzykowny nocny przejazd do Kairu. Cóż tylko my w całym
autokarze mieliśmy inne plany. W końcu udało się jakoś z nią
porozumieć (a nie było to łatwe) i zawieziono nas do Sakkali, gdzie
jak nas zapewniała znajdziemy punkt sprzedaży biletów. No i
wysadzili nas na środku drogi, dali walizy i pojechali. Zostaliśmy
sami w obcym miejscu z tobołami i co teraz. W jednej chwili wszyscy
kierowcy taksówek zaczęli się zatrzymywać i trąbić na nas. Jednak my
ryzykując życie przedarliśmy się na druga stronę ulicy i
podreptaliśmy w kierunku punktu sprzedaży biletów. Trochę to trwało
zanim zorientowaliśmy się, że odrapany barak bez okien na rogu ulicy
to właśnie to miejsce. Już mieliśmy odchodzić kiedy zaczął biec w
naszym kierunku jakiś jegomość i coś strasznie za nami krzyczał. Bez
namysłu zaproponowałem ucieczkę, ale ciężka waliza mi to utrudniła i
nas dopadł. Okazało się, że był to sprzedawca biletów! Zapytał dokąd
chcemy jechać. Wciąż jednak nie mogłem w to uwierzyć i dopiero po
kolejnym zapewnieniu, że faktycznie sprzedaje bilety powiedziałem,
że do Kairu i potrzebujemy 3 biletów na 1930. Autobusy kursowały co
dwie godziny a na ten o 1700 już nie było szans. Bilet kosztował 60
LE. Po zakupie biletów z nową nadzieją postanowiliśmy znaleźć
dworzec autobusowy w Daharze. Tym razem postanowiliśmy powierzyć to
zadanie taksówkarzowi, który za 20 LE z uśmiechem na twarzy zawiózł
nas gdzie trzeba. Na autobus mieliśmy jeszcze trochę czasu,
postanowiliśmy więc poszukać jakiegoś sklepu lub knajpki. Okazało
się to nie takie proste, w ramadanie bowiem życie zaczyna się
dopiero po 1900 czyli po ramadanowej kolacji. W czasie gdy
próbowaliśmy znaleźć coś do jedzenia Egipcjanie właśnie jedli i nic,
żadna siła nie mogła ich ruszyć od stołu. W końcu po około
kilometrze marszu znaleźliśmy jakiś sklepik i zakupiliśmy nieco
prowiantu w postaci ciastek i drożdżówek oraz napoje. Ponieważ
szliśmy z bagażami nie mieliśmy ochoty zapuszczać się dalej i
wróciliśmy na dworzec. Autobus, którym mieliśmy jechać do Kairu
należał do lini El Gouna Transport Co. Na dworcu w końcu coś
zjedliśmy i nieco odpoczęliśmy. Musieliśmy wyglądać dość osobliwie.
Po chwili poczułem, że trzeba znaleźć ubikację (nie faraon). Jednak
obsługa dworca odradzała tą wizytę, mówiąc, że ubikacja jest
nieczynna, jednak ja nalegałem więc mnie zaprowadzili. Po drodze
wręczyli mi dwie jednorazówki. Naprawdę byłem zdziwiony, ale
zrozumiałem od razu gdy wszedłem. Tego co zobaczyłem wewnątrz nie
opiszę, powiem tylko że było gó..anie. Cóż jednak fizjologia była
silniejsza i wytrzymałem na wdechu całą minutę. Po powrocie
traktowany byłem jak bohater wracający z wojny. Na dworcu oprócz nas
na autobus czekało również kila osób z Libanu, którzy byli bardzo
uprzejmi i pokazali nam w autokarze nasze miejsca. Jednak do
odwiedzenia ich kraju nasz nie zachęcali. Po załadowaniu bagaży i
zajęciu swoich miejsc rozpoczęliśmy pięciogodzinna podróż do
stolicy. Po drodze uraczono nas filmami i wyjątkowo intensywną
klimatyzacją.
Podróż do Kairu trwała około pięć godzin. Po drodze mieliśmy jeden
postój w przydrożnej knajpce. Do stolicy dotarliśmy około 1 w nocy.
Gdy wysiedliśmy z autobusu od razu zauważyłem hotel Hilton, który
swym niestandardowym kształtem prezentował się dość niezwykle pośród
innych zabudowań. Na podziwianie widoków jednak przyjdzie czas,
teraz trzeba znaleźć jakieś lokum (w Hiltonie nie zamierzałem się
pytać o pokoje). Na taksówkarza nie musieliśmy czekać zbyt długo.
Pojawił się błyskawicznie i dobrze wiedział czego nam potrzeba. Za
20 LE zgodził się zawieźć nas i cały nasz bagaż do hotelu.
Zaproponowałem hotel Dahab, który widziałem w programie Discovery,
ale Egipcjanin wiedział swoje i jedynie hotel New Garden Palace **
był dla nas odpowiedni. Hotel znajdował się nieopodal Uniwersytetu
Amerykańskiego w zacisznej uliczce. W recepcji krzątało się kilka
zaspanych osób. Zapytałem o cenę na dobę dla 3 osób plus śniadanie –
220 LE. Wydawało mi się to trochę drogo ale dochodziła 2 w nocy a ja
nie miałem ochoty się godzinę targować, więc przyjąłem warunki.
Pokój był całkiem przyjemny i czysty, a w łazience całodobowo można
było korzystać z ciepłej wody. Jedynym minusem był nieprzyjemny
zapach z okien dobywający się z gruzowiska i śmietniska pod oknami,
ale po zamknięciu okien i uruchomieniu klimatyzacji było całkiem
fajnie. C