Dodaj do ulubionych

Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Simbel.

19.04.08, 20:42
WItam. W końcu udało mi się spisać całość. Wytrwałym życzę miłej
lektury.


OD ALEXANDRII DO ABU SIMBEL


Pomysł podroży do Egiptu na własną rękę narodził się prawie rok
przed wylotem. Ponieważ takie podróżowanie niesie ze sobą o wiele
wiecej wyzwań, niż zorganizowana wycieczka należało się odpowiednio
przygotować. Po pierwsze ustaliliśmy wspólnie z żoną co chcemy w tym
kraju zobaczyć. Na zwiedzanie przeznaczyliśmy 16 dni a na wypoczynek
w Hurghadzie 5. Okazało się, że wybór miejsc, które mieliśmy
odwiedzić nie jest taki prosty. Z góry wiedzieliśmy, że z wielu
wspaniałych miejsc trzeba będzie zrezygnować. Ostatecznie padło na:
Kair, Gizę, Dahszur, Sakkarę, Medum, Liszt, Abu Sir, Memfis,
Aleksandrię, Wadi Al. Natrun, Luksor, Abydos, Dendera, Edfu, Kom
Ombo, Asuan i Abu Simbel. W planie mieliśmy również wypad do Safagi
w celu odwiedzenia brata mojego egipskiego przyjaciela. Po ustaleniu
miejsc należało się zastanowić nad datą wyjazdu. Wybraliśmy przełom
września i października za względu na nieco niższe temperatury za
dnia. Po rezerwacji okazało się jednak, że wpakowaliśmy się w
ramadan (całe 21 dni). No cóż przynajmniej zobaczymy to wydarzenie z
bliska i zobaczymy czym to pachnie. Następnym etapem było zbieranie
informacji o zwiedzanych miejscach i lokalnych zwyczajach i
kulturze. Pomagały mi w tym przede wszystkim strona internetowa
lexicorient.com/ oraz przewodnik po Egipcie z Gazety
Wyborczej. Cennym źródłem informacji były również Forum Egipt i inne
strony internetowe poświęcone temu krajowi. Uzbrojony w wiedzę
teoretyczną zacząłem przygotowywać ekwipunek. Poza standardowym
wyposażeniem, przekupiłem sporo alkoholu i leków (na zemstę rzecz
jasna). Przelot do Egiptu wykupiliśmy w biurze podroży VIVA TOURS.
Wylatywaliśmy z Katowic o godzinie 1140 a przylot był zaplanowany na
1555.
Lecieliśmy liniami Koral Blue. Jedyny Hotel, który mieliśmy
zarezerwowany to La Perla w Hurgadzie (***HB). W miastach, które
mieliśmy odwiedzić planowaliśmy szukać lokum ma miejscu. 21 września
2007 roku wraz ze znajomym opuściliśmy Polskę i polecieliśmy w
nieznane. Lot trwał cztery godziny i przebiegł bez żadnych
problemów. Na pokładzie samolotu otrzymaliśmy posiłek i napoje.
Widoki rozciągające się z okien samolotu były cudowne. Szczególnie
zachwycił mnie widok niezliczonych wysepek otoczonych błękitem Morza
Śródziemnego.

Po wylądowaniu wszyscy udawali się do odprawy, po czym każdy musiał
kupić egipską wizę (15$). Ja na szczęście miałem ten luksus, że nie
musiałem pchać się do tej kolejki ponieważ biuro podróży zapewniło
mi wizę gratis. Choć miałem co do tego pewne wątpliwości, wszystko
poszło sprawnie i jako pierwsi mieliśmy wizy i mogliśmy powitać
Egipt. Pierwsze wrażenie nie było imponujące –piasek, piasek i
jeszcze raz piasek, a do tego jakieś sterczące betonowe monstra. Cóż
nie zamierzaliśmy tu jednak nocować i zaczęliśmy dopytywać się
naszej rezydentki o transport w pobliże przystanku autobusowego.
Nasz przewrotny plan zakładał, że w dwie godziny po wylądowaniu w
Egipcie znajdziemy przystanek, kupimy bilety, coś zjemy i znajdziemy
odpowiedni autobus. Poprosiliśmy więc rezydentkę o podwiezienie nas
jak najbliżej Daharu gdzie ów dworzec miał się znajdywać. Biedna
kobieta jednak nie potrafiła zrozumieć, że nie mamy zarezerwowanego
hotelu na dzisiejszą noc i chcemy zamiast odpoczywać na basenem
pchać się w ryzykowny nocny przejazd do Kairu. Cóż tylko my w całym
autokarze mieliśmy inne plany. W końcu udało się jakoś z nią
porozumieć (a nie było to łatwe) i zawieziono nas do Sakkali, gdzie
jak nas zapewniała znajdziemy punkt sprzedaży biletów. No i
wysadzili nas na środku drogi, dali walizy i pojechali. Zostaliśmy
sami w obcym miejscu z tobołami i co teraz. W jednej chwili wszyscy
kierowcy taksówek zaczęli się zatrzymywać i trąbić na nas. Jednak my
ryzykując życie przedarliśmy się na druga stronę ulicy i
podreptaliśmy w kierunku punktu sprzedaży biletów. Trochę to trwało
zanim zorientowaliśmy się, że odrapany barak bez okien na rogu ulicy
to właśnie to miejsce. Już mieliśmy odchodzić kiedy zaczął biec w
naszym kierunku jakiś jegomość i coś strasznie za nami krzyczał. Bez
namysłu zaproponowałem ucieczkę, ale ciężka waliza mi to utrudniła i
nas dopadł. Okazało się, że był to sprzedawca biletów! Zapytał dokąd
chcemy jechać. Wciąż jednak nie mogłem w to uwierzyć i dopiero po
kolejnym zapewnieniu, że faktycznie sprzedaje bilety powiedziałem,
że do Kairu i potrzebujemy 3 biletów na 1930. Autobusy kursowały co
dwie godziny a na ten o 1700 już nie było szans. Bilet kosztował 60
LE. Po zakupie biletów z nową nadzieją postanowiliśmy znaleźć
dworzec autobusowy w Daharze. Tym razem postanowiliśmy powierzyć to
zadanie taksówkarzowi, który za 20 LE z uśmiechem na twarzy zawiózł
nas gdzie trzeba. Na autobus mieliśmy jeszcze trochę czasu,
postanowiliśmy więc poszukać jakiegoś sklepu lub knajpki. Okazało
się to nie takie proste, w ramadanie bowiem życie zaczyna się
dopiero po 1900 czyli po ramadanowej kolacji. W czasie gdy
próbowaliśmy znaleźć coś do jedzenia Egipcjanie właśnie jedli i nic,
żadna siła nie mogła ich ruszyć od stołu. W końcu po około
kilometrze marszu znaleźliśmy jakiś sklepik i zakupiliśmy nieco
prowiantu w postaci ciastek i drożdżówek oraz napoje. Ponieważ
szliśmy z bagażami nie mieliśmy ochoty zapuszczać się dalej i
wróciliśmy na dworzec. Autobus, którym mieliśmy jechać do Kairu
należał do lini El Gouna Transport Co. Na dworcu w końcu coś
zjedliśmy i nieco odpoczęliśmy. Musieliśmy wyglądać dość osobliwie.
Po chwili poczułem, że trzeba znaleźć ubikację (nie faraon). Jednak
obsługa dworca odradzała tą wizytę, mówiąc, że ubikacja jest
nieczynna, jednak ja nalegałem więc mnie zaprowadzili. Po drodze
wręczyli mi dwie jednorazówki. Naprawdę byłem zdziwiony, ale
zrozumiałem od razu gdy wszedłem. Tego co zobaczyłem wewnątrz nie
opiszę, powiem tylko że było gó..anie. Cóż jednak fizjologia była
silniejsza i wytrzymałem na wdechu całą minutę. Po powrocie
traktowany byłem jak bohater wracający z wojny. Na dworcu oprócz nas
na autobus czekało również kila osób z Libanu, którzy byli bardzo
uprzejmi i pokazali nam w autokarze nasze miejsca. Jednak do
odwiedzenia ich kraju nasz nie zachęcali. Po załadowaniu bagaży i
zajęciu swoich miejsc rozpoczęliśmy pięciogodzinna podróż do
stolicy. Po drodze uraczono nas filmami i wyjątkowo intensywną
klimatyzacją.

Podróż do Kairu trwała około pięć godzin. Po drodze mieliśmy jeden
postój w przydrożnej knajpce. Do stolicy dotarliśmy około 1 w nocy.
Gdy wysiedliśmy z autobusu od razu zauważyłem hotel Hilton, który
swym niestandardowym kształtem prezentował się dość niezwykle pośród
innych zabudowań. Na podziwianie widoków jednak przyjdzie czas,
teraz trzeba znaleźć jakieś lokum (w Hiltonie nie zamierzałem się
pytać o pokoje). Na taksówkarza nie musieliśmy czekać zbyt długo.
Pojawił się błyskawicznie i dobrze wiedział czego nam potrzeba. Za
20 LE zgodził się zawieźć nas i cały nasz bagaż do hotelu.
Zaproponowałem hotel Dahab, który widziałem w programie Discovery,
ale Egipcjanin wiedział swoje i jedynie hotel New Garden Palace **
był dla nas odpowiedni. Hotel znajdował się nieopodal Uniwersytetu
Amerykańskiego w zacisznej uliczce. W recepcji krzątało się kilka
zaspanych osób. Zapytałem o cenę na dobę dla 3 osób plus śniadanie –
220 LE. Wydawało mi się to trochę drogo ale dochodziła 2 w nocy a ja
nie miałem ochoty się godzinę targować, więc przyjąłem warunki.
Pokój był całkiem przyjemny i czysty, a w łazience całodobowo można
było korzystać z ciepłej wody. Jedynym minusem był nieprzyjemny
zapach z okien dobywający się z gruzowiska i śmietniska pod oknami,
ale po zamknięciu okien i uruchomieniu klimatyzacji było całkiem
fajnie. C
Obserwuj wątek
    • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:44
      Czas spać tego dnia pokonałem kilka tysięcy kilometrów samolotem i
      kilkaset autobusem i jak na pierwszy dzień miałem dość wrażeń.

      Mimo tego, że położyliśmy się spać dosyć późno wstaliśmy o godzinie
      6 nad wyraz dobrze wyspani. Nawet nie przeszkadzały mi klaksony
      samochodów, które w Kairze nie cichną nawet na chwilę. Nasz pierwszy
      cały dzień w Egipcie.. Postanowiliśmy wykorzystać go na zwiedzenie
      Piramid w Gizie. Darowaliśmy sobie śniadanie i dziarsko ruszyliśmy w
      drogę. Tym razem postanowiliśmy spróbować alternatywnego transportu
      i zamiast taksówki udaliśmy się do stacji metra. Hotel znajdował się
      o jakieś 10 minut drogi od Maydan al.-Tahrir i stacji metra SADAT.
      Na stacji dołączył się do nas samorzutny przewodnik, który
      powiedział nam, na której stacji mamy wysiąść. Oczywiście go
      posłuchaliśmy. W ten oto sposób znaleźliśmy się w Gizie. Naszym
      oczom ukazał się zupełnie inny Egipt. Miasto wydawało się jednym
      wielkim gruzowiskiem. Przez środek drogi przebiegał jakiś wykop,
      wszędzie pełno śmieci, a przechodnie nie mogli się na nas napatrzeć.
      My jednak szliśmy za naszym przewodnikiem dalej. Po paru minutach
      doszliśmy do nieco bardziej zadbanej części Gizy. Dalszą drogę
      pokonać mieliśmy autobusem miejskim. Największym zaskoczeniem dla
      mnie był fakt, że autobusy w ogóle się nie zatrzymują, jedynie
      zwalniają. Jedni pasażerowie wsiadają a inni wysiadają –wszystko w
      ruchu. Jedynie dla takich kosmitów jak my kierowca dwa razy zrobił
      rzecz niebywałą –całkowicie zatrzymał pojazd. Po krótkiej jeździe
      naszym oczom ukazały się piramidy. Pierwsze wrażenie było
      piorunujące, tyle razy widziałem je w telewizji –teraz kolej na
      obserwacje na żywo. Bile wstępu na obszar piramid kosztował 50 LE.
      Nasz przewodnik (mocno przepłacony) polecił nam rozpoczęcie
      zwiedzania od miejsca, w którym wszystkie trzy piramidy widać w
      jednej linii. Oczywiście nie mieliśmy nic przeciw, tym bardziej że
      nie musieliśmy iść na nogach. Wynajęliśmy bowiem na cały dzień dwa
      wielbłądy i konia (choć jeździliśmy na nich około godziny).
      Rzeczywiście widok piramid z tego miejsca był niesamowity –
      zrobiliśmy kilka zdjęć, nakręciłem kilka fajnych ujęć i ruszyliśmy
      dalej. Zwiedzanie piramid chcieliśmy rozpocząć od piramidy Cheopsa.
      Na miejscu jednak okazało się, że kasa biletowa jest zamknięta i
      dopiero za godzinę będzie można kupić bilety. Skądinąd wiedzieliśmy,
      że bilety do piramidy Cheopsa są limitowane, więc postanowiliśmy nie
      oddalać się za bardzo i nieco odpocząć. Po wypiciu kolejnej butelki
      wody postanowiliśmy korzystając z okazji wejść do środka Piramidy
      Królowej Henutsen przy Piramidzie Cheopsa. Ta niewielka piramida
      była preludium do wrażeń, które miały nas czekać. W środku panował
      lekki zaduch, ale ja nie zwracałem na to większej uwagi, byłem
      bardzo szczęśliwy, że wchodzę do mojej pierwszej piramidy w Egipcie.
      Przed wejściem musiałem dać bakszysz strażnikowi by pozwolili mi
      wejść z kamerą (niestety strażnicy przy piramidzie Cheopsa i
      Chefrena byli już mniej elastyczni i nawet 100 LE nie pomogło). Po
      wyjściu z piramidy udaliśmy się prosto do kasy biletowej. Na
      piętnaście minut przed otwarciem zaczęli się gromadzić ludzie. Udało
      się nam kupić trzy bilety po 100 LE za sztukę bez większych
      problemów. Prze wejściem musieliśmy zostawić kamerę i aparat
      fotograficzny. Po przejściu kilkunastu metrów dotarliśmy do wielkiej
      galerii. Było to najwyższe zamknięte pomieszczenie w starożytności,
      zakończone sklepieniem wspornikowym. Wrażenia jakich doznałem
      przemierzając wielka galerię nie zapomnę do końca życia. Na jej
      końcu skręciliśmy w lewo i po chwili byliśmy już w głównej komorze
      grobowej faraona Cheopsa. Pomieszczenie było przestronne z gładkimi,
      chłodnymi ścianami. Sam sarkofag nie prezentował się zbyt okazale,
      ale sam fakt być w tym miejscu, w sali która liczyła 4,5 tys. lat
      powodował gęsią skórkę. Naprawdę polecam odwiedzenie tej i każdej
      innej piramidy wewnątrz, co prawda nie ma tam pięknych malowideł ale
      wrażenie i tak są murowane. Po wyjściu z piramidy z nową energią
      ruszyłem ku następnej piramidzie. Piramida Chefrena (20 LE)
      zachowała na szczycie fragment oryginalnej licówki, którą pokryte
      były wszystkie piramidy. Także i tu nie mogłem zabrać do środka
      kamery. Droga do komory grobowej w tej piramidzie była dłuższa i
      trudniejsza. Sam sarkofag był lepiej zachowany, ale komora grobowa
      była mniejsza niż w piramidzie Cheopsa, co powodowało , że było tam
      bardziej duszno. Niestety nie udało nam się wejść do piramidy
      Mykerynosa, gdyż była zamknięta dla zwiedzających. Kolejnym punktem
      zwiedzania obszaru piramid było muzeum barki solarnej. Odkryto ją w
      latach 50 ubiegłego stulecia. Do tej pory wokół piramidy Cheopsa
      można zobaczyć dziury po wykopach. W muzeum podziwiać można
      oryginalna barkę solarną, którą zrobili poddani faraona Cheopsa z
      libańskich cedrów, aby mógł on udać się do krainy umarłych. Widok
      tego statku poskładanego w jedna całość sprzed kilku tysięcy lat
      robi duże wrażenie. Wizyta w muzeum była bardzo przyjemna –
      pomieszczenie jest klimatyzowane a bilet wstępu kosztuje 40 LE. Po
      wyjściu z muzeum obeszliśmy cały obszar piramid raz jeszcze
      zaglądając w różne zakamarki po czym udaliśmy się do naszych
      zwierząt i przewodnika. Ostatnim etapem zwiedzania był Sfinks. I tu
      po raz pierwszy we znaki dał się nam ramadan. Okazało się, że
      zwiedzanie kończy się o godzinie 1500 i nawet bakszysz nie mógł nic
      pomóc. Cóż trudno do samego sfinksa nie udało mi się podejść, ale i
      tak byłem na tyle blisko by przyjrzeć się dokładnie temu strażnikowi
      piramid. Mimo upływu lat prezentował się bardzo okazale. Efekt nieco
      psuły ptaki, które gromadnie oblegały jego głowę. Strażnicy coraz
      natarczywiej dawali znać byśmy się już wynieśli więc nie było rady –
      ostatnie spojrzenie na piramidy i znów jesteśmy w niezbyt urokliwej
      Gizie.

      • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:45
        Nagle przypomniało się nam, że od wczorajszej nocy nic nie jedliśmy.
        Adrenalina nieco opadła a my zrobiliśmy się niepokojąco głodni.
        Jednak jak to bywa gdzie trzech Polaków tam 4 różne pomysły i po
        półgodzinnym wędrowaniu po Gizie nie znaleźliśmy lokalu, który
        odpowiadał by wszystkim. Po małej dynamicznej wymianie zdań
        zatrzymaliśmy taksówkę i pojechaliśmy na Maydan al.- Tahrir, gdzie w
        końcu znaleźliśmy ukojenie w MD. Może i nie było to typowo egipskie
        jedzenie ale w czasie ramadanu nie tak łatwo znaleźć fajny lokal z
        dobrym jedzeniem otwarty przed 1800. Po jedzonku bez pośpiechu
        udaliśmy się w kierunku hotelu. Nim jednak tam doszliśmy odkryliśmy
        po drodze typową egipską sziszownię, w której gościliśmy ponad
        godzinę. Niestety wybór nie był zbyt obfity. Poza zwykły tytoniem
        można było zamówić jedynie tytoń jabłkowy. Za fajkę, kawę i herbatę
        zapłaciliśmy 5 LE (później kasowali nas już 10 LE J). Wspaniały
        relaks po męczącym dniu, podczas którego poznaliśmy: naganiaczy,
        lipnych kontrolerów, samozwańczych przewodników, darmowe upominki,
        dobre ceny, wyjątkowe okazje, magów, zaklinaczy, cudowne bilety do
        wszystkich obiektów itd. Nie ma co zapłaciliśmy dosyć słono za naukę
        realiów egipskich. Inwestycja była jednak opłacalna i w przyszłości
        pozwoliła uniknąć wielu egipskich trików i kombinacji. W hotelu
        oznajmiliśmy, że zostajemy na kolejna noc i rozmieniliśmy dolary na
        dzień następny. Słonko egipskie dosyć mocno dało nam znać o sobie,
        tak więc kremy po opalaniu były pierwszą rzeczą, którą użyliśmy po
        powrocie do pokoju. Ostatnim wydarzeniem dnia była kolacja w hotelu.
        Po raz pierwszy mieliśmy spróbować typowo egipskiego jedzenia.
        Restauracja mieściła się na przedostatnim piętrze hotelu. Część
        stolików wystawionych było na tarasie. Tam właśnie się udaliśmy. Nie
        ryzykując jakichś ekstrawagancji nie zamówiłem żadnych surówek tylko
        frytki i koftę oraz butelkę wody. Dodatkowo poprosiłem o sziszę
        bananową po jedzeniu. Wodę kelnerka przyniosła po chwili, ale na
        kolację musieliśmy czekać bardzo długo. Po 40 minutach zaniepokojony
        zagadnąłem kelnera czy jest szansa w dni dzisiejszym na realizację
        zamówienia. Oczywiście –odpowiedział zaraz będzie. Zaraz to około 20
        minut. Przynajmniej nic się nie zmarnowało. Myślałem, że godzinne
        czekanie na kolację to tylko anomalia ale bardzo szybko zostałem
        wyprowadzony z błędu. Fajka, którą zamówiłem razem z obiadem okazała
        się nieosiągalna. Kilkanaście minut po kolacji kelner zaczął się
        zabierać do przygotowywania sziszy. W międzyczasie powiedziałem mu,
        żeby przygotował dwie. No problem. Fajnie myślę i czekam fajki
        gotowe, węgielki rozżarzone, ale ku mojemu ogromnemu zdziwieniu i
        rozpaczy wędrują nie do mojego stolika, a do sąsiedniego, przy
        którym goście zasiedli zaledwie 20 minut temu. Ręce mi opadły i
        pytam kelnera o co chodzi? Nieszczęśnik odpowiada łamiącym głosem,
        że ten jegomość i jego goście gdzie zaniósł szisze to właściciel
        hotelu, a on nie chce stracić pracy. Jakby tego było mało były to
        jedyne dwie szisze w hotelu. W tym momencie nie wiedziałem czy mam
        się śmiać czy płakać. Witamy w Egipcie. Na pocieszenie dowiedziałem
        się, że jutro otrzymamy dwie szisze gratis. Boroczek naprawdę był
        wystraszony, więc odpuściłem. Tego dnia wiecej atrakcji już nie było.

        Następnego dnia również wstaliśmy bardzo wcześnie. Plan zwiedzania
        był napięty a czasu mało. Zamiast śniadania wstąpiliśmy na chwilkę
        do pobliskiej sziszownię na kawę i sziszę. Pierwszym punktem
        zwiedzania była wyspa Gezira. Pojechaliśmy tam metrem (1 LE). Po
        opuszczeniu metra na stacji Opera wyruszyliśmy w kierunku Cairo
        Tower, by zobaczyć panoramę Kairu. Jest ona widoczna z wielu miejsc
        w Kairze, ma dosyć ciekawy kształt, a na jej szczycie mieści się
        restauracja. Ta część Kairu jest bardzo zadbana i czysta. Po
        dotarciu do wieży okazało się, że jest aktualnie w remoncie i jest
        zamknięta. Nieco nas to rozczarowało, ale przecież głową muru nie
        przebijemy. Grzecznie zawróciliśmy i poszliśmy z powrotem w kierunku
        metra. Po drodze postanowiliśmy wynagrodzić sobie utratę wieży i
        wejść od Ogrodów Andaluzyjskich. . Wejściówka 10LE. Okazało się
        jednak, że za kamerę trzeba było zapłacić kolejne 10LE. Trudno,
        idziemy. Park jest bardzo ładny choć malutki z widokiem na Nil. Gdy
        mieliśmy przejść do następnej części, przybiegł do nas jakiś kolo i
        oznajmił, że aby dalej wejść z kamerą, trzeba zapłacić kolejne 30LE!
        Tym razem miarka się przebrała i żona mogła wypróbować świeżo
        wyuczone arabskie przekleństwa. Pan dowiedział się że jest GAZMA i
        poszliśmy dalej. Gdy się odwróciłem już przy wejściu, zobaczyłem jak
        jeden kontroler tarmosi tego pana. Cóż następnym razem muszą ustalić
        jednolitą stawkę! Po parku poszliśmy zobaczyć budynek opery i
        otaczający ją park. Muszę przyznać, że jest to bardzo piękny zakątek
        Kairu. Cały czas słyszeliśmy piękną muzykę klasyczną. Po tej
        relaksującej przerwie ponownie udaliśmy się do metra. Następny
        przystanek stacja MARI GIRGIS.
        Po dotarciu na miejsce oczom naszym ukazały się zabudowania Starego
        Kairu. Na pierwszym planie pozostałości Wieży Rzymskiej, Muzeum
        Koptyjskie i Cerkiew św. Jerzego o charakterystycznym owalnym
        kształcie. Przy wieży, która przypominała o świetności rzymskiej
        twierdzy Babilon znajduje się wejście do muzeum koptyjskiego.
        Postanowiliśmy je zwiedzić (40 LE), niestety również i tutaj nie
        wolno było wnosić kamery. Muzeum mnie szczególnie nie zachwyciło,
        ale przecież w nie każdym można oglądać skarby faraonów. Po
        zwiedzeniu muzeum udaliśmy się na cmentarz koptyjski znajdujący się
        po lewej stronie cerkwi. Jest on bardzo piękny, posiada wiele
        pięknych nagrobków w helleńskim stylu. Kolejnym etapem zwiedzania
        Kairu Koptyjskiego były piękne zabytkowe kościoły, które nadają
        klimat całej okolicy. Poza kościołami, atrakcją samą w sobie jest
        spacerowanie po wąskich uliczkach tego skrawka Kairu. Ludzie byli
        bardzo mili i jakby z innej bajki, nikt nas nie zaczepiał, nie
        oferował żadnych towarów, pięknie. Oprócz kościołów chciałem również
        zobaczyć synagogę Ben Ezry. Aby ją zobaczyć trzeba udać się na
        koniec Kairu Koptyjskiego. Z zewnątrz nie prezentuje się zbyt
        okazale, ale za to w środku urocza, niestety ponownie zwiedzałem bez
        kamery. W pobliżu Starego Kairu znajduje najstarszy meczet w Kairze –
        Amra ibn al.-Asa. Nie mogliśmy go pominąć. Po drodze minęliśmy
        nowoczesny budynek suku al.-Fustat. Zanim weszliśmy do meczetu,
        zrobiliśmy małą rundę dookoła jego murów. Widok był odstraszający.
        Dookoła meczetu, kłębiły się całe tony śmieci, w których żerowały
        psy, koty i kozy. Mijający nas ludzie przypatrywali się nam z
        ciekawością, widać turyści nie za często tu zaglądali. W środku
        meczet nie wyróżniał się niczym specjalnym. Dziedziniec wyłożony był
        najróżniejszymi dywanami, a z części przeznaczonej dla kobiet
        dolatywał odgłos odkurzacza. Żona aby wejść musiała przywdziać
        gustowną zieloną szatę z kapturem.
        Na obchodne wręczyliśmy opiekunowi meczetu mały bakszysz. Następnym
        przystankiem była wyspa Roda. Jest to malowniczy zakątek Kairu.
        Naszym celem na wyspie był Nilometr (10 LE). Jest to
        charakterystyczna budowla o stożkowatym kształcie. Kamienna kolumna
        w środku Nilometru została zbudowana w 861 roku, co oznacza że jest
        najstarszym ocalałym zabytkiem Kairu i jedyną pamiątką z okresu
        panowania Abbasydów. Po zwiedzeniu Nilometru przystanęliśmy na
        chwilę na południowym krańcu wyspy by delektować się wspaniałym
        widokiem na Nil i otaczającą go zieleń. Nadszedł czas na
        podładowanie baterii w aparacie i małą przekąskę –więc zatrzymaliśmy
        taksówkę z zamiarem udania się do hotelu. Kierowca jednak nie
        wiedział gdzie znajduje się nasz hotel. Powiedzieliśmy mu, żeby nas
        zawiózł pod Uniwersytet Amerykański w Kairze. Stamtąd do hotelu jest
        już bardzo blisko. Po paru minutach jazdy kierowca nam oznajmił, ze
        jesteś
        • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:47
          Po paru minutach jazdy kierowca nam oznajmił, ze jesteśmy na
          miejscu. Okolica jednak nie wyglądała zbyt znajomo, ale tuz prze
          nami widniał szyld Uniwersytet Amerykański w Kairze. Może to jakaś
          boczna odnoga, albo podjechaliśmy od drugiej strony, tak czy owak,
          kierowca zrobił swoje, więc zapłaciliśmy i ruszyliśmy przed siebie.
          Po kilkunastu metrach okolica nadal wyglądała nieznajomo, więc nie
          było sensu dalej błądzić. Wróciliśmy się do wejścia i zapytaliśmy o
          drogę. Okazało się, że do hotelu trzeba było przejść jeszcze spory
          kawałek. Po chwili wytchnienia w hotelu postanowiliśmy ponownie
          wyruszyć w miasto. Zbliżała się 1700, więc na zwiedzanie
          czegokolwiek w środku były marne szanse, mimo wszystko jednak
          postanowiliśmy zaryzykować.

          Pojechaliśmy zobaczyć meczet Ibn Tuluna. Kierowca taksówki
          zaoferował swoja pomoc w dostaniu się do środka, oczywiście po
          znajomości. Dobra nasza, może jednak się nam uda. Opiekun obiektu,
          do którego się udaliśmy szybko wyprowadził nas z błędu. Meczet jest
          zamknięty, ale może nas wpuścić oczywiście po znajomości do
          położonej obok madrasy. Dobra jest bierzemy co nam dają. Oczywiście
          musieliśmy uiścić bakszysz –dla Allach rzecz jasna. Okazało się, że
          Allach po godzinach bierze więcej niż w czasie pracy. Sama madrasa
          choć niewielka była bardzo ładna. Najbardziej podobały mi się kolory
          ścian i posadzki. Skoro już dostaliśmy się do środka to może uda się
          wejść na szczyt minaretu. Udało się kolejny bakszysz otworzył i te
          wrota. Widok jaki roztaczał się ze szczytu minaretu był wspaniały,
          tuż pod nami w całej krasie podziwiać można było Meczet ibn-Tuluna,
          za nim widniały minarety meczetu Al.-Azhar i cytadela. Dookoła
          madrasy kotłowały się samochody, ludzie i zwierzęta, pięknie.
          Zadowoleni i odchudzeni z funciaków postanowiliśmy powałęsać się po
          okolicy. Nieśpiesznym krokiem obeszliśmy meczet ibn Tuluna. Szliśmy
          przed siebie aż do zmroku (do tej pory nie wiem w jakiej części
          Kairu byłem), oglądając codzienne życie zwykłych mieszkańców.
          Ostatecznie niezawodną taksówką wróciliśmy do hotelu. Podczas
          kolacji mogliśmy nacieszyć się w końcu sziszą o smaku bananowym
          (kelner godzinę go szukał na mieście!). Jednak okazało się, że słowo
          gratis ma różne oblicza, to wynosiło 5 LE.

          Po posiłku wciąż było nam mało wrażeń, więc ruszyliśmy na kolejną,
          tym razem nocną eskapadę. Celem był bazar Khan Al.-Khalili i meczet
          Al.-Azhar, który nocą prezentuje się szczególnie pięknie. Noc czy
          dzień Kair o każdej porze tętni życiem. Po chwili samorzutny
          przewodnik oferował nam pomoc w poruszaniu się po bazarze.
          Poinformował nas, że po jednej stronie ulicy znajduje się bazar dla
          turystów, a po drugiej dla mieszkańców, a on ma tam stoisko z
          przyprawami. Z najwyższym trudem podziękowaliśmy za ofertę, i sami
          ruszyliśmy na bazar dla turystów. Po przejściu podziemnym przejściem
          znaleźliśmy się na głównym bazarze. Przez ponad dwie godziny
          kręciliśmy się obok straganów, szukając różnych ciekawostek.
          Nachalność sprzedawców była spora, ale kilka arabskich słów
          wystarczyło by pasowali. Na niektórych jednak działały jak czerwona
          płachta na byka, bo skoro „mówimy” po arabsku, to już nie jesteśmy
          turystami tylko swoimi chłopakami i dziewczynami, i w związku z tym
          mają dla nas good price .... Koniec końców trzeba były coś kupić,
          jak można wyjść z bazaru z pustymi rękoma. Tak więc żona kupiła
          pantofelki dla dziecka a ja węża do sziszy (wytrwał trzy miesiące).
          Po pewnym czasie zrobiliśmy się głodni i zaczęliśmy szukać jakiejś
          fajnej knajpki, ale ceny nie były zachęcające, więc wróciliśmy do
          centrum i może mało oryginalnie, ale w sprawdzony sposób
          wyładowaliśmy w MD. Gdy dotarliśmy do hotelu była już godzina 200.
          Na nic więcej nie mieliśmy już ochoty, a że kolejny dzień również
          był napięty poszliśmy spać.
          • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:47
            Następnego dnia znów wczesna pobudka. Naszym pierwszym celem jest
            Muzeum Starożytności. Chcieliśmy zdążyć przed tłumami turystów ze
            zorganizowanych wycieczek, wiec przed muzeum pojawiliśmy się przed
            900. Niestety chyba wszyscy wpadli na ten pomysł. Pomimo ogromnego
            tłoku byłem pozytywnie nastawiony do tego miejsca. Po zakupie
            biletów (50 LE), mieliśmy chwilę czasu, który przeznaczyliśmy na
            obejrzenie eksponatów stojących na zewnątrz. Dzięki temu, że nie
            odebrano mi jeszcze aparatu i kamery mogłem sfilmować co ciekawsze
            okazy. Najbardziej podobała mi się stella z wizerunkiem faraona
            Snofru z okresu Starego Państwa. Wraz z wybiciem godziny otwarcia
            muzeum wkroczyliśmy do środka. Tu definitywnie musiałem się rozstać
            z kamerą. Muzeum posiada tak wiele eksponatów i są one tak
            oszałamiające, że na dokładne zwiedzenie muzeum nie starczy całego
            dnia. My jednak wybraliśmy drogę na skróty. Zajrzeliśmy do każdej
            sali, ale tylko w niektórych zatrzymywaliśmy się na dłużej.
            Największe wrażenie zrobiła na mnie sala mumii. Wstęp do niej płaci
            się osobno (100 LE), ale warto zapłacić. Dla mnie była to esencja
            tego muzeum. Możliwość spoglądania ma zmumifikowanego Ramzesa II,
            Hatszepsut i innych faraonów jest bezcenna. Naprawdę nie żałujcie
            pieniążków i wejdźcie tam. W obu salach panuje lekki chłód i w
            porównaniu z innymi salami jest tam bardzo spokojnie. Koniecznie
            trzeba również zobaczyć mumie zwierząt, gęsi z Medum, posągi
            władców, salę poświęconą Ehnatonowi, w której zgromadzono pamiątki z
            El –Amarny. Sala poświęcona Tutenhamonowi pękała w szwach, każda
            grupa, pędzi tam zaraz po wejściu do muzeum. Odbiera to nieco
            przyjemności z podziwiania tych przedmiotów, ale ich blask i urok
            rekompensują te niedogodności. Oprócz sali, w której znajduje się
            maska i sarkofag faraona, przedmioty z grobowca zajmują całe piętro
            muzeum. Najbardziej podobał mi się przepiękny złoty tron
            przedstawiający faraona i jego żonę. Równie duże wrażenie zrobił na
            mnie rydwan faraona.

            Na zwiedzanie muzeum zeszło nam około trzech godzin. Kolejnym
            punktem była Cytadela Salladyna. Poruszaliśmy się jak zwykle
            taksówką. Po wyjściu z samochodu nasz wzrok przykuła wieża al.-
            Mukkatam z XVI wieku w przeszłości strzegąca wejścia do cytadeli.
            Przed wejściem na teren cytadeli (40 LE), musieliśmy przejść przez
            kontrolę z wykrywaczem metali. W otoczonej murami cytadeli znajduje
            się kilka wartych uwagi obiektów oraz możliwość podziwiania pięknej
            panoramy Kairu. Tego dnia przejrzystość powietrza była bardzo dobra
            i wspaniale było widać piramidy w Gizie. Widok, który na długo
            zapada w pamięci. Centralnym obiektem Cytadeli jest Meczet
            Alabastrowy. Został zbudowany w latach 1830 – 1848, a ostatecznie
            ukończono w 1857 roku. Zegar na dziedzińcu to rewanż króla Francji
            Ludwika Filipa I z 1846 roku za obelisk Ramzesa II ze świątyni w
            Luksorze. Z zewnątrz meczet wygląda imponująco, a i wewnątrz nic mu
            nie brakuje. Najbardziej widowiskowe jest oświetlenie, które
            przypomina gwiaździste niebo w nocy. Ten meczet po prostu trzeba
            zobaczyć. Następnym punktem zwiedzania był dużo starszy meczet
            Muhammada an-Nasira położony tuż obok. Jego surowe piękno i klimat
            był zupełnie inny od Meczetu Alabastrowego. Ostatnim punktem
            zwiedzania cytadeli było Muzeum Wojskowe. Czołgi, samoloty i inne
            uzbrojenie to z pewnością ciekawy widok, ale jakoś nie pasował do
            tego miejsca. Na środku placu stoi Pomnik Ibrahima Paszy na koniu. W
            tym miejscu zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek. Na zegarku prawie 15
            a w planie mamy jeszcze zwiedzenie dwóch niesamowitych budowli. Z
            cytadeli widać je dobrze i są bardzo charakterystycznym elementem
            miasta. Mowa oczywiście o Madrasie sułtana Hassana i Meczecie ar-
            Rifa`lego. Bilety do obu obiektów kupuje się w tym samym punkcie
            razem 40 LE. Madrasa sułtana Hassana powstała w latach 1356 – 1363.
            Wnętrze madrasy wyłożone jest 27 rodzajami marmuru. Finezyjne
            kształty i wzory tworzą wspaniałe widowisko. Architektonicznym
            dopełnieniem madrasy jest Meczet ar-Rifa`lego zbudowany w latach
            1869 – 1912. Meczet powstał dzięki matce chedywa Isma`ila; obecnie
            jest miejscem pochówku obojga, jak również króla Fauda (1868 – 1936)
            i króla Faruka wraz z rodziną. Znajduje się tu również grobowiec
            Mohammeda Rezy Pahlawiego – ostatniego szacha Iranu, jego pierwsza
            żona (także tu pochowana) była siostrą Faruka. Jego grobowiec
            przyozdabia flaga Iranu. Meczet jest olbrzymi, przestrzeń zamknięta
            w jego murach przytłacza. Nasz przewodnik zaprezentował nam
            właściwości akustyczne tego miejsca intonując jedna z pieśni
            muezinów – cos niesamowitego. Obie budowle robią wielkie wrażenie,
            ale nie samymi zabytkami człowiek żyje. Postanowiliśmy znaleźć jakąś
            fajna knajpkę i nieco się zrelaksować. Niestety o relaksie nie było
            mowy po wyjściu z meczetu znaleźliśmy się w samym centrum chaosu.
            Była 16 i wszyscy Egipcjanie (przynajmniej ci poszczący) byli już
            nieźle podkręceni w dodatku upał był niemiłosierny. Na ulicach
            należało mieć oczy dookoła głowy. Byłem światkiem ulicznej sprzeczki
            kiedy to autobus zajechał drogę jakiemuś fiacikowi. Kierowca
            wyskoczył z auta i z laćka zaczął okładać autokar. Krzyk, wściekłość
            i spaliny z samochodów, a do tego sierotki z europy szukające
            knajpki. Po 20 minutach lawirowania między autami wezwaliśmy
            taksówkę i się ewakuowaliśmy w bardziej przyjazną okolicę.
            Ostatecznie wylądowaliśmy w pizzerii. Następnie udaliśmy się do
            hotelu podładować akumulatory i zaplanować wieczór.
            • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:48
              Ostatecznie postanowiliśmy, że wieczorem pojedziemy na wyspę Al.-
              Gazirah i przespacerujemy się od hotelu Mariott wzdłuż Nilu aż do
              naszego hotelu. Spacer rozpoczęliśmy od wizyty na pobliskim bazarze
              z owocami. Jednak ceny jakie kazano nam zapłacić za kilka owoców
              były horrendalne. Nieco zirytowany postawą handlarzy, którzy nie
              wiedzieli, że zdążyliśmy się nauczyć arabskich cyfr odpuściłem sobie
              zakupy. Spacer wzdłuż Nilu był bardzo przyjemny. Było spokojnie i
              mniej głośno, niż w innych częściach miasta. Po drodze do mostu
              minęliśmy kilka luksusowych pływających restauracji, które
              rozświetlały okolice tysiącami lampek. Wraz ze zbliżaniem się do
              mostu coraz intensywniej wypatrywałem jakiegoś chodnika czy choćby
              ścieżki, któryby nas zaprowadziła na most. Nic z tego trzeba było
              iść skrajem ulicy. Po moście bezustanni pędziły setki samochodów.
              Dobrze, że byliśmy po właściwej stronie mostu. Na moście
              zatrzymaliśmy się na chwile by nacieszyć się widokiem Nilu pod nami
              i przepływających po nim stateczków. Po drugiej stronie nie mogliśmy
              odmówić sobie przyjemności wejścia do Hiltona. Jednak na pokój się
              już nie zdecydowaliśmy. Powoli zmierzaliśmy w kierunku hotelu, kiedy
              zaczepił nas taksówkarz czekający koło Muzeum Starożytności.
              Oczywiści proponował pomoc w zwiedzaniu miasta. Ustaliliśmy, że
              następnego dnia pojedziemy na całodniową wycieczkę do Medum i Liszt
              zobaczyć tamtejsze piramidy. Wyruszyć mięliśmy wcześnie rano, więc
              już nie marudziliśmy dłużej i poszliśmy do hotelu. Jednak wygląd
              ulic po zmroku zmieniał się niedopoznania. Wcześniej wszystko było
              pozamykane, teraz cała ulica tętniła życiem i wszędzie porozstawiane
              były stoły i krzesła, przy których gromadzili się kairczycy. Fakt
              ten spowodował, że skręciliśmy w nie tą uliczkę co trzeba.
              Spowodowało to około 20 minutowe kluczenie po okolicy. Ostatecznie
              się udało i dzień zakończyliśmy na tradycyjnej sziszy na tarasie
              restauracji.


              Wcześnie rano wyruszyliśmy na wycieczkę do Medum. Kiedy zobaczyłem w
              telewizji program o faraonie Snofru i jego piramidach wiedziałem, że
              muszę pojechać w to miejsce. Wkrótce po przejechaniu mostu na Nilu
              krajobraz zaczynał się zmieniać. Miejskie zabudowania zastąpiły
              palmy i różne poletka. Co jakiś czas mijaliśmy jakąś wioskę, w
              której ludzie z zaciekawieniem przyglądali się kairskiej taksówce.
              Widoki były najróżniejsze. Mijaliśmy dzieci w ładnych ubrankach
              idące z plecakami do szkoły, kobiety z dzbanami na głowie, osiołki
              ciągnące różnego rodzaju wynalazki na kołach i tony śmieci
              składowanych na zboczach kanałów nawadniających. Fakt ten nie
              przeszkadzał tuż obok kobietom robiącym pranie czy dzieciom kąpiącym
              się w mętnej wodzie. Po drodze do piramidy napotkaliśmy dwie zapory
              drogowe, na których nie mięliśmy żadnych problemów. Wycieczki do
              Medum nie są niczym niezwykłym i pozwolono nam jechać dalej. Przy
              drugiej zaporze dołączył do nas samochód policyjny, który nas
              eskortował do samej piramidy. Widok był niesamowity z zieleni pół i
              piasku pustyni wyłonił się kształt piramidy, niepodobnej do żadnej
              innej w Egipcie. Z dalsza wyglądała jak forteca obronna. Gdy
              dojechaliśmy na miejsce okazało się , że poza nami nie ma tam
              żadnych turystów. W kasie biletowej kupiliśmy wejściówki na teren
              piramidy (30 LE). Podczas zwiedzania towarzyszył nam przewodnik z
              karabinem. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od obejrzenia kilku eksponatów
              ustawionych przed piramidą –głównie sarkofagi. Kolejnym punktem było
              wejście do środka. Z bliska można było dostrzec fragmenty warstwy
              zewnętrznej piramidy. Do piramidy również nie wchodziliśmy sami,
              kolejny przewodnik szedł przed nami, żebyśmy przypadkiem nie
              zabłądzili. Piramida wewnątrz jest bardzo przyjemna zejście nie jest
              zbyt ostre a i oddycha się dużo lepiej niż w piramidach w Gizie.
              Ładnie oświetlona wewnątrz, pozwala przyjrzeć się dokładnie
              korytarzom. W komorze grobowej niezbyt wielkiej można podziwiać
              pierwsze na świecie sklepienie wspornikowe. Oprócz tego smaczku
              dodawał fakt, że byliśmy w najstarszym pomieszczeniu w Egipcie. Była
              to druga piramida w kraju faraonów, ale pierwsza, w której komora
              grobowa była umieszczona w środku piramidy. Po zwiedzeniu piramidy
              obeszliśmy ją dookoła zwiedzając małą świątynię po drugiej stronie.
              Pozwolono nam również wejść na szczyt piaszczystego wzniesienia skąd
              rozciągał się piękny widok na całą okolicę. Drugim obiektem wartym
              zwiedzenia w Medum jest mastaba numer 17,w której znaleziono
              słynne „gęsi z Medum”. Mastaba została okradziona już w
              starożytności. Złodzieje wykopali przejście do komory grobowej. Tą
              też drogą weszliśmy do środka. Główne wejście jest niedostępne. Aby
              dojść do komory grobowej trzeba się sporo nagimnastykować. W pewnych
              momentach jest tak wąsko, że trzeba się czołgać. Zdecydowanie
              odradzam wchodzenie tam osobą bojącym się ubrudzić, ale wszystkim
              innym powiem, ze warto. Sarkofag ma podniesione wieko, pod którym
              wciąż znajduje się starożytny młotek. Zarówno w piramidzie jak i w
              mastabie wręczyliśmy drobne bakszysze. Choć oficjalnie nikt nie może
              od nas żądać dodatkowej zapłaty, każdy puszcza oko. Po wyjściu z
              Mastaby zobaczyliśmy nadjeżdżający autokar z turystami. Ucieszyliśmy
              się, że udało nam się tu dotrzeć prze nimi. Ale nadeszła pora
              rozstania z Medum. Po chwili oczekiwania na policję ruszyliśmy w
              drogę powrotną. Jednak zanim dotarliśmy do Kairy mięliśmy
              zaplanowany jeszcze jeden postój. Mniej więcej w połowie drogi
              znajduje się mała wioska Liszt. To co zwróciło moją uwagę to dwie
              piramidy: Amenhotepa I i Sesostrisa I z XII dynastii stojące
              nieopodal.
              W tym przypadku nie było biletów i strażników. Wkraczaliśmy do
              wioski na własne ryzyko. Taksówkarz wskazał nam lokalnego
              przewodnika, który miał nas zaprowadzić do piramidy. Szybko okazało
              się jednak, że przewodników było dużo więcej. Miałem wrażenie, że
              połowa wioski idzie za nami. Ludzie byli bardzo sympatyczni,
              uśmiechali się do nas i pozdrawiali. Najfajniejsze były małe
              dzieciaki, które śmiały się do nas z każdego kąta. Wszędzie unosił
              się słodki zapach mango. Nigdy wcześniej, ani później nie czułem tak
              wszechobecnego i intensywnego zapachu. Po opuszczeniu wioski wciąż
              mieliśmy sporą niestety bardzo natrętną eskortę, praktycznie nie
              odstępowano nas na krok, aż do chwili odjazdu. Najbardziej oblegana
              była moja żona, która rozdała tam praktycznie wszystkie mazaki i
              świecidełka jakie mieliśmy przeznaczone na cały dzień. Po pokonaniu
              kilkuset metrów zobaczyliśmy piramidę Amenhotepa I w całej krasie.
              Przed nią znajdował się muzułmański cmentarz. Piramida zachowała
              niewiele ze swego dawnego wyglądu. Obecnie przypomina bardziej
              kopiec piachu niż budowlę faraonów. Po wdrapaniu się na jej szczyt
              mogliśmy podziwiać całą okolicę. Na wprost parę kilometrów od nas
              zobaczyliśmy drugą piramidę. Jednak perspektywa marsz ze
              strażnikami, nieco nas zniechęciła i postanowiliśmy wrócić do
              samochodu. Odjeżdżaliśmy szczęśliwi, że mogliśmy zobaczyć tą wioskę
              i piramidy ale również, że w końcu ją opuszczamy. Przed wjazdem do
              Kairu zatrzymaliśmy się w restauracji Sakkara, która muzyką wita
              każdego gościa. Niestety jedzenie jest tam dosyć drogie o cenach
              piwa nie wspominając. Do Kairu dojechaliśmy popołudniu. Z kierowcą
              uzgodniliśmy, że następnego dnia pojedziemy w kolejny objazd.
              Perspektywa kolejnego całodniowego zlecenia wprawiła go w doskonały
              nastrój. Po powrocie do hotelu, odbyliśmy tradycyjną naradę, co
              będziemy zwiedzać do końca dnia. W ruch poszedł przewodnik i mapki.
              Padło na Ogród Azbakijja i Katedrę Koptyjską.. Dodatkową zaletą tego
              rozwiązania był fakt, że w ten rejon można było dostać się metrem
              (stacja ATABA). Sam ogród nas nieco rozczarował, przede wszystkim
              uderzający był barak wody, która powinna wydobywać się z fontanny w
              parku. Ogród był nieco zaniedbany. Jako turyści musieliśmy kupić
              bilet
              • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:49
                Jako turyści musieliśmy kupić bilet wstępu za 5 LE. Po chwili
                relaksu ruszyliśmy na poszukiwanie katedry. Jednak zadanie to nie
                było wcale takie proste. Na mapce, którą mięliśmy w przewodniku,
                powinna znajdować się tuz obok. Ostatecznie gdyby nie pomoc
                miejscowego kopta szukalibyśmy jej pewnie do rana. Prze katedrą
                znaleźliśmy się ostatecznie o zmroku. Była schowana pomiędzy inne
                budynki, tak że moglibyśmy przejść w jej pobliżu i nie zauważyć.
                Specjalnie dla nas opiekun przybytku otworzył drzwi byśmy mogli
                obejrzeć ją od środka. Po zakończonym zwiedzaniu udaliśmy się do
                przykatedralnego sklepiku z dewocjonaljami. Z wielu artykułów które
                były tam oferowane, postanowiliśmy kupić wino mszalne. Jak to mówią
                na bezrybiu i rak ryba. Po powrocie do hotelu, w końcu mogliśmy
                wznieść toast lokalnym trunkiem. W smaku jednak było okropne i nawet
                rozcieńczone wodą nie dawało się pić. Na pocieszenie pozostał nam
                kieliszeczek naszego rodzimego dezynfektora.

                Kolejny dzień i kolejna wczesna pobudka. O godzinie 700 byliśmy już
                w drodze do Abu Sir. Znajdują się tam piramidy z V dynastii, ruiny
                świątyń i mastab. Po dotarciu na miejsce okazało się, że obszar
                piramid nie jest dostępny dla turystów. Po krótkich negocjacjach z
                opiekunami terenu ostatecznie nas wpuszczono. Razem z nami szedł
                lokalny przewodnik (później już dwóch). Na początek poszliśmy
                zobaczyć piramidę faraona Sahure oraz jego świątynię pogrzebową. Na
                jednym z kamieni zachował się kartusz z imieniem faraona. Piramida
                nie była zbyt okazała, ale można było wejść do środka. By to jednak
                zrobić przewodnik musiał otworzyć kratę. Kłódka która nie była zbyt
                często otwierana za nic nie chciała puścić. My jednak nalegaliśmy, a
                że turysta to chodzący bakszysz, kłódka została roztrzaskana sporym
                kamieniem. W środku piramidy króciutki korytarz wijący się wśród
                sterczących bloków kamiennych zaprowadził nas do malutkiej komory
                grobowej. Choć w piramidzie było światło, trzeba było cały czas
                uważać na głowę i plecy. Po wyjściu z piramidy udaliśmy się do
                świątyni Nyuserre. Zobaczyć tam można ołtarz ofiarny, kilka dobrze
                zachowanych płaskorzeźb i fragmenty malowideł. Kolejnym punktem
                zwiedzania była piramida Nyuserre. W tym przypadku nie można było
                wejść do środka. Wdrapaliśmy się więc na szczyt by zobaczyć panoramę
                Abu Sir.

                Zaraz za piramidą Nyuserre wznosiła się piramida Nefertikare,
                największa i najokazalsza ze wszystkich piramid Abu Sir. Choć czas
                odcisnął na niej swoje piętno, nadal można rozpoznać w niej
                wspaniałą piramidę schodkową. Wokół niej znajdowało się kilka innych
                obiektów z czasów faraonów, jednak były w opłakanym stanie. Po
                rozstaniu z Abu Sir przyszedł czas na spotkanie z Dahszur. Po
                niezbyt długiej jeździe znaleźliśmy się na miejscu. Bilet wstępu
                kosztował 25 LE i obejmował cały obszar piramid oraz wejście do
                Piramidy Czerwonej. Pod nią się również zatrzymaliśmy. Kierowcy
                oznajmiliśmy, że co najmniej cztery godziny nas nie będzie. Koło
                piramidy kręciło się kilkunastu turystów, głównie z Japonii.
                Pierwszym etapem zwiedzania było wejście do piramidy. Odczekaliśmy
                chwilkę, aż ostatni wycieczkowicz wyjdzie na zewnątrz i zupełnie
                sami weszliśmy do środka. Świetna sprawa, nie niepokojeni przez
                nikogo doszliśmy do komory grobowej. W piramidzie tej podobnie jak w
                Medum, również występowało sklepienie wspornikowe. Zapach stęchlizny
                był tu ogromny, bił na głowę wszystkie inne piramidy, które
                zwiedziliśmy. Jednak niech was to nie zniechęci, wejść do środka po
                prostu trzeba. Właśnie w tej piramidzie ostatecznie spoczął faraon
                Snofru. Po wyjściu na zewnątrz okazało się, że poza nami i
                strażnikami nie ma tu już zupełnie nikogo. Po lewej stronie piramidy
                zachowały się skromne ślady świątyni pogrzebowej. Do następnej
                piramidy faraona Snofru mięliśmy około dwóch kilometrów spacerku
                przez pustynię. Z radością, że w końcu można się nacieszyć
                piramidami, pustynią i tym niesamowitym klimatem starożytności bez
                irytującej obecności sprzedawców, przewodników i właścicieli
                wielbłądów ruszyliśmy w drogę. Piramida Łamana, zawdzięcza swoja
                nazwę niezwykłemu kształtowi (romboidalnemu). W wielu miejscach
                zachowała ona oryginalną białą licówkę, którą były pokrywane w
                starożytności piramidy. Wejście do piramidy jest zamknięte, a kluczy
                do masywnych drzwi nie mają nawet strażnicy. Jednak panowie byli
                bardzo kontaktowi i stwierdzili, że można przeczołgać się pod wąską
                szczeliną pod drzwiami, i jeżeli chcemy wejść do środka to nie ma
                sprawy. Oczywiście weszliśmy, ale po drugiej stronie stwierdziliśmy,
                że w środku jest zupełnie ciemno. Oczywiście na takie właśnie okazje
                mieliśmy przygotowany cały zestaw latarek, ale jak to w życiu bywa
                oczywiście zostały one w hotelu. Skoro jedna byliśmy już w środku to
                trzeba było zejść na dół. Nigdy czegoś podobnego nie przeżyłem,
                Schodziliśmy w zupełnych ciemnościach w dół najdłuższego korytarza
                jaki wybudowano w piramidach. Po dotarciu na sam dół napotkaliśmy
                nieoczekiwanie na drewniane bale, za którymi znajdowała się lichawa
                drabinka, prowadząca do wyżej położonego pomieszczenia. Dodatkowo w
                tym miejscu dobiegły nas odgłosy nietoperzy. Po krótkiej naradzie
                postanowiliśmy iść dalej. Jedynym źródłem minimalnego światła była
                podczerwień w mojej kamerze, jednak pozwalała ona jedynie dostrzec
                rzeczy oddalone o niecały metr. Po wejściu na górę poczuliśmy, że
                znajdujemy się w jakimś wielkim pomieszczeniu. Nietoperze stawały
                się coraz głośniejsze. Prze nami pojawiła się kolejna drabina, tym
                razem dużo wyższa od poprzedniej. Jedyną szansą aby przez moment
                zobaczyć gdzie się znajdujemy, było zrobienie zdjęcia z fleszem.
                Byliśmy zdumieni. Okazało się, że jesteśmy o ogromnej sami ze
                sklepieniem wspornikowym. Drabiny wiły się dobre dwadzieścia metrów
                do góry, do kolejnego korytarza, prowadzącego do komory grobowej.
                Powoli zacząłem badać drabinę, ale okazało się że szczeble mogą nie
                wytrzymać naszego ciężaru. Jeden już był ułamany. Tym razem
                odpuściliśmy, choć korciło nas mocno, aby wejść głębiej. Powoli
                zaczęliśmy się wycofywać do wyjścia. Po chwili usłyszeliśmy
                nawoływania strażników, którzy zaniepokojeni naszą przedłużającą się
                nieobecnością zaczęli nas szukać. Idący na przedzie świecił latarką,
                której wcześniej jak chcieliśmy pożyczyć nie miał. Po przeciśnięciu
                się na drugą stronę zobaczyliśmy pięciu strażników, którzy nas
                wyściskali z radości, że przeżyliśmy.

                • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:49
                  Po upewnieniu się, że wszystko w porządku i że jesteśmy zadowoleni
                  nieco odetchnęli. Każdy z nich został przez nas wynagrodzony sowitym
                  bakszyszem. Kolejnym punktem zwiedzania była piramida czarna,
                  oddalona o kolejne dwa kilometry. Jednak nie czuliśmy ani zmęczenia
                  ani głodu, byliśmy w swoim żywiole. Piramida Czarna, była kiedyś
                  piramidą schodkową. Zbudowana została dla faraona XII dynastii
                  Amenemhata III. Jednak w jego czasach sztuka budowania piramid mocno
                  odstawała od techniki Starego Państwa. Wzniesiono ją z małych
                  cegieł, które z czasem uległy destrukcji. Oryginalne cegły można
                  zobaczyć w górnych częściach tej piramidy. Tutaj nie było zupełnie
                  nikogo, nawet strażników. Do piramidy nie można było wejść, więc
                  wspięliśmy się tak wysoko jak to było możliwe by zobaczyć panoramę
                  Dahszur. Widok był wspaniały. Z jednej strony pustynia i wspaniałe
                  piramidy Snofru, z drugiej strony gaje palmowe i pola uprawne. Z
                  piramidy dostrzegliśmy mastaby i grobowce z IV dynastii schowane
                  pomiędzy wydmami pustyni. Po krótkim odpoczynku właśnie tam się
                  skierowaliśmy. Po drodze kilka razy widzieliśmy przelatujące nad
                  nami śmigłowce z pobliskiej bazy wojskowej. Mastaby otoczone były
                  murem zbudowanym z tych samych cegieł co Piramida Czarna. Wielkością
                  odpowiadają mniej wiecej współczesnym cegłom. W drodze powrotnej
                  minęliśmy jeszcze kilka grobowców z okresy Starego Państwa.
                  Reasumując Dahszur bije na głowę Gizę pod względem klimatu i radości
                  zwiedzania.

                  Kolejnym celem była mała wioska Mit-Rahina (30 LE). Zgromadzono w
                  niej skromne pozostałości po dawnej stolicy Egiptu –Memfis. Zobaczyć
                  można miedzy innymi olbrzymi posąg Ramzesa II, który znajduje się w
                  specjalnie dla niego wybudowanym pomieszczeniu. Reszta eksponatów
                  wystawiona jest w niewielkim parku. Najokazalszymi zabytkami są dwa
                  mniejsze posagi Ramzesa II, Alabastrowy Sfinks i pięknie zdobiony
                  sarkofag. Jest to dobre miejsce na chwilkę relaksu. W drodze
                  powrotnej do Kairu ponownie zatrzymaliśmy się na obiad w restauracji
                  Sakkara.

                  Tego dnia postanowiliśmy zerknąć na „Miasto Umarłych”. Jest to
                  jedna z uboższych dzielnic Kairu. Kierowca zawiózł nas do rodzinnego
                  mauzoleum Muhammada Alego –15 LE (Hawsz al.-Baszy). Znajduje się on
                  na cmentarzu południowym. Muhammad Ali wzniósł go w 1816 roku dla
                  swej ukochanej żony; spoczęli w nim również jej trzej synowie i inni
                  członkowie rodziny. Z zewnątrz budynek jest niepozorny i łatwo go
                  przeoczyć. Grobowiec jest wart odwiedzenia, choćby ze względu na
                  przepiękne zdobienia i niesamowitą atmosferę jaką wytwarza. Po
                  wyjściu obskoczyło nas kilkanaście dzieciaków. Trzeba było dość
                  zdecydowanie przejść do taksówki i zmienić lokalizację. Rozdaliśmy
                  resztkę drobnych jaką mięliśmy przy sobie ale i tak to nic nie
                  pomogło. Ostatecznie pożegnano nas małymi kamyczkami. Po raz kolejny
                  kierowca otrzymał od nas zlecenie na następny dzień, co go bardzo
                  ucieszyło. Po odpoczynku w hotelu wieczorkiem ponownie ruszyliśmy na
                  miasto. Tym razem wykombinowaliśmy, że pojedziemy jedną z lini metra
                  na ostatnią stację i zobaczymy co tam jest. El-Marg jednak nie był
                  zbyt ciekawym miejscem. Miałem wrażenie, że wszyscy się nam dziwnie
                  przyglądają. Postanowiliśmy wrócić w nasze rejony. Wysiedliśmy
                  jednak jedną stację wcześniej (Nasser) i w tej okolicy zaczęliśmy
                  szukać jakiejś fajnej knajpki. Nie musieliśmy zbyt długo szukać, tuz
                  obok stacji, trafiliśmy na niezły lokal, który serwował świetne
                  kebaby i zapiekanki.

                  • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:50
                    Ostatni dzień w Kairze rozpoczęliśmy o godzinie szóstej rano. Po
                    śniadaniu w hotelowej restauracji pojechaliśmy zobaczyć meczet Ibn
                    Tuluna. Do tej pory mogliśmy się mu przyjrzeć jedynie z minaretu
                    madrasy. Byliśmy chyba pierwszymi zwiedzającymi. Po założeniu
                    specjalnych osłon na obuwie mogliśmy rozpocząć zwiedzanie. Meczet
                    Ibn Tuluna to najbardziej imponujący i zarazem najprostszy w formie
                    obiekt tego typu jaki udało mi się zobaczyć. Sam dziedziniec zajmuje
                    2,6 ha, a fryz z drewna jaworowego z wyrytymi wersetami Koranu ma
                    ponad 2 km długości. Budowla ma specyficzny surowy klimat. Niezwykły
                    jest również spiralny minaret, z którego można podziwiać panoramę
                    miasta. Kolejnym punktem zwiedzania był Meczet Al.-Azhar, będący
                    jednocześnie uniwersytetem. W nocy prezentował się wspaniale, tym
                    razem chcieliśmy zobaczyć jak wygląda za dnia. Kompleks wybudowano w
                    971 roku jako pierwszy meczet kairskich Fatymidów. Ten jeden z
                    najstarszych uniwersytetów świata pozostaje siedzibą największych
                    autorytetów religijnych Egiptu. Do meczetu wchodziliśmy przez XV
                    wieczną bramę fryzjerów. W przeciwieństwie do innych meczetów nikt
                    tu nie dopominał się o bakszysz. Miejsce cechowało skupienie i
                    religijny charakter. Ludzie odpoczywający wewnątrz byli obojętni na
                    nasza obecność.

                    Ze świata islamu przenieśliśmy się do starożytności. Prosto z
                    meczetu Al.-Azhar pojechaliśmy do Sakkary, nekropolii miasta Memfis.
                    Jest tam wielkie skupisko piramid, grobowców, mastab i innych
                    budowli o charakterze religijnym. A przecież wciąż pod piaskiem
                    pustyni znajduje się niezliczona ilość dalszych. Odczuliśmy to na
                    własnej skórze, gdy nie pozwolono nam wejść na teren Sakkary
                    Południowej argumentując to wieloma stanowiskami archeologicznymi i
                    prowadzonymi tam pracami wykopaliskowymi. W Sakkarze pierwsze co
                    ukazuje się oczom turystów to Piramida Dżesera zwana schodkową. Jest
                    to najsłynniejszy zabytek Sakkary i najstarsza piramida w Egipcie.
                    Jednak nie tylko dla niej tu przyjechaliśmy. Naszym celem było
                    zwiedzenie jak najwięcej mastab i grobowców. Zaraz po wjechaniu na
                    teren Sakkary miała miejsce pierwsza niespodzianka. Pierwszym
                    punktem zwiedzania okazało się Muzeum Imhotepa (bilet do muzeum i na
                    cały obszar Sakkary – 50 LE), o którym nic wcześniej nie słyszałem
                    choć pracę domową odrobiłem dość solidnie. Muzeum oddano do użytku w
                    kwietniu 2006 roku. Znajdują się tam zabytki znalezione na terenie
                    Sakkary. Jednym z piękniejszych znalezisk jest sarkofag, który
                    skrywał mumię pochodzący z czasów XXX dynastii. Po wyjściu z
                    klimatyzowanego muzeum przypomniał o sobie bóg słońca. Mimo, że był
                    to dopiero początek zwiedzana trzeba było otworzyć kolejna butelkę z
                    wodą. Następnym punktem zwiedzani były tak zwane „nowe grobowce”.
                    Znajdują się one nieopodal Piramidy Unisa a swą nazwę zawdzięczają
                    faktowi, iż zostały odkopane stosunkowo niedawno. Żeby je zwiedzić
                    należy kupić specjalny bilet (25LE). Jednak warto gdyż są to jedne z
                    piękniejszych grobowców jaki udało mi się zobaczyć w Sakkarze. Po
                    zwiedzeniu dwóch grobowców udaliśmy się rampą procesyjną w kierunku
                    piramidy Unisa. Sama piramida nie jest zbyt okazała. Na jednej ze
                    ścian zachowały się resztki dawnej okładziny. Po wejściu na
                    niewielki pagórek tuż za piramidą rozciąga się piękny widok na cały
                    kompleks Sakkary. Dobrze widać również piramidy w Abu Sir, Dahszur i
                    Sakkarze Południowej. Po okrążeniu piramidy udaliśmy się w kierunku
                    głównego placu. Nim tam jednak dotarliśmy zwiedziliśmy po drodze dwa
                    grobowe z czasów V dynastii. Rzuciliśmy również okiem na grobowce
                    perskie zaliczające się do najgłębszych w Egipcie.

                    Kompleks grobowy Dżesera jest centralnym punktem Sakkary. W
                    starożytności do kompleksu wchodziło się przez specjalne wejście,
                    które zachowało się do dziś. Na lewo znajduje się kilka budowli
                    (ruiny świątyni, domy pogrzebowe itd.). Po drugiej stronie piramidy
                    znajduje się miejsce gdzie można zobaczyć faraona Dżesera. Jest to
                    Serdab, nie sposób go minąć, miłośnicy bakszyszu na pewno na to nie
                    pozwolą. Piramida z tej strony pokryta jest rusztowaniami, które
                    przywodzą na myśl jakieś próby restauracji tego zabytku. Spod
                    piramidy poszliśmy do naszej taksówki by podjechać do kolejnego
                    punktu zwiedzania mastab Mereruki i Kagemni. Po drodze zatrzymaliśmy
                    się by przyjrzeć się z bliska piramidzie Userkafa, która
                    przypominała piramidę Sahure w Abu Sir. Tuż przy mastabach znajduje
                    się piramida Tetiego. Tu niestety nie było już tak spokojnie jak
                    przy nowych grobowcach. Do mastab ciągnęły całe procesje wycieczek.
                    Jednak warto je zwiedzić Można tu podziwiać sceny ukazujące życie
                    codzienne, zainteresowania elit i zajęcia, jakim się oddawali. W
                    mastabie Kagemni wezyra faraona Tetiego możemy podziwiać przepiękny
                    posąg wezyra i jedne z najwspanialszych płaskorzeźb z okresu starego
                    państwa.
                    • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:51
                      Robienie zdjęć w mastabach jak i filmowanie jest problematyczne.
                      Ogólnie panuje zakaz ale przy małej widowni policja turystyczna i
                      lokalni przewodnicy skłonni są przymknąć oko. Oczywiście nie za
                      darmo, filmowanie w mastabach kosztowało mnie sforo funciaków.
                      Jednak pamiątka jest wspaniała. Chcieliśmy zobaczyć jeszcze
                      Serapeum, jednak po raz kolejny zaskoczył nas remont. Była to bardzo
                      niemiła niespodzianka, gdyż był to jeden z głównych punktów
                      zwiedzania Sakkary. Jednak głową muru nie przebijemy (choć
                      próbowaliśmy). Postanowiliśmy otrzeć łzy i ruszać dalej w kierunku
                      Mastaby Ti. Po drodze minęliśmy „krąg filozofów”, składający się z
                      kilku figurek z okresu helleńskiego. Przy mastabie znów było cicho
                      i spokojnie. Podobnie jak w pozostałych mastabach również i tu
                      przedstawiono sceny z życia codziennego. Ostatnią mastabą, którą
                      zwiedziliśmy była mastaba Achethotepa i Ptahhotepa. Na zwiedzaniu
                      Sakkary upłynęło nam kilka godzin i mimo, że nie udało się nam
                      zrealizować 100% planu byliśmy usatysfakcjonowani.

                      Do Kairu wróciliśmy po południu, ale jakoś nie mięliśmy ochoty
                      wracać jeszcze do hotelu. Chcieliśmy pożegnać się z tym miastem
                      kolacją w jakimś fajnym miejscu. Wybór padł na park Al.-Azhar. Jest
                      to najpiękniejszy park w Kairze jaki udało mi się zobaczyć.
                      Dodatkowo rozciąga się z niego wspaniały widok na miasto. Bilet
                      wstępu kosztuje 5 LE. W parku było bardzo czysto i wytwornie.
                      Kaskady wodne, małe fontanny i wspaniała roślinność sprzyjały
                      odpoczynkowi. Restauracja w tym parku była idealnym miejscem na
                      kolację. Niestety nawet w tym miejscu dało o sobie znać egipskie
                      poczucie czasu. Od złożenia zamówienia do realizacji minęła dobra
                      godzina i to po interwencji u kierownika lokalu. Jedzenie smaczne
                      ale nie mogę z czystym sumieniem stwierdzić, iż było go w
                      wystarczającej ilości. Koktajle owocowe natomiast –rewelacja,
                      prawdziwe mistrzostwo świata. Z żalem opuszczaliśmy park, ale trzeba
                      było się spakować i nieco odpocząć przed jutrzejszym dniem, którego
                      zwieńczeniem miała być kąpiel w Morzu Śródziemnym.

                      Następnego dnia naszą niezawodną taksówką wczesnym rankiem
                      wyruszyliśmy w kolejną podróż. Naszym końcowym celem była
                      Alexandria. Po drodze jednak chcieliśmy zwiedzić klasztory
                      koptyjskie w dolinie Wadi al.-Natrun. Jechaliśmy drogą nr 11,
                      mijając budzącą się do życia egipską Pustynię Zachodnią. Około
                      godziny ósmej dotarliśmy do Dajr al.-Baramus. Nie było żadnych
                      turystów, nawet koptów przybywających na modlitwę. Otworzono nam
                      jednak bramę i pozwolono zwiedzić klasztor. Nasz kierowca był koptem
                      więc dla niego ta trasa była dodatkowym wynagrodzeniem za jego
                      usługi. Klasztor był cichy , spokojny bardzo zadbany i czysty.
                      Zieleń pięknie harmonizowała z budynkami kompleksu. Co krok można
                      było zobaczyć różne biblijne przedstawienia, drewniane figurki i
                      kapliczki. Bardzo podobała mi się biblia przedstawiona w formie
                      wielkiej białej księgi z kwiatami w środku. Zwiedzając Klasztor w
                      pewnym momencie usłyszeliśmy śpiew dobiegający z kościoła obok.
                      Postanowiliśmy zobaczyć jak wygląda koptyjskie nabożeństwo. W
                      kościele zgromadziło się sporo wiernych, a ja czułem się trochę jak
                      intruz, ale starałem się za bardzo nie przeszkadzać. Później od
                      przyjaciela Egipcjanina dowiedziałem się, że trafiłem na święto
                      krzyża. Ceremonia bardzo różniła się od tego co można zobaczyć w
                      naszych kościołach. Mimo, iż plan był napięty spędziliśmy w tym
                      kościele ponad pół godziny z satysfakcją obserwując jak szczęśliwy
                      jest nasz kierowca. Miejsce to zapadło mi w pamięci nie tylko ze
                      względów religijnych, w tym i pozostałych klasztorach moskity były
                      wręcz nie do zniesienia. Nigdy wcześniej ani później w Egipcie nie
                      zostałem tak dotkliwie pokąsany jak wtedy. Kolejnym klasztorem,
                      który odwiedziliśmy był Anba Biszoj. Tym razem ruch był znacznie
                      większy, ale turystów było jak na lekarstwo. Podobnie jak w Dajr al.-
                      Baramus nie wymagano od nas żadnych opłat z wstęp. Jednak za każdym
                      razem uiszczaliśmy dobrowolne datki. Ostatnim klasztorem który
                      zwiedziliśmy był Dajr as-Surjan, położony tuz obok Anba Biszoj. Poza
                      pięknymi ikonami i pamiętającymi początki chrześcijaństwa
                      malowidłami ściennymi, spore wrażenie zrobiły na mnie figury
                      wszystkich przełożonych klasztoru, które zostały zgromadzone w
                      jednym pomieszczeniu. Prowadziły one dyskurs, siedząc przy stole.
                      • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:51
                        Warto tu przyjechać choć na chwilę. Ludzie których tam spotkaliśmy
                        byli niezwykle uprzejmi, z chęcią nam pomagali. Nikt nie chciał
                        żadnego bakszyszu, nie próbowali mi niczego sprzedać, zupełnie
                        jakbym był w innym kraju. Po opuszczeniu Wadi al.-Natrun
                        postanowiliśmy poszukać jakiejś restauracji jeszcze przed przyjazdem
                        do Aleksandrii. Naszą uwagę przykuł wielki szyld przedstawiający
                        tygrysa. Postanowiliśmy sprawdzić co to za lokal. Po wejściu do
                        środka zobaczyliśmy małe zoo. Pomiędzy stolikami rozstawione były
                        klatki ze zwierzętami. Można było zjeść obiad obok klatki z
                        tygrysami, strusiami, krokodylami, żółwiami i wieloma innymi
                        stworzeniami. Naprawdę niesamowite miejsce pośrodku pustkowia.
                        Niestety wystąpił mały problem. Choć znaleźliśmy się w restauracji
                        nikt nie chciał się nami zająć, a jak już kogoś złapaliśmy to
                        dowiedzieliśmy się, że teraz i tak nic nie dostaniemy bo personel
                        idzie się modlić. Wierzyć mi się nie chciało ale faktycznie wszyscy
                        praco9wnicy z dywanikami pod pachą poszli do punktu modlitewnego i
                        przez kilka minut byli zupełnie niedostępni. Przeczekam myślę,
                        miejsce śliczne więc wytrwam. Po kilkunastu minutach ponownie
                        zaczepiliśmy kelnera, który wyraźnie zniecierpliwiony powiedział, ze
                        jedzenia nie ma bo jest ramadan, pić nie wolno, ale skoro się
                        upieramy to ma jakiś placek, który za 100 LE może nam przynieść.
                        Tego już nie wytrzymałem, zwłaszcza, że gdy wchodziliśmy widziałem
                        jakichś turystów, którzy mieli normalny obiad. Zdegustowani
                        ruszyliśmy w dalszą drogę. Porządną restaurację znaleźliśmy dopiero
                        na przedmieściach Aleksandrii, gdzie za niewielkie pieniądze
                        otrzymaliśmy wspaniałe jedzeni, które starczyło by na dwa obiady.
                        Były przystawki, kofta z frytkami, grilowany kurczak z ryżem inne
                        rzeczy których nazwy już nie pamiętam. Teraz można zdobywać
                        Aleksandrię. Do miasta wjechaliśmy około godziny 1500. Pierwszą
                        rzeczą jaką należało zrobić było znalezienie hotelu. Jadąc
                        przepiękną nadmorską promenadą wypatrywaliśmy jakiegoś hotelu. Od
                        początku wiedzieliśmy, że wybór będzie całkowicie przypadkowy. Padło
                        na New Swiss Cottage. Dosyć obskurny hotel, za który mocno
                        przepłaciliśmy. Ale, żal było każdej minuty, zwłaszcza, że wieczorem
                        następnego dnia planowaliśmy ruszyć w dalsza podróż. W tym miejscu
                        pożegnaliśmy się z naszym kierowcą, który woził nas przez ostatnich
                        kilka dni wręczając mu zapłatę. W tym dniu był naprawdę szczęśliwym
                        człowiekiem. Zarobić 700 LE i odwiedzić swoje sanktuaria jednego
                        dnia –pewnie nie zdarzało mu się co dzień. Po wrzuceniu walizek i
                        wskoczeniu w stroje kąpielowe udaliśmy się w bliżej nie
                        sprecyzowanym kierunku, w poszukiwaniu plaży. Po kilku minutach
                        doszliśmy do przepięknego mostu, przy którym znajdowała się
                        publiczna plaża. Wstęp na nią kosztował nas po 5 LE. Odpoczywali na
                        niej miejscowi Egipcjanie. Z wielką radością po raz pierwszy od
                        naszego przyjazdu zanurzyliśmy się w morzu. Co prawda czystość plaży
                        pozostawiała sporo do życzenia, a tuż przy brzegu w wodzie ukryte
                        były głazy -ale co tam. Relaks był nam bardzo potrzebny.

                        Na plaży bawiliśmy do końca dnia, oglądając zachodzące powoli nad
                        horyzontem słońce. Tego dnia musieliśmy jeszcze kupić bilety na
                        pociąg do Asuanu, gdyż nie chcieliśmy zostawiać tego na ostatnia
                        chwilę. Taksówką pojechaliśmy na dworzec. Tu niemiła niespodzianka,
                        nikt nie gawarił po angielsku. Kupowanie biletów na pociąg po
                        arabsku było co najmniej ryzykowne, wiec ruszyliśmy na poszukiwania
                        tłumacza. W końcu znaleźliśmy przyjazna osobę, która stała się
                        naszym tłumaczem. Przy okienku miała miejsce kolejna niemiła
                        niespodzianka. Okazało się, że z Alexandrii możemy dojechać
                        maksymalnie do Luksoru i to nie w pociągu sypialnym a w I klasie. Po
                        błyskawicznej naradzie uzgodniliśmy, że nie będziemy wracać do Kairu
                        by dojechać do Asuanu pociągiem sypialnym. Postanowiliśmy wziąć co
                        nam dają i zakupiliśmy bilety do Luksoru na następny wieczór.
                        Powrotną drogę do hotelu postanowiliśmy przejść pieszo. Miasto
                        wieczorem prezentuje się równie uroczo co za dnia Powoli zbliżaliśmy
                        się do nadmorskiej promenady, robiąc co róż zdjęcia i filmując. Tak
                        się złożyło, że ujęliśmy w kadrze budynek żandarmerii wojskowej.
                        Następne dwadzieścia minut było bardzo niepokojące. Pościg
                        żandarmów, odebranie aparatu i kamery, wizyta na posterunku,
                        histeria żony, awantura ze strażnikami, wezwanie przełożonego,
                        żądanie kontaktu z ambasadą, odprężenie, uciszenie żony (żyje),
                        wyjaśnienie nieporozumienia, wykasowanie zdjęcia i 10 sekund filmu,
                        miłe pożegnanie z żandarmami i obelgi żony pod adresem całego Egiptu
                        i Aleksandrii przede wszystkim (na szczęście po polsku) –uff.. Tak
                        naprawę dopiero po jakiejś godzinie adrenalina zaczęła ustępować. Na
                        koniec tego pasjonującego dnia udaliśmy się do pobliskiej lodziarni
                        by nieco się ostudzić. Nim doszliśmy jednak do hotelu skusiliśmy się
                        jeszcze na sziszę. Jednak nie marudziliśmy zbyt długo gdyż
                        następnego dnia chcieliśmy zwiedzić główne zabytki i ciekawe miejsca
                        w mieście.

                        • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:52
                          Po wczesnej pobudce rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta. Po półgodzinnej
                          próbie odnalezienia Meczetu Nabi Danjala (przy pomocy mapki z
                          przewodnika) daliśmy sobie spokój i zatrzymaliśmy taksówkę. Ponieważ
                          plan zwiedzania był bardzo napięty postanowiliśmy pominąć meczet i
                          pojechać wprost do Katedry św. Katarzyny. Niestety lokalizacja tego
                          przybytku była dla kierowcy wielką zagadką. Po kilkunastominutowym
                          kluczeniu dojechaliśmy do okazałego kościoła, który według kierowcy
                          na 100% był poszukiwaną katedrą. My do końca przekonani jednak nie
                          byliśmy, ale nie grymasiliśmy i postanowiliśmy go zwiedzić. Kościół
                          był ładny choć zdecydowanie nie miał koptyjskiego charakteru. Po
                          niezbyt udanym początku poszliśmy na Maydan al.-Tahrir (o dziwo
                          trafiliśmy). Jest to przepiękny zakątek miasta –mała wysepka zieleni
                          z piękną fontanną. Kolejna taksówka i tym razem bez żadnych kłopotów
                          dojeżdżamy do meczetu Abu-Abbasa al.-Mursi. Nowo wybudowany meczet
                          zrobił na mnie spore wrażenie. Obok meczetu napotkaliśmy kolejną
                          fontannę, wokół której gromadzili się Egipcjanie. Nadmorską
                          promenadą udaliśmy się wprost do kolejnej atrakcji Aleksandrii Fortu
                          Kaitbaj, który został zbudowany na miejscu dawnej Latarni Morskiej.
                          Bilet wstępu do fortu kosztuje 20 LE. Twierdza jest przykładem
                          islamskiej architektury obronnej. Z jej murów rozciąga się piękny
                          widok na miasto, a w jej murach mieści się malutki meczet. Z fortu
                          częściowo plażą (niezbyt czystą), częściowo drogą poszliśmy w
                          kierunku Grobowców Anfuszi. Po drodze chcieliśmy przyjrzeć się nieco
                          pałacowi Ras at-Tin jednej z siedzib prezydenta Egiptu. Mogliśmy to
                          jednak zrobić jedynie z pewnej odległości, ponieważ przy próbie
                          podejścia nieco bliżej od razu w naszym kierunku leciały ostrzeżenia
                          abyśmy sobie odpuścili. Po wspomnieniach dnia wczorajszego nie
                          byliśmy zbyt natarczywi. Ptolemejskie grobowce Anfuszi nie robią
                          piorunującego wrażenia, choć na pewno warto choć na chwilę się tu
                          zatrzymać. Bilet wstępu kosztuje 15 LE. Łączą one wpływy egipskie z
                          greckimi. Po zwiedzeniu grobowców, taksówką udaliśmy się pod Kolumnę
                          Pompejusza. Po drodze zrobił się straszny korek, spowodowany kilkoma
                          procesjami pogrzebowymi. Gdy przybyliśmy na miejsce zobaczyliśmy
                          idące pełną parą prace budowlane –Właśnie tynkowano nowe okazałe
                          wejście na teren wykopalisk. Najefektowniejszą pozostałością po
                          budowlach Ptolemeuszy jest 30 metrowa kolumna z różowego granitu
                          asuańskiego, która została dedykowana cesarzowi Dioklecjanowi w 291
                          roku. Poza kolumną na miejscu dawnego forum można dziś podziwiać dwa
                          sfinksy ptolemejskie, granitowego skarabeusza i kilka pomniejszych
                          zabytków z różnych epok. Wizyta w tym miejscu to punkt obowiązkowy
                          każdej wycieczki. Od Kolumny Pompejusza jest zaledwie kilkadziesiąt
                          metrów do kolejnej wielkiej atrakcji Aleksandrii –Katakumb Kom es-
                          Szukafa. Wstęp do katakumb to wydatek wysokości 25 LE. Na miejscu
                          spotkała nas przykra niespodzianka, musieliśmy oddać do depozytu
                          kamerę i aparat. Wewnątrz katakumb znajduje się prawdziwa perełka
                          niesamowity grobowiec gdzie motywy egipskie mieszają się z greckimi.
                          Możemy tam zobaczyć brodate węże na ścianach przedsionka przy
                          wejściu do komory wewnętrznej, które oplatają szyszkę sosnową
                          Dionizosa i różdżkę Hermesa, a na głowie mają podwójne korony
                          Górnego i Dolnego Egiptu. Nad nimi widnieją Meduzy na okrągłych
                          tarczach. Wnętrze komory grobowej zajmują trzy wykute w skale
                          sarkofagi w styli rzymskim –ozdobione motywami kwiatów i owoców.
                          Wewnątrz grobowca można zobaczyć Anubisa z głową psa, odzianego w
                          strój rzymskiego legionisty z mieczem, kopią i tarczą. Z drugiej
                          strony widać boga Sobeka również w stroju rzymskiego żołnierza. Bez
                          wątpienia grobowiec był jednym z piękniejszych zabytków jaki
                          zobaczyłem w Alexandrii. Po wyjściu na zewnątrz wciąż pod wrażeniem
                          tego co zobaczyłem prze chwilą pojechaliśmy prosto do kolejnych
                          wykopalisk Kom el-Dikka. Wejście na teren wykopalisk kosztowało 15
                          LE. Główną atrakcją jest niewielki teatr rzymski z II wieku z dobrze
                          zachowaną mozaika podłogową. Tuż za teatrem znajduje się wspaniała
                          mozaika odsłonięta na podłodze rzymskiej willi (10LE) ze wspaniałymi
                          ptasimi motywami. W tym miejscu naprawdę czuje się klimat dawnego
                          Imperium Romanum. Przy wejściu na teren wykopalisk znajdują się
                          posągi niedawno wyłowione z wody niedaleko fortu Kaitbaj. Po
                          opuszczeniu wykopalisk powoli dobijała godzina 1500. Zwiedzanie
                          miasta bez przerwy od siódmej rano powoli dawało się we znaki.
                          Postanowiliśmy zrobić więc krótką przerwę na małe co nieco. Szybko
                          znaleźliśmy mało egipski lokal z szybkim jedzeniem, w którym
                          przysiedliśmy na pół godzinki.
                        • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:52
                          Po przerwie tempo zwiedzania nieco się zwolniło. Nadmorską promenadą
                          spacerkiem poszliśmy zobaczyć Bibliotekę Aleksandryjską. Po drodze
                          zajrzeliśmy do wytwornego hoteli Cecil oraz przyjrzeliśmy się z
                          zewnątrz meczetowi Ibrahima. Spacer promenadą był wspaniałym
                          przeżyciem widoki rozciągające się po obu stronach były niesamowite.
                          W końcu dotarliśmy do biblioteki, która obecnie jest na wskroś
                          nowoczesną konstrukcją. Można zaryzykować stwierdzenie, że na tle
                          innych budowli Alexandrii wygląda wręcz futurystycznie –szkło, stal
                          i woda pięknie ze sobą harmonizują. Ostatnim miejscem, które
                          chcieliśmy tego dnia zobaczyć był Park Montaza, który otacza Pałac
                          chedywa Abbasa II, który obecnie pełni funkcję kolejnej rezydencji
                          prezydenta. Przepiękne miejsce gdzie można się zrelaksować i napawać
                          oczy pięknymi widokami. Wstęp do parku kosztuje 5 LE. Tutejsza
                          prywatna plaża jest jedną z najczystszych w mieście. W parku
                          zostaliśmy aż do zachodu słońca. Opuszczając park wszyscy byliśmy
                          już mocno zmęczeni. Jednak trzeba było jeszcze pomyśleć o jakimś
                          prowiancie na podróż. Po drugiej stronie ulicy zobaczyliśmy spory
                          kompleks handlowy, w którym zrobiliśmy niezbędne zakupy: woda, woda
                          i jeszcze raz woda. Po powrocie do hotelu odebraliśmy bagaże z
                          przechowalni i chwilę odpoczęliśmy w recepcji. Co prawda do odjazdu
                          pociągu mieliśmy jeszcze sporo czasu ale nie chcieliśmy żadnych
                          nieplanowanych niespodzianek więc pożegnaliśmy się z obsługą i
                          ruszyliśmy na dworzec. Pociąg przyjechał z niewielkim opóźnieniem.
                          Przy pomocy uprzejmego pana, który podróżował do Kairu znaleźliśmy
                          swoje miejsca i mogliśmy w końcu się odprężyć. W tym miejscu pojawił
                          się jednak pewien problem. W wagonie było chyba z dziesięć stopni.
                          Czułem się jakbym zasiadł na wygodnym fotelu w lodówce. Rozejrzałem
                          się po wagonie i stwierdziłem z przerażeniem, że miejscowi sobie nic
                          z tego nie robią. Nie było innej rady zdjęliśmy dopiero co wepchane
                          na półki walizki i zaczęliśmy wygrzebywać z dna wszystko co
                          cieplejsze rzeczy. Musiałem ubrać spodnie, ciepłe skarpetki i
                          niezawodny sweterek. Zrobiliśmy trochę zamieszania i co po niektórzy
                          niezbyt przychylnie na nas zerkali, ale to nie nasza wina, że było
                          zimno jak w Polsce. Pociąg powoli nabierał tempa, za oknami było już
                          zupełnie ciemno, w końcu zmęczony trudami dnia zasnąłem.

                          Przebudziłem się gdy już było całkiem jasno. Staliśmy na jakiejś
                          stacji. Zacząłem się dopytywać co to za stacja, czy nie aby Luksor.
                          Niestety okazało się, że stoimy w Asjucie. W pierwszej chwili
                          myślałem, że to żart –jechaliśmy całą noc a do Luksoru jeszcze taki
                          kawał drogi. Pociąg wlókł się niemiłosiernie, widoki za oknem były
                          wspaniałe ale po pewnym czasie stały się monotonne. W końcu około
                          południa dotarliśmy w końcu do celu. Na peronie od razu dał o sobie
                          znać RA. Upał był niemiłosierny, a my dopiero co wysiedliśmy z
                          lodówki. Zastanawiałem się czy przetrwam taką gwałtowną zmianę
                          temperatur. Na rozmyślania nie było jednak czasu, gdyż w naszym
                          kierunku ruszyli stadnie naganiacze. Było ich około 15 ale robili
                          tyle hałasu i zamieszania, że wydawało się iż jest ich co najmniej
                          setka. Jako, że napierali na nas coraz mocniej do akcji wkroczyła
                          policja turystyczna odpychając nieco koleżków. Każdy było oczywiście
                          przedstawicielem innego hotelu, a że na nasze nieszczęście byliśmy
                          jedynymi białymi, którzy wysiedli... . Cała ta sytuacja spowodowała,
                          że zapanował ogromny przerost podaży nad popytem. Po chwili
                          zrozumieliśmy, że bez wybrania jednego z tych miłych panów dworca
                          nie opuścimy, więc żona wyjęła przewodnik i odczytała nazwę jednego
                          z hoteli. Po chwili dało się słyszeć radosne okrzyki jednego z
                          naganiaczy, który energicznymi ruchami zaczął się przepychać w
                          naszym kierunku. To mój, to mój –powtarzał. Chwycił walizki (żebyśmy
                          się nie rozmyślili) i zaprowadził nas do taksówki. Reszta panów
                          mrucząc coś pod nosem zaczęła się rozchodzić. Po drodze zaczęliśmy
                          wypytywać o cenę –okazało się, że za trzy osoby trzeba będzie
                          zapłacić 300 LE. Wydało się nam to trochę drogawo, ale w Kairze
                          płaciliśmy już podobne pieniądze, a tu miał być jeszcze basen. Po
                          chwili jednak spostrzegliśmy, że jeden z naganiaczy się nie poddał i
                          ściga nas na jakimś skuterku. Gdy zaczął wciskać nam ulotki przez
                          okno, naganiacz w taksówce zaczął energicznie zamykać okno. Jednak
                          zdążyliśmy się spytać po ile jest u niego i czy jest basen.
                          Wykrzyczał, że za trzy osoby 150 LE, basen jest a hotel jest nowy.
                          Wówczas nakazałem się kierowcy zatrzymać. Motocyklista nas dopadł i
                          zaczął wychwalać swój hotel pod niebiosa. Mój jest słynniejszy –
                          krzyczał pierwszy, mój nowocześniejszy ripostował drugi. Spytaliśmy
                          więc czy 300 LE to ostateczna cena –okazało się, że tak. Wówczas
                          wymieniliśmy naganiacza, który pozostawił swój skuterek na środku
                          miasta i zmienił się miejscami z poprzednikiem, który wściekły coś
                          mamrotał pod nosem. Pojechaliśmy dalej. Na miejscu poszliśmy
                          sprawdzić czy faktycznie hotel jest tak dobry i tani jak nam to
                          przedstawiano, na wszelki wypadek taksówkarz miał na nas czekać.
                          Okazało się, że wszystko co mówił było prawdą.
                          New Pola Hotel był nowiutki, oddany do użytku przed dwoma laty,
                          pokoje czyściutkie, piękny basen na dachu, z którego rozciągał się
                          cudowny widok na Nil, zachodni brzeg, świątynię Hatszepsut i miasto,
                          w recepcji obsługa mówiąca perfekcyjnie po angielsku, a w lodówce
                          zimna Stella. Cena 150 LE, aż wierzyć się nie chciało, po tym ile
                          płaciliśmy w Kairze i Alexandrii za słabawe hotele. Decyzja była
                          jednomyślna –zostajemy. Po wniesieniu bagaży do recepcji, Mohamed
                          Said Amen (tak nazywał się nasz naganiacz) zaprosił nas na mały
                          soczek, by dokończyć formalności meldunkowe i wszelkie inne. Jako,
                          że byliśmy zadowoleni dostał od nas spory bakszysz. Ponadto
                          zamówiliśmy u niego przelot balonem nad zachodnim brzegiem na
                          następny dzień (niecałe 60 $ od osoby). Na tym zakończyliśmy pomimo
                          propozycji zakupu innych wycieczek (miał wszystko co oferują biura
                          podróży z tą różnicą, że dużo taniej). Gdy zostaliśmy już sami,
                          mięliśmy ochotę tylko na jedno –relaks na basenie. Co za radość po
                          kilkunasto godzinnej podróży w końcu można odpocząć. Po
                          orzeźwiającej kąpieli w basenie zamówiliśmy sobie obiad i po Stelli
                          (szybko się okazało, że jedna to za mało). Obiad na dachu hotelu
                          smakował wspaniale.

                          • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:53
                            Popołudniu postanowiliśmy zwiedzić świątynię Luksorską znajdująca
                            się jakieś dwa kilometry od hotelu. W świetnych nastrojach
                            ruszyliśmy dziarsko prze siebie, odbijając pierwszą falę właścicieli
                            dorożek. Po chwili zobaczyliśmy hotel Winter Palace, który zachował
                            XIX wieczną atmosferę. Po dojściu do niewielkiego ronda z fontanną
                            po środku odprawiliśmy kolejną falę dorożkarzy. Po chwili doszliśmy
                            do naszego celu.
                            Świątynia znajduje się w samym centrum miasta. Jest niczym wyspa
                            opasana z każdej strony przez ulice. Z drogi widać ją wspaniale,
                            lecz my postanowiliśmy wejść do środka i z bliska przyjrzeć się tej
                            niezwykłej budowli (40 LE). Stojąc przed ogromnymi posągami Ramzesa
                            i granitowym obeliskiem Amenhotepa czuło się klimat dawnego Egiptu.
                            Świątynia jest wspaniała –posągi, kolumnady, dziedzińce i zdobienia
                            na ścianach robiły wrażenie. Na tle tej starożytnej świątyni dość
                            osobliwie prezentuje się meczet al.-Hadżdżadża, który choć urokliwy
                            strasznie psuje atmosferę. Prze świątynią można podziwiać aleję
                            sfinksów, która w czasach faraonów prowadziła aż do Karnaku.
                            Wracając do hotelu postanowiliśmy przyjść tu ponownie w nocy i
                            zobaczyć jak wygląda oświetlona reflektorami. Nim to jednak
                            nastąpiło zatrzymaliśmy się na chwilę na promenadzie i podziwialiśmy
                            zachód słońca nad Nilem. Świątynia w świetle sztucznym prezentuje
                            się równie wspaniale jak za dnia. Posągi i kolumny są oświetlane
                            innym światłem niż obelisk. Wrażenia murowane. Ale nie samymi
                            zabytkami człowiek, żyje i trzeba było pomyśleć o jakiejś kolacji.
                            Siedząc w MD i zajadając hamburgera z frytkami patrzyłem na budowlę
                            z przed tysięcy lat –trochę to było dziwne, ale w końcu byłem w
                            Egipcie.

                            Następnego dnia przyjechał po nas busik, który zbierał chętnych na
                            lot balonem. Po kilku minutach przyjechaliśmy nad przystań gdzie już
                            oczekiwała na nas łódź, którą przeprawiliśmy się na drugi brzeg
                            Nilu. Na łodzi, przygotowany był dla nas poczęstunek i napoje. W
                            międzyczasie wypisywaliśmy nasze imiona na pamiątkowych albumach
                            poświadczających odbycie lotu. Na drugim brzegu po odparciu
                            sprzedawców, ruszyliśmy za przewodnikiem, który kierował się do
                            miejsca startu. Po przejściu przez czyjąś zagrodę i poletko
                            zobaczyliśmy zwolna rosnący balon. Gdy wsiadaliśmy słońce było już
                            wysoko na horyzoncie. Po króciutkim instruktażu jak należy się
                            zachować w razie problemów, kapitan podgrzał atmosferę i z wolna
                            wystartowaliśmy. Miałem przyjemność stać najbliżej płomienia co w
                            połączeniu z egipskim słońcem powodowało, że chłodno mi nie było.
                            Lot trwał około 50 minut. Lecieliśmy nad świątynią Hatszepsut,
                            Ramesseum, Kolosami Memnona, Medinet Habu, dachami współczesnych
                            domówi lepianek oraz poletkami. Czasem wznosiliśmy się wysoko,
                            czasem dosłownie szorowaliśmy o ziemię ale przez cały czas czułem
                            się bezpieczny. Z góry Luksor jest niesamowity. Można dobrze
                            przyjrzeć się wnętrzom egipskich domostw, gdyż większość nie posiada
                            dachów. Z jednej strony skały i pustynia, z drugiej Nil i pas pół
                            uprawnych, z góry widać jak te dwa światy się łączą. Po wylądowaniu
                            przesiedliśmy się do samochodów wróciliśmy na przystań. W drodze
                            powrotnej na drugi brzeg otrzymaliśmy koszulki z wielkim balonem i
                            nazwą firmy, która zapewniła nam ta atrakcję. Lot był wspaniałym
                            przeżyciem, lecz to dopiero początek atrakcji jakie mieliśmy
                            zaplanowane na ten dzień. Po chwili wytchnienia w hotelu
                            zatrzymaliśmy taksówkę i ruszyliśmy w kierunku świątyni Hatszepsut.
                            Most był oddalony jakieś 10 km na południe od hotelu, i był jedyną
                            alternatywą dla samochodów. W trakcie jazdy uzgodniliśmy, że
                            taksówkarz będzie pracował dla nas cały dzień. Stawaliśmy się coraz
                            wygodniejsi, a zwiedzanie Teb bez stałego transportu było by dość
                            uciążliwe, zwłaszcza, że tego dnia było jeszcze bardziej gorąco niż
                            w poprzednie dni. Pierwszym celem stały się Kolosy Memnona, które
                            dziś rano oglądaliśmy już góry. Teraz nadszedł czas by przyjrzeć
                            się im z bliska. Dwaj milczący strażnicy strzegli nie istniejącej
                            już świątyni. Podobno dawniej wydawały jakieś dźwięki, obecnie
                            jednak są bardzo ciche. Kolejnym celem była świątynia Hatszepsut, do
                            której bilet wstępu kosztuje 25 LE. Świątynia różni się od innych,
                            jest bowiem harmonijnie wkomponowana w niezwykły, stworzony przez
                            naturę amfiteatr. Trzy tarasy z kolumnadami połączone są pochyłymi
                            rampami procesyjnymi. Sanktuarium przylega do zbocza górskiego, a
                            częściowo zostało wykute w skale. W 1997 roku w tym miejscu 58
                            cudzoziemców i czterech Egipcjan poległo od kul islamskich
                            terrorystów. Świątynię zaprojektował Senmut, faworyt królowej,
                            którego grobowiec znajduje się w pobliżu świątyni. W przywracaniu
                            świątyni do obecnego stanu duży wkład mieli polscy archeologowie. W
                            świątyni można znaleźć tablicę upamiętniającą ten wkład. Świątynia
                            jest jednym ze słynniejszych zabytków Luksoru co wiąże się z ogromną
                            liczbą zwiedzających, którzy skutecznie rozpraszają atmosferę.

                            • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:54
                              Po zwiedzeniu świątyni pojechaliśmy w kierunku ostatniej atrakcji
                              zaplanowanej na ten dzień. Po drodze do Doliny Królów, zobaczyliśmy
                              dom, w którym mieszkał najsłynniejszy archeolog na świecie – Howard
                              Carter. Bilet na teren doliny kosztował 70 LE. W klimatyzowanym
                              pawilonie, przez który przechodziliśmy można było zobaczyć makietę
                              Doliny Królów pokazującą położenie wszystkich grobowców. Na zewnątrz
                              można było skorzystać z transportu do grobowców, my jednak woleliśmy
                              przejść ten dystans na piechotę. Po kilku minutach dotarliśmy do
                              kolejnej zapory, przy której pozbyłem się kamery, lecz zachowałem
                              aparat. Bilet uprawnia do zwiedzenia trzech grobowców, jednak nigdy
                              nie wiadomo na co się trafi. Cały czas następuje rotacja, część
                              grobowców jest zamykana inne są udostępniane zwiedzającym. Nam udało
                              się zwiedzić następujące grobowce: Ramzesa I, Ramzesa III, Ramzesa
                              IX, Totmesa III, Tutenhamona i Tauserta. Przed wejściem do każdego
                              grobowca strażnik dziurkaczem znakuje bilet. Nie trzeba oddawać
                              aparatu do depozytu (z wyjątkiem grobowca Tutenhamona), ale robienie
                              zdjęć przy dwóch, trzech opiekunach wewnątrz grobowca jest dosyć
                              uciążliwe i kosztowne więc robiliśmy to sporadycznie. Po zwiedzeniu
                              trzech grobowców na moim bilecie znajdowały się tylko dwie dziurki,
                              a na żony jedna. Nie poszliśmy jednak z reklamacjami, zamiast tego
                              zwiedziłem czwarty grobowiec, a żona weszła do piątego. Ostatnim
                              grobowcem, który chcieliśmy zobaczyć był słynny KV 62. Bilet do tego
                              grobowca kosztował 80 LE. Nie można było do niego wejść na zwykły
                              bilet. Był najmniejszy ze wszystkich oglądanych przez nas grobowców.
                              Wewnątrz znajduje się sarkofag z mumią faraona. Grobowce faraonów w
                              dolinie królów są dla mnie esencją Starożytnego Egiptu. Drugi raz
                              podczas mojej wyprawy poczułem na sobie prawdziwy oddech historii
                              (pierwszy raz wewnątrz piramid).
                              W drodze powrotnej do hotelu wciąż byłem przytłoczony wspaniałością
                              malowideł i płaskorzeźb, które dane mi było dzisiaj zobaczyć. W
                              Sakkarze oglądałem piękne wnętrza mastab, lecz dopiero tutaj można
                              było doświadczyć prawdziwej maestrii starożytnych artystów. Dopiero
                              na basenie nieco ochłonąłem i nabrałem ochoty na kolejne atrakcje,
                              tym razem kulinarno-nargilowe. Pod wieczór ruszyliśmy więc na miasto
                              w poszukiwaniu jakiejś fajnej knajpki z fajkami wodnymi. Nie
                              musieliśmy szukać długo. Około kilometra od hotelu wypatrzyliśmy
                              kawiarenkę, w której przebywali głównie turyści i co bogatsi
                              Egipcjanie. Postanowiliśmy ją wypróbować. Było miło trochę się
                              jadło, piło i paliło –no może więcej niż trochę. Poznaliśmy w niej
                              kelnera pochodzącego z Nubii, który opowiedział nam kilka
                              ciekawostek o Egipcie, a także nauczył najostrzejszej odzywki w
                              rodzimym języku, jakby Enta Gazma, Mafena czy Buz Tizi nie
                              wystarczało. Nigdy jej jednak nie użyliśmy, ale jak to mówią
                              wszystko przed nami. Gdy wróciliśmy do hotelu było już po 12, ale
                              życie w Luksorze dopiero się rozkręcało. Po drodze minęło nas
                              kilkanaście bryczek wypełnionych turystami z dalekiego wschodu,
                              którzy zawsze i wszędzie (na plaży, restauracji, bazarze) poruszali
                              się stadnie. Nie szaleliśmy tego dnia dłużej gdyż umówiliśmy się z
                              kierowcą na kolejny maraton, który miał się zacząć wcześnie rano.

                              Następnego dnia zaraz po śniadaniu ruszyliśmy na drugi brzeg Nilu.
                              Ponownie zapewniliśmy sobie przychylność i pomoc kierowcy na cały
                              dzień. W kasie biletowej zakupiliśmy hurtem bilety do wszystkich
                              obiektów, które chcieliśmy zwiedzić. Wybraliśmy: Deir al.-Madina 25
                              LE, grobowce robotników 15 LE, Dolina Królowych 25 LE, Medinet Habu
                              25 LE, Ramesseum 25 LE, Świątynia Setiego I 25 LE. Grobowiec
                              Nefertari w Dolinie Królowych oraz grobowiec Menny były zamknięte.
                              Zwiedzanie zaczeliśmy od Wioski Robotników położonej na uboczu
                              głównego szlaku zwiedzania. Mieszkali w niej budowniczowie grobowców
                              faraonów, którzy w wolnych chwilach budowali dużo skromniejsze
                              grobowce dla siebie. Wioska robi największe wrażenie gdy podziwia
                              się ją z pewnej wysokości. Jednak nie tylko fundamenty domostw
                              stanowią o atrakcyjności tego miejsca, główną atrakcją są grobowce
                              robotników. Zwiedziliśmy grobowce Anherkha, Peshedu i Sennuta. Jeden
                              piękniejszy od drugiego. Malowidła przedstawiały zwykłych ludzi i
                              ich codzienne zajęcia oraz przedstawienia Egipskich Bogów. Grobowce
                              te dobitnie pokazują, że kwestia życia pozagrobowego była obsesją
                              nie tylko faraonów i możnowładców, lecz całego społeczeństwa. Oprócz
                              grobowców w Deir al.-Medina znajduje się również niewielka świątynia
                              ptolemejska, którą koniecznie chcieliśmy zobaczyć. Ściany świątyni
                              były pięknie zdobione, wszędzie widniały wizerunki egipskich bóstw,
                              pośród których dominowała bogini Hator. Po opuszczeniu świątyni
                              podszedł do nas sprzedawca pamiątek, który ośmielony faktem, ze poza
                              nami nikogo nie było w pobliżu zaproponował nam zakup starożytnych
                              pamiątek, wykopanych w okolicy. Otworzył metalową puszkę w której
                              znajdowało się mnóstwo najróżniejszych przedmiotów, jakieś mini
                              skarabeusze, talizmany, itd. Powiedziałem mu, że kupno i wywóz
                              takich pamiątek jest nielegalny i nie mam ochoty mieć problemów z
                              powodu tych rzeczy. Wówczas dowiedziałem się , że niektóre z nich są
                              znacznie młodsze i nie będzie problemu. Sądzę, że gdybym nieco
                              dłużej okazywał zainteresowanie ich wiek jeszcze by się zmniejszył,
                              ale nie miałem czasu się dłużej z nim droczyć i podziękowałem mu za
                              ofertę. Czas naglił a przed nami jeszcze tyle zwiedzania.
                              • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:54
                                Następnym punktem była Dolina Królowych. Miejsce to było
                                przeznaczone dla żon faraonów i książąt. Tylko kilka grobowców jest
                                udostępnionych publiczności. My byliśmy w trzech grobowcach, z
                                których najpiękniejszy bez wątpienia był grobowiec syna Ramzesa III
                                księcia Kha Em-Wasta. Można tam zobaczyć między innymi wizerunek
                                dziewięcioletniego księcia prowadzonego przez ojca na spotkanie
                                bogów. Po wyjściu z grobowca wdrapałem się na wzgórze mimo protestów
                                strażników by przyjrzeć się panoramie całej doliny. Podobnie jak w
                                dolinie robotników, także i tu były pustki a strażnicy bardzo
                                kontaktowi. Z Doliny Królowych pojechaliśmy do Medinet Habu.
                                Świątynia Ramzesa III jest bardzo dobrze zachowana. Do środka
                                wchodzi się przez bramę w stylu syryjskim. Drugi dziedziniec setki
                                lat później wykorzystywany był jako kościół przez koptów. Do dziś
                                przetrwało kilka posągów Ozyrysa, a także barwne płaskorzeźby pod
                                zachodnią kolumnadą. Malowidła na zewnątrz świątyni przedstawiają
                                walkę faraona z atakującymi z zachodu tzw. Ludami Morza oraz inne
                                bitwy morskie. W tej świątyni najbardziej ujęły mnie barwy. Były
                                niezwykle wyraziste i wyraźne, powodując, że na podziwianiu
                                płaskorzeźb upłynęło mi dwa razy więcej czasu niż planowałem. Dla
                                mnie była to najbardziej kolorowa świątynia w Egipcie.

                                Kolejnym celem była świątynia dosyć rzadko odwiedzana przez
                                turystów. Świątynia Setiego I leży na uboczu niedaleko kanału
                                nawadniającego egipskie poletka. Powstała ona w tym samym czasie co
                                świątynia w Abydos. Sanktuarium w Tebach poświęcona jest Amonowi i
                                ojcu Setiego Ramzesowi I. Świątynię zdobią piękne płaskorzeźby z
                                wizerunkiem Setiego i jego syna Ramzesa II. Z pewnością warto ją
                                zwiedzić, choćby na ciszę i spokój jaki tam panują. Ostatnim
                                przystankiem na tym brzegu Nilu było Ramesseum. Początkowo nie
                                planowaliśmy wchodzić do środka, gdyż z drogi doskonale ją widać.
                                Jednak przy zakupie biletów zmieniliśmy zdanie, bo a nuż coś
                                stracimy. Dziś mogę stwierdzić, że było warto jak diabli. Duża
                                część świątyni grobowej Ramzesa II popadła w ruinę, wciąż jednak
                                robi wielkie wrażenie. Przed wejściem do sali hypostylowej mieniącej
                                się wieloma barwami leżą części największego ze znanych granitowych
                                kolosów. Na pylonach uwieczniona została słynna bitwa pod Kadesz.
                                Jest tu wizerunek Tota, boga skrybów z głową ibisa, zapisującego
                                imię Ramzesa na liściach świętego drzewa. Również i tą świątynie
                                mieliśmy w całości dla siebie. Aż żal było ją opuszczać ale przed
                                nami jeszcze jeden żelazny punk programu. Świątynia do której
                                podążają wszystkie wycieczki w Luksorze –osławiony Karnak. Mimo, iż
                                przez cały dzień nic nie jedliśmy jakoś nam to nie przeszkadzało,
                                emocje związane ze zwiedzaniem były tak duże, że nawet o tym nie
                                myśleliśmy. Woda natomiast schodziła w zastraszającym tempie i przed
                                wizytą w świątyni Amona trzeba było uzupełnić jej zapas. Nie będę
                                opisywał tu wyglądu świątyni, gdyż o wspaniałej sali hypostylowej,
                                ogromnych obeliskach Hatszepsut, świętym jeziorze napełnionym wodą,
                                alei sfinksów z baranimi głowami czy wspaniałymi posągami słyszeli
                                chyba wszyscy. Przyszło mi zwiedzać ten ogromny kompleks świątynny
                                po południu, dzięki czemu mogłem podziwiać to cudo przy świetle
                                zachodzącego słońca. Wygląd świątyni od strony jeziora był wówczas
                                niesamowity. Niestety tym razem mogłem zapomnieć o kameralności i
                                spokoju, przez świątynie przetaczało się mrowie turystów, podobnie
                                jak to miało miejsce w świątyni Hatszepsut. Widząc tą potęgę
                                wyobrażałem sobie jak wspaniały musiał być to widok w czasach
                                faraonów i co musiał czuć zwykły Egipcjanin mieszkający w lepiance
                                na widok takiej świątyni.

                                Tego dnia byłem naprawdę zmęczony ale i bardzo szczęśliwy. Z
                                kierowcą ustaliliśmy szczegóły na następny dzień, który również
                                przedstawiał się okazale, po czym poszliśmy na basenik. Wieczorem po
                                kolacji postanowiliśmy z żoną zajrzeć nieco głębiej w miasto.
                                Poszliśmy na bazar poszukać jakichś ciekawostek. Było jednak to co
                                zwykle. Jednak kręcąc się po okolicy znaleźliśmy sziszownię, w
                                której trudno by szukać jakichś bladych twarzy. Postanowiliśmy
                                spróbować, tak dla odmiany czysto egipskiego klimatu. Byliśmy co
                                prawda w podobnym lokalu w Kairze, lecz ten był bardziej odjechany.
                                Gdy zasiedliśmy przy stoliku na zewnątrz kelner nie bardzo wiedział
                                co z nami zrobić. Goście w lokalu oglądali jakiś mecz, z drugiej
                                strony był jakiś ogromny dół pełny śmieci, a po drodze chodziły
                                wygłodniałe psy. My jednak nie zrażeni zamówiliśmy sobie fajkę wodną
                                i dwie pepsi. Fajka pojawiła się natychmiast –mieliśmy wybór zwykły
                                tytoń lub zwykły tytoń, na który bezpośrednio bez folii kładło się
                                rozżarzony węgiel. Po dwóch wdechach zakręciło się mi w głowie-
                                czysty diesel. Na pepsi musieliśmy poczekać nieco dłużej gdyż
                                należało ją zakupić w pobliskim sklepie. Może to dziwne ale mi się
                                tam podobało, dobrze jest czasem zejść z utartego szlaku, ale sziszy
                                palić się nie dało. W drodze powrotnej poszliśmy do tego samego
                                lokalu co dzień wcześniej gdzie się w końcu napaliliśmy.

                                • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:55
                                  Kolejny dzień w Egipcie miał przynieść nowe doznania. Tego dnia po
                                  raz pierwszy mieliśmy pojechać w konwoju. Naszym celem były
                                  świątynie w Abydos i Denderze. Wczesnym rankiem nasza taksówka
                                  zajęła swoje miejsce w konwoju, który formował się na jednej z
                                  bocznych uliczek Luksoru. Chronić nas mieli policjanci jadący z
                                  przodu i na końcu. W oczekiwaniu na start poszliśmy do spelunki po
                                  drugiej stronie drogi, gdzie w spokoju przyglądaliśmy się jak z
                                  wolna ulica budzi się do życia. Moją uwagę przykuł pewien jegomość,
                                  który właśnie się budził i głośno przeciągał. Spał on na niewielkim
                                  łóżku stojącym na chodniku przy jakimś garażu. Gdy już wstał i
                                  podrapał się po głowie podreptał do furtki znajdującej się kilka
                                  metrów od łóżka i po chwili wrócił prowadząc kilka kóz. Myślałem, że
                                  takie scenki są możliwe tylko w wioskach, lub przedmieściach, jednak
                                  ta scenka rozegrała się nieopodal głównej promenady Luksoru. Nasz
                                  kierowca dopijając szybko herbatę oznajmił, że ruszamy za pięć
                                  minut. W rzeczywistości czekaliśmy jeszcze kwadrans po czym w końcu
                                  wystartowaliśmy. Tempo jazdy było naprawdę niezłe. Po drodze co
                                  jakiś czas mijaliśmy ludzi uzbrojonych w różnego rodzaju broń
                                  pamiętającą chyba jeszcze XIX wiek. Oprócz lokalnych szeryfów co
                                  pewien czas przejeżdżaliśmy przez policyjne punkty kontrolne, gdzie
                                  samochody były liczone, czy przypadkiem się ktoś nie zawieruszył. Za
                                  każdym razem nasz kierowca powtarzał- talata polanda Abydos. Na
                                  twarzach policjantów i lokalnych strażników a także zwykłych ludzi
                                  gościł cały czas uśmiech, nie widziałem nigdzie złych spojrzeń czy
                                  oznak wrogości. Podczas całej trasy do Abydos i z powrotem
                                  kontrolowano nas chyba z sześć razy.

                                  Świątynia znajduje się w środku miasta, co tylko dodaje jej uroku.
                                  Jest to jedno z urokliwszych miejsc w Egipcie. Abydos było związane
                                  z legendą o Ozyrysie, sprawiedliwym władcy zamordowanym przez złego
                                  brata, Seta. Izyda, siostra i żona króla, rozpaczając po jego
                                  śmierci, przeszukała brzegi Nilu. Zdołała połączyć w całość
                                  porozrzucane członki męża, które udało się jej tam odnaleźć.
                                  Ożywiony Ozyrys począł z nią syna Horusa, ale wkrótce potem zmarł.
                                  Części jego ciała zostały pochowane w różnych miejscach w Górnym i
                                  Dolnym Egipcie. W Abydos miała pozostać jego głowa. Tutaj więc
                                  Ozyrys zmartwychwstał, stąd też wkroczył później jako władca i
                                  sędzia do podziemnego świata umarłych. Od czasów Średniego Państwa
                                  faraonowie i pielgrzymi pozostawiali w Abydos dary, chcąc zdobyć
                                  przychylność Ozyrysa. Najpiękniejszy podarunek dla Ozyrysa
                                  pozostawił po sobie Seti I, który wybudował bogu świątynię z
                                  siedmioma kaplicami. Seti I w swej świątyni oprócz bogów uhonorował
                                  również swoich poprzedników umieszczając ich imiona na tzw. Tablicy
                                  z Abydos o bezcennej wartości dla współczesnych badaczy i
                                  historyków.

                                  Wewnątrz można podziwiać doskonale zachowane malowidła i
                                  płaskorzeźby o kolorystyce dorównującej tym z Medinet Habu. W tym
                                  przypadku jednak świątynia posiada dach, dzięki czemu wrażenia są
                                  jeszcze intensywniejsze. Wiele ścian świątyni zdobią tak piękne i
                                  wyraziste obrazy, że wydaje się jakby zostały wykonane niedawno, a
                                  nie przed tysiącami lat. W jednej z bocznych sal znajduje się
                                  osławiona lista faraonów, która jednak dla nie znających pisma
                                  hieroglificznego możne nie wydawać się zbyt atrakcyjna. Chciało by
                                  się tą świątynię zwiedzać całymi godzinami, lecz czas naglił, a ja
                                  chciałem jeszcze zobaczyć ruiny świątyni Ramzesa II położonej
                                  niecały kilometr od świątyni Setiego I. Po opuszczeniu świątyni
                                  musiałem zaczekać na ochroniarza, gdyż samemu po Abydos nie można
                                  się wałęsać.

                                  Świątynia Ramzesa II był niemal pusta. W przeciwieństwie do świątyni
                                  Setiego I, tu panowała cisza i spokój. Oczywiście nie jest tak
                                  imponująca, ale malowidła i płaskorzeźby na ścianach są warte małego
                                  spaceru. Zachowały się one w wielu miejscach w doskonałym stanie.
                                  Świątynia schowana jest za murem i nie posiada dachu choć kilka
                                  pomieszczeń zostało przykrytych zaimprowizowanym zadaszeniem. Do obu
                                  świątyń można było wejść na ten sam bilet za 25 LE.

                                  Po powrocie do świątyni w Abydos okazało się, że nie potrzebnie się
                                  tak spieszyliśmy, gdyż odjazd miał nastąpić dopiero za 40 minut. W
                                  związku z tym wykorzystaliśmy zaproszenie naszego kierowcy na sziszę
                                  i udaliśmy się do tubylczego lokalu nie skażonego wizytami turystów.
                                  Po podniesieniu żaluzji w małym pomieszczeniu przypominającym
                                  warsztat samochodowy zapanował lekki popłoch. Wszyscy popijali
                                  herbatkę, popalali fajkę i grali w jakieś gry a tu nagle wchodzą
                                  jacyś turyści i widzą, że nie wszyscy przestrzegają ramadanu. Jednak
                                  widok kierowcy ich uspokoił –sami swoi, nikomu nie powiemy J. Po
                                  wejściu żaluzje ponownie zostały do połowy przymknięte. Szisza choć
                                  zrobiona w ten sam sposób co wczorajsza w Luksorze, tym razem
                                  nadawała się do palenia. Miejscowi byli bardzo towarzyscy i ciekawi
                                  świata. Przebywanie w takich miejscach było czystą przyjemnością i
                                  dawało posmak prawdziwego Egiptu. Również ceny były tu zwyczajne, aż
                                  się wierzyć nie chciało ile może kosztować szisza i trzy pepsi.
                                  Jednak tym razem jako, że zostaliśmy zaproszeni, Hassan zapłacił za
                                  nas. Po tej chwili relaksu ponownie ruszyliśmy w drogę.
                                  • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:55
                                    Tym razem celem była świątynia w Denderze (25 LE). Po przyjeździe na
                                    miejsce okazało się, że nie leży ona w mieście lecz na uboczu.
                                    Wkraczając na jej teren miałem wrażenie, że wchodzę do jakiejś bazy
                                    wojskowej- mury i ogrodzenia, strażnicy a wszystko po to by też
                                    przypadkiem nikt niepowołany nie mógł się do nas zbliżyć. Fakt ten
                                    spowodował, że nie było tu tej wspaniałej atmosfery co w Abydos.
                                    Choć obiektywnie muszę przyznać, że sama świątynia była piękna, choć
                                    mocno zniszczona przez chrześcijan, którzy uszkodzili wiele
                                    płaskorzeźb wewnątrz budowli. Do tej pory zachował się cały układ
                                    świątyni z pasem murów, rzymską bramą, dwoma domami narodzin i
                                    świętym jeziorem, w którym zamiast wody rosną palmy. Podczas
                                    zwiedzania świątyni pozwolono wejść nam na dach dzięki czemu
                                    mogliśmy zobaczyć cały obszar świątyni z wysokości. Widok był
                                    niesamowity, szczególnie podobało mi się święte jezioro, wyglądające
                                    jak mała oaza pośród pustyni. Z tyłu budowli można zobaczyć jeden z
                                    nielicznych wizerunków Kleopatry w towarzystwie Cezariona.

                                    W drodze powrotnej ustalaliśmy szczegóły na dzień następny.
                                    Chcieliśmy dotrzeć do Asuanu, a to oznaczało rozstanie z naszym
                                    kierowcą. Ten nas jednak zaskoczyli stwierdził, że nie tylko nas
                                    zawiezie do Asuanu, ale i tam będzie dla nas pracował, gdyż ma tam
                                    rodzinę. Ucieszyła nas ta deklaracja, gdyż zaoszczędziła nam
                                    konieczności szukania nowego przewoźnika, a ten był już sprawdzony.
                                    Przejazd do Asuanu posiadał dwa warianty, oba były konwojowane.
                                    Pierwszy zakładał bezpośredni przejazd, drugi dwa postoje po drodze –
                                    jeden w Edfu a drugi w Kom Ombo. Wybraliśmy drugi wariant. Ostatni
                                    wieczór w Luksorze spędziliśmy w tradycyjny relaksujący sposób.

                                    Wczesnym rankiem jeszcze przed wyruszeniem w drogę poszliśmy na dach
                                    hotelu by zobaczyć start balonów o świcie. Kilka z nich było już
                                    wysoko nad ziemią, inne dopiero się rozgrzewały. Po raz ostatni
                                    przyjrzeliśmy się tej pięknej panoramie. Nowy dzień zapowiadał się
                                    bardzo emocjonująco. Po raz drugi wyruszyliśmy w trasę w konwoju.
                                    Pierwszym celem była świątynia Horusa w Edfu (40 LE). Znajduje się
                                    ona około 100 km na południe od Luksoru. Ptolemejska świątynia
                                    zachowała się w bardzo dobrym stanie, włącznie z wielkim pylonem,
                                    murami zewnętrznymi, dziedzińcami, salami, sanktuarium i dachem.
                                    Płaskorzeźby przedstawiają różne święta: radosną, coroczną wizytę
                                    weselną Hator, która podążała w górę rzeki z Dendery, aby połączyć
                                    się z małżonkiem, doroczną koronację panującego monarchy, itd. W
                                    Edfu mieliśmy około godziny czasu na zwiedzenie świątyni, co ledwie
                                    wystarczyło. Przybytku strzegą królewskie krogulce, przy których
                                    ustawiała się kolejka do zdjęcia. Przy wejściu ustawiono liczne
                                    bazary, przez które trzeba było przejść by dostać się na teren
                                    świątyni. Jest to oczywiście zagranie celowe, ale ja podczas pobytu
                                    w Egipcie nabawiłem się lekkiej niechęci do tych wszystkich
                                    handlarzy i wszelkie zaczepki pozostawały bez odzewu. Następnym
                                    celem konwoju była świątynia w Kom Ombo (25LE) położona niecałe 50
                                    kilometrów na północ od Asuanu. Tu mieliśmy około 40 minut czasu na
                                    zwiedzanie. Świątynia została poświęcona Horusowi i Sobekowi.
                                    Podobnie jak świątynia w Edfu także i ta jest dziełem Ptolemeuszy.
                                    Niestety nie zachowała się ona w tak dobrym stanie jak poprzednia,
                                    lecz za to była o wiele bardziej malowniczo położona. Z terenu
                                    świątyni rozciąga się wspaniały widok na Nil. Było tu dużo
                                    spokojniej niż w Edfu, oraz co powitałem z dużą radością niemal
                                    zupełny brak sprzedawców. W centralnym punkcie świątyni możemy
                                    zobaczyć czarny kamień, który w starożytności służył jako stół
                                    ofiarny. Po wyjeździe w Kom Ombo nastąpiła ostatnia kontrola po czym
                                    konwój zaczął się rozjeżdżać po Asuanie. My jednak zamiast od razu
                                    rozpocząć poszukiwanie hotelu w celu wyładowania bagaży, ruszyliśmy
                                    prosto w kierunku Wielkiej Tamy Asuańskiej.
                                    • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:56
                                      Przy budowie tamy pracowało 30 tys. robotników przez 10 lat. Setki
                                      ton gruzu zepchnięto do Nilu, aby zbudować barierę o szerokości 4 km
                                      i wysokości 92 metrów. Cztery ogromne kanały wcięły się w granit na
                                      zachodnim brzegu, zmieniając bieg rzeki; na brzegu wschodnim
                                      zainstalowano 12 turbin. Prace ukończono w 1972 roku. Wielka Tama
                                      przecina Nil 13 km na południe od Asuanu. Za nią, na długości 800
                                      km, rozciąga się Jezioro Nassera, które sięga daleko w głąb Sudanu.
                                      Za przebywanie na tamie trzeba było zapłacić 10 LE. Z jednej strony
                                      widzieliśmy elektrownię, z drugiej ocalałą z potopu świątynię
                                      Kalabszę. Na tamie spędziliśmy około kwadrans po czym pojechaliśmy
                                      zobaczyć pomnik współpracy radziecko – egipskiej. Pomnik składa się
                                      z pięciu betonowych bloków połączonych okręgiem. Wewnątrz można
                                      zobaczyć motywy ludzkich dłoni i widoczne oznaki przyjaźni Egipcjan
                                      i Rosjan. Zwiedzając pomnik dowiedzieliśmy się, że można wjechać na
                                      szczyt pomnika. Informacja nas całkowicie zaskoczyła, cena za tą
                                      przyjemność wyniosła 30 LE. Widoki jakie rozciągały się z pomnika na
                                      tamę, świątynię, Jezioro Nassera, elektrownię, lotnisko i cały
                                      przyległy obszar był naprawdę wspaniały. Dopiero z tej wysokości
                                      można było docenić całą potęgę i rozmiary tamy. Cały teren jest
                                      bardzo zadbany i mocno strzeżony. Lepiej nie wychylać się za bardzo
                                      z kamerą, zwłaszcza po stronie elektrowni. Pobyt na Wielkiej Tamie
                                      Asuańskiej i przy pomniku był bardziej niż udany, zobaczyliśmy
                                      więcej niż planowaliśmy. W wyśmienitych nastrojach ruszyliśmy w
                                      kierunku świątyni File przejeżdżając po drodze przez starą zaporę
                                      Asuańską, którą w 1902 roku wybudowali Brytyjczycy.

                                      Świątynia File poświęcona Izydzie po wybudowaniu tamy była
                                      regularnie zalewana przez wodę. Aby uchronić ją przed zniszczeniem
                                      przeniesiono ją kamień po kamieniu na pobliską wyspę Agilkia, która
                                      została odpowiednio zmodyfikowana na przyjęcie przybysza. W kasie
                                      biletowej nabyliśmy wejściówki do świątyni (40 LE). Jednak zakup
                                      biletów nie gwarantuje jeszcze zobaczenia świątyni, należało jeszcze
                                      wynająć w przystani łódź, która by nas tam przewiozła. Początkowa
                                      cena 60 LE, wywołała u mnie sporą konsternację. Dlaczego mamy płacić
                                      60 LE za transport, kiedy bilet do świątyni kosztuje 40 LE.
                                      Przewoźnicy jednak nie byli skłonni się targować, gdyż byli pewni,
                                      że i tak zapłacę bo nie mam innego wyjścia. I tu się pomylili,
                                      jeździłem po Egipcie już ponad dwa tygodnie i co nieco się już
                                      nauczyłem. Oświadczyłem zdumionemu przewoźnikowi, że wracam do kasy
                                      i zażądam zwrotu pieniędzy za bilety, ponieważ nie mogę dostać się
                                      do świątyni, a zostało mi jedynie 25 LE, a dolarów nigdzie w pobliżu
                                      nie wymienię, a nie mam czasu tu wracać. Jak powiedziałem tak
                                      zrobiłem, na odchodne wołając żeby się napchali tą świątynią.
                                      Zagranie trochę ryzykowne, gdyż był to punkt kulminacyjny tego dnia,
                                      ale się opłaciło. Okazało się, że 25 LE to akurat tyle ile trzeba
                                      dla trzech osób na rejs tam i z powrotem z godzinnym postojem na
                                      zwiedzanie.

                                      Do świątyni płynęliśmy około 15 minut. Świątynia prezentuje się
                                      wspaniale. Z zewnątrz majestatyczna i dumna, wewnątrz tajemnicza i
                                      mistyczna. Obok znajduje się Kiosk Trajana z kolumnami w kwietne
                                      motywy i płaskorzeźby przedstawiające cesarza podczas składania
                                      ofiar Izydzie i Ozyrysowi. Wokół świątyni rozciągają się wspaniałe
                                      widoki na kamienne brzegi i wysepki na Nilu.

                                      Ostatnim punktem zwiedzania tego dnia był cmentarz Fatymidów, z
                                      przepięknymi budowlami nagrobnymi. Cmentarz jest stary i znajduje
                                      się tuż obok kamieniołomów. Aby wejść na jego teren uiściliśmy
                                      niewielki bakszysz. Jednak nie samym zwiedzaniem człowiek żyje,
                                      trzeba w końcu znaleźć hotel i zrelaksować się w kafejce. Jednak
                                      Asuan to nie Luksor i szukanie hotelu trwało zadziwiająco długo. Po
                                      czterech czy pięciu nieudanych próbach (za drogo, za obskurnie, nie
                                      ma basenu, jest basen ale oszukują na cenie) ostatecznie zostaliśmy
                                      w hotelu Ramzes. Zanim jednak zapadła ta decyzja wybuchła gwałtowna
                                      wymiana zdań, mi było już wszystko jedno, żona chciała nadal szukać.
                                      Nawet gadatliwi Egipcjanie się pochowali. Hotel nie był drogi ale
                                      naprawdę był obskurny, chyba z rok nie sprzątany, bez basenu z
                                      fatalną obsługą. Ale w końcu to tylko jedna noc, następnego dnia
                                      znajdziemy coś lepszego. Oj rozpuścił nas ten Luksor. Jedynym plusem
                                      tego hotelu był piękny widok na Nil i Grobowce dostojników na drugim
                                      brzegu, które w nocy są pięknie podświetlane.
                                      • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:56
                                        Po wyładowaniu bagaży z taksówki pojechaliśmy do sziszowni, którą
                                        polecił nam kierowca. Miała ciekawy papierowy wystrój, cała była
                                        podświetlona na zielono. Mieli tam całkiem spory wybór tytoniu.
                                        Kolejnym lokalem, który sprawdziliśmy tego wieczoru była knajpka w
                                        centrum miasta, gdzie można było spotkać innych turystów. Z naszego
                                        stolika obserwowaliśmy nocne życie Asuanu i regenerowaliśmy siły na
                                        następny dzień. Po godzinie nasz kierowca pojechał do siostry, a my
                                        weszliśmy w dyskurs z polskimi turystami, których wypuszczono na
                                        chwilę ze statku. Opowiadali nam, jak poznali prawdziwy Egipt na
                                        pobliskim bazarze i jakie to szczęście, że płyną statkiem po Nilu i
                                        nie muszą schodzić zbyt często na brzeg. To było nie do zniesienia –
                                        relacjonował pan, ten natarczywy motłoch, brud, smród i w ogóle
                                        dlaczego biali ludzie nauczyli ich pisać –po co im to. Jako, że
                                        rozmowa się nie kleiła szybko ich opuściliśmy i wolnym krokiem
                                        udaliśmy się w kierunku hotelu. Zastanawiałem się tylko dlaczego
                                        taki jeden kretyn z drugim wybierają się do Egiptu skoro jest tu aż
                                        tak fatalnie. Tego dnia nie pozostało nam już nic innego jak
                                        przykleić się do podusi i nabrać sił przed kolejnym dniem zwiedzania.

                                        Po przebudzeniu i szybkiej toalecie udaliśmy się na śniadanie, które
                                        było warte hotelu. Jednak starszy pan w szarawej galabiji, który
                                        przyniósł nam przedwczorajsze placki był niesamowicie sympatyczny i
                                        nawet dostał bakszysz. Zaraz po tym wydarzeniu wynieśliśmy się z
                                        tego hotelu ponownie pakując cały nasz majdan do taksówki. Ponowne
                                        szukanie hotelu postanowiliśmy odłożyć jednak na później, gdyż
                                        szkoda tracić najlepszy czas na zwiedzanie. Pierwszym celem był
                                        niedokończony obelisk znajdujący się w kamieniołomach północnych.
                                        Bilet kosztował 25 LE. Kamieniołomy są punktem obowiązkowym każdej
                                        wycieczki, choć moim skromnym zdaniem są nieco przereklamowane, choć
                                        zobaczyć coś nowego zawsze warto. Z kamieniołomów udaliśmy się do
                                        stojącej nieopodal Katedry Koptyjskiej. Jej wystrój był nieco
                                        surowy, lecz powstała ona stosunkowo niedawno i z pewnością w
                                        przyszłości zostanie bardziej ozdobiona. W katedrze porozmawialiśmy
                                        chwilę z opiekunem obiektu o sytuacji koptów w Egipcie i o tym jak
                                        zbudowano katedrę. Otóż gdy tutejsza lokalna społeczność
                                        chrześcijańska zwróciła się o pomoc w finansowaniu budowli do
                                        Mubaraka, usłyszeli, że do Asuanu przyjeżdża wielu turystów z Europy
                                        i żeby to ich prosić o pieniądze a nie jego. Nie wam pomogą w końcu
                                        to chrześcijanie. Mimo braku jakiejkolwiek pomocy ze strony państwa
                                        nasz rozmówca i tak był zadowolony, że w ogóle pozwolono na budowę.
                                        I tak dzięki datkom lokalnej społeczności i turystom no i oczywiście
                                        z bożą pomocą katedra stanęła. Na koniec wręczył nam obrazki
                                        przedstawiające świątynię, Jezusa i przełożonych kościoła
                                        koptyjskiego. Jego wykład był bardzo ciekawy, więc odwdzięczyliśmy
                                        się datkami na świątynię.

                                        Po opuszczeniu Katedry udaliśmy się nad przystań skąd mieliśmy
                                        ruszyć na rejs pomiędzy wyspami połączony ze zwiedzaniem. Hassan
                                        zaproponował nam usługi swego znajomego Nubijczyka (był czarny jak
                                        smoła), który był szefem kilku łodzi. Mieliśmy w planie zwiedzić
                                        Mauzoleum Agi Chana, Grobowce Dostojników, Wyspę Kitchenera i
                                        Elefantynę. Początkowa ostateczna cena wynosiła 300 LE za rejs z
                                        postojami. Targowanie szło opornie i dopiero gdy oznajmiłem, że w
                                        sumie to wystarczy jak przewiozą mnie jedynie na Elefantynę i wrócą
                                        po mnie za godzinę i zapłacę im za to 20 LE nastąpił przełom.
                                        Ostatecznie stanęło na 120 LE plus bakszysz dla szefa i przewoźnika
                                        po 10 LE. Po dobiciu targu usadowiliśmy się na dachu łódki i
                                        rozpoczęliśmy nasz mały rejs po Nilu. Po okrążeniu Elefantyny
                                        przybiliśmy do Ogrodu Botanicznego (10 LE). Jest to niewielka
                                        wysepka, z przebogatą florą. Wspaniały ogród pośrodku Nilu daje
                                        również schronienie wielu gatunkom zwierząt i ptaków. Spotkałem tam
                                        na przykład spacerującego Dudka, którego nigdy wcześniej nie
                                        widziałem na żywo. Spacer po wyspie jest wspaniałym relaksem. Z
                                        jednej strony rozciąga się widok na Asuan, z drugiej na grobowce i
                                        mauzoleum. Na krańcu wysepki znajduje się kawiarenka zachęcająca do
                                        odpoczynku, lecz na nas już czekała łódź.
                                        • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:57
                                          Po drodze na zachodni brzeg kilka razy mijaliśmy feluki, od których
                                          się aż roiło w pobliżu wysp. Gdy wysiedliśmy na brzegu zobaczyliśmy
                                          wielbłądy i ich natarczywych właścicieli, którzy za wszelką cenę
                                          chcieli nas zawieźć –obojętnie gdzie. Jednak ja miałem ochotę trochę
                                          pochodzić. Zaczęliśmy się więc wspinać w kierunku mauzoleum, gdy
                                          usłyszeliśmy, że jest zamknięte. Nie zrażony wspinałem się nadal,
                                          gdyż chciałem się mu chociaż przyjrzeć z bliska i zobaczyć ze
                                          wzgórza panoramę Asuanu. Krzyki były jednak coraz bardziej
                                          denerwujące, więc nie wytrzymałem i zapytałem na cały głos –O co
                                          chodzi, pustynia jest zamknięta czy co? Okazało się, że pustynia
                                          jest otwarta więc dali za wygraną. Ze wzgórza zobaczyłem w całej
                                          krasie Nil i wyspy, oraz całą panoramę miasta. Był to również punkt,
                                          z którego było najbliżej do Mauzoleum Agi Chana, które niestety było
                                          rzeczywiście zamknięte. Trudno, nie załamywałem się jednak i
                                          dziarsko ruszyłem na dół do naszej łodzi. Po chwili płynęliśmy już
                                          do grobowców na wzgórzu.

                                          Bilet wstępu kosztował 25 LE. Od razu został nam przydzielony
                                          przewodnik, który okazał się bardzo przydatny, gdyż bez jego pomocy
                                          ominęlibyśmy sporo atrakcji. Ponownie zapachniało dawnym Egiptem.
                                          Grobowce były super. Poza nimi zobaczyliśmy również kilka
                                          nietoperzy, ludzkie szczątki i ruiny kościoła
                                          wczesnochrześcijańskiego. To miejsce naprawdę warto odwiedzić, choć
                                          moja żona była innego zdania i zamiast podziwiać grobowce wolała
                                          pływać z krokodylami. Na szczęście nie utonęła w Nilu i mogliśmy
                                          ruszyć w dalszą drogę.

                                          Ostatnim punktem zwiedzania była Elefantyna, największa wyspa w
                                          okolicy. Zaraz po desancie zostaliśmy otoczeni przez przewodników.
                                          Mu jednak chcieliśmy najpierw poszukać kasy biletowej, by później
                                          się głupio nie wracać. Zostaliśmy jednak poinformowani, że nie
                                          trzeba biletów. Skoro tak ruszyliśmy w drogę. Na wyspie zwiedziliśmy
                                          park archeologiczny, obejmujący ruiny starożytnego miasta Aby, ruiny
                                          świątyń Chnuma i Satet oraz Nilometr. Ciekawostką była skała
                                          słoniowa, która miała naprawdę niezwykły kształt, przypominającą
                                          głowę dorosłego słonia. Może właśnie od niej pochodzi nazwa wyspy?
                                          Po obejrzeniu wszystkich zabytków od naszego przewodnika
                                          usłyszeliśmy, że musimy zapłacić po 50 LE. Odparłem, że chciałem
                                          kupić bilety, lecz on stwierdził, że nie są potrzebne. Nieco się
                                          obruszył –co myślicie, że tu nie ma żadnych wejściówek, ja wam tylko
                                          ułatwiłem sprawę. Przez jakiś czas się droczyliśmy, w końcu
                                          stwierdziłem, że bez biletu nic nie dostanie i HALAS! To go
                                          ostatecznie dobiło, mamrocząc coś gdzieś poszedł. My tymczasem
                                          zeszliśmy w dół by zobaczyć małe muzeum Asuańskie, które niestety
                                          było zamknięte. Dowiedzieliśmy się, że otworzą je dopiero za dwie
                                          godziny, a tyle nie chciało się nam czekać. Cóż następnym razem, gdy
                                          przyjedziemy w te strony, na pewno tam wstąpimy. Przy muzeum dopadł
                                          nas przewodnik i wyraźnie ucieszony przyniósł nam wykorzystane
                                          bilety właśnie do tego muzeum. Co prawda zwiedzaliśmy co innego, ale
                                          bilet to bilet, nie mówiliśmy jaki –więc tym razem nie było wyjścia.
                                          Był tylko jeden mały szkopuł, na bilecie widniała cena 25 LE. Ale za
                                          determinację i poświęcenie, każdy z nas wręczył przewodnikowi po 30
                                          LE, co wyraźnie poprawiło mu humor. Na przystani jednak nie było
                                          naszej łodzi! Po kilku minutach oczekiwania zaczęliśmy się nieco
                                          martwić, choć drugi brzeg nie był aż tak daleko nie uśmiechało się
                                          nam wracać wpław. Nie traciliśmy nadziei, wciąż przecież nie
                                          otrzymali od nas zapłaty. Po kwadransie w końcu się pojawił,
                                          tłumacząc się tym, że myślał, że dłużej będziemy bawić na wyspie a
                                          on w tym czasie wyskoczył do meczetu. Wybaczyliśmy mu- ostatni raz!
                                          Gdy stanęliśmy na drugim brzegu od razu poczułem się pewniej.
                                          Wręczyliśmy umówioną sumę szefowi i rozdaliśmy bakszysze. W między
                                          czasie, żona zdążyła kupić od syna przewoźnika jakieś paciory –tylko
                                          na chwilę spuściłem ja z oka.

                                          Nie pozostawało nam nic innego jak po raz kolejny poszukać hotelu.
                                          Także i tym razem nie od razu trafiliśmy, ale ostatecznie mieliśmy
                                          więcej szczęścia niż poprzedniego dnia. Przy pomocy naganiacza
                                          znaleźliśmy w końcu hotel, który nam odpowiadał. Nazywał się Keylany
                                          i kosztował 40 LE od osoby za noc. Hotelik był czyściutki, obsługa
                                          miła i dobrze władająca angielskim, pokoje bez zarzutu. Na dachu
                                          znajdował się nawet mini basenik i kawiarenka. Z dachy rozciągał się
                                          piękny widok na okazały meczet, który zapragnąłem zobaczyć z bliska.
                                          Znajdował się on na wzniesieniu, z którego można było podziwiać
                                          panoramę miasta. Do środka jednak nie wszedłem z dwóch powodów. Po
                                          pierwsze w moim kierunku ruszyła przekupka z córką z rękami pełnymi
                                          od pamiątek, a w dole żona została okrążona przez miejscowe
                                          dzieciaki, które obdarowane mazakami, gwizdkami, cukierkami,
                                          maskotami nadal nie ustępowały i zacząłem się obawiać o garderobę
                                          Eli, tym bardziej że od wschodu zbliżała się następna nieobdarowana
                                          grupka.

                                          • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:57
                                            Na następny dzień planowaliśmy wycieczkę do Abu Simbel, więc Hassan
                                            zaproponował nam swojego kolejnego znajomego, który dysponuje nową
                                            Toyotą z klimatyzacją. Sam nie chciał nas zawieźć gdyż jego limuzyna
                                            mogłaby tego nie przeżyć. Podjechaliśmy więc do niego spytać się co
                                            i jak. Cena 500 LE za trzy osoby w komfortowej limuzynie (naprawdę
                                            autko wypasik) nie była wygórowana, więc się zgodziliśmy. Tu
                                            rozstaliśmy się z kierowcą umawiając się jednocześnie na wieczorną
                                            sziszę tam gdzie zwykle.

                                            W końcu trzeba było coś zjeść. Udaliśmy się na promenadę w
                                            poszukiwaniu jakiejś restauracji. Najbardziej przypadła nam do gustu
                                            położona przy samej rzece Restauracja Panorama, gdzie zjedliśmy
                                            smaczny obiad i się nieco zrelaksowaliśmy. Tuż obok mogliśmy oglądać
                                            wielkie statki wycieczkowe, stojące jeden obok drugiego. Na ich
                                            pokładzie zaczęły się już przygotowania do kolacji. Po dobrym
                                            jedzonku ruszyliśmy na poszukiwanie jakiejś fajnej knajpki, w której
                                            można by zapalić sziszę i wypić Stellę. Po drodze stale nas
                                            zaczepiano i proponowano felukę, dorożkę, wycieczki, haszysz,
                                            dziewczyny, chłopaków i co tam jeszcze. My jednak na nic nie
                                            mieliśmy ochoty. W końcu znaleźliśmy naszą knajpkę gdzie spędziliśmy
                                            kolejną godzinkę. Okazało się, że w Monalizie można nie tylko
                                            zapalić sziszę ale też dobrze zjeść, co jednak odłożyliśmy na
                                            następny dzień.

                                            Ostatnim punktem dnia była szisza z Hassanem i jego siostrzeńcem, z
                                            którym jednak nie można było pogadać (arabic only). To było ostatnie
                                            spotkanie gdyż Hassan musiał już wracać do Luksoru. Chętnie
                                            posiedziałbym dłużej, ale trzeba było wracać do hotelu, gdyż
                                            następnego dnia czekała nas bardzo wczesna pobudka.

                                            Następny dzień zaczął się jeszcze w nocy. Na ulicach Asuanu panował
                                            wzmożony ruch, było nawet bardziej gwarno niż zadnia. Zeszliśmy do
                                            recepcji i na wszelki wypadek poprosiliśmy by zadzwonili do naszego
                                            kierowcy i przypomnieli mu, że ma dziś kurs. Uczynili o co prosiłem
                                            i oznajmili mi, że kierowca WIE i ma jeszcze czas. My jednak nie
                                            mogliśmy usiedzieć na miejscu. Perspektywa zobaczenia największego
                                            skarbu Nubii i jednego z najokazalszych zabytków Egiptu dodawała
                                            energii. W oczekiwaniu wyjazd wyszliśmy z hotelu żeby nieco
                                            rozprostować nogi. W międzyczasie w hotelu przygotowywano dla nas
                                            prowiant na drogę. Poprzedniego dnia ustaliliśmy z recepcją, że
                                            przechowają nasze bagaże aż do naszego odjazdu, to jest do
                                            popołudnia. Ten dzień miał być prawdziwym maratonem odległościowym.
                                            Planowaliśmy Pojechać z Asuanu do Abu Simbel i z powrotem oraz z
                                            Asuanu do Hurghady i to wszystko jednego dnia.

                                            W końcu się doczekaliśmy i zajęliśmy miejsce w konwoju. Tylko my
                                            jechaliśmy do Abu Simbel samochodem, pozostałe pojazdy to głównie
                                            autokary i busy. Nie wiadomo skąd nasz kierowca wiedział, że trzeba
                                            ruszać, choć wiele osób jeszcze się wałęsało tu i ówdzie. Jechaliśmy
                                            zaraz za pojazdem prowadzącym. Z okien samochodu mogliśmy oglądać
                                            wschód słońca nad pustynią. Dokoła rozciągało się pustkowie. Po
                                            pewnym czasie zaczęły się mi zamykać oczy, nie otwieraliśmy okien
                                            gdyż klimatyzacja działała na pełnych obrotach. Do Abu Simbel
                                            przybyliśmy jako pierwsi. Po kupnie biletów (70LE) od razu by
                                            uniknąć tłoku poszliśmy w kierunku świątyń. Chcieliśmy zrobić kilka
                                            fotek zanim słońce nie będzie zbyt ostre. Po okrążeniu sztucznej
                                            góry naszym oczom ukazała się świątynia królowej Nefertari a nieco
                                            dalej na lewo Ramzesa II. Wrażenie było porażające, jednak
                                            podziwianie tych niesamowitych budowli z zewnątrz zostawiliśmy na
                                            później, chcieliśmy pooglądać je wewnątrz, korzystając z faktu, że
                                            obszar Abu Simbel przez kilkanaście minut mamy tylko dla siebie.
                                            Zaczęliśmy od świątyni królowej. Niestety wewnątrz nie było można
                                            robić zdjęć, a strażnicy byli wyjątkowo odporni na argumenty.
                                            Pozwolili jedynie na fotki z progu świątyni. W środku zobaczyliśmy
                                            zachowane w doskonałym stanie płaskorzeźby przedstawiające
                                            niesamowite czyny faraona. Świątynia została poświęcona bogini
                                            Hator. Fasadę świątyni została ozdobiona posągami przedstawiającymi
                                            faraona jego żonę i dzieci. Posągi były w doskonałym stanie i ciężko
                                            było się od nich oderwać. Jednak na lewo czekało na nas danie
                                            główne. Świątynia Ramzesa II jest rewelacyjna. Posągi
                                            przedstawiające siedzącego faraona są w tak doskonałym stanie, jakby
                                            wykonano je wczoraj. Wnętrze świątyni aż kipi życiem. Sceny
                                            zwycięskiej bitwy faraona są niesamowite. Świątynia przytłacza swym
                                            pięknem i potęgą. Gdy już nieco ochłonąłem ludzie na dobre zaczęli
                                            się schodzić. Odszedłem trochę od świątyń by zobaczyć drugi kraniec
                                            Jeziora Nassera, po którym akurat płynął luksusowy statek
                                            wycieczkowy. Na niebie pojawił się też pierwszy samolot z turystami.
                                            Z tej perspektywy można było objąć wzrokiem obie świątynie naraz.

                                            • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:58
                                              Gdy już się napatrzyliśmy na te cuda poszliśmy do wyjścia by przy
                                              stoliku zjeść śniadanko. Cały teren wokół świątyń był bardzo
                                              zadbany. W pobliżu wejścia były bazary, na których proponowano
                                              pamiątki związane ze świątyniami. Na zwiedzanie mieliśmy ponad dwie
                                              godziny. Były to niezapomniane chwile. W drodze powrotnej do Asuanu
                                              nieco się przespałem. Przybyliśmy za wcześnie by od razu iść do
                                              hotelu po bagaże i na autobusik, więc poszliśmy na obiad do
                                              Monalizy. Zapaliliśmy ostatnią sziszę w Asuanie i podziwialiśmy
                                              feluki wolno snujące się po Nilu. Niestety wszystko co dobre szybko
                                              się kończy i w końcu trzeba było wracać. Na przystanek pojechaliśmy
                                              taksówką za 20 LE. Już zdążyliśmy odwyknąć od łapania okazji na
                                              mieście. Przystanek był niemal pusty. Kilka autobusów, smętne budki
                                              i zadaszenie –tak to mniej więcej wyglądało. Zakupiliśmy bilety do
                                              Hurghady i spoczęliśmy na pobliskiej ławce. Odjazd nastąpił
                                              punktualnie. Usadowiłem się zaraz za kierowcą by mieć fajny widok,
                                              lecz ten wkrótce po starcie zaciągnął zasłony. Wszystko było by
                                              pięknie gdyby nie uciążliwa skłonność kierowcy do używania klaksonu
                                              bez powodu. Przykładowo; mijamy faceta z osiołkiem ten bach trąbi,
                                              mijamy jakąś chatkę, ten znowu i tak co kilka minut. Co zaczynałem
                                              usypiać bach, huk. I to nie tak jak u nas na chwilę, trąbił z 10
                                              sekund, myślałem że mi się coś zagotuję, ale wytrwałem. Po chwili
                                              nastąpiło najgorsze, facet włączył radio z pieśniami religijnymi.
                                              Ale w końcu to Egipt –chciałem więc mam. Po około trzech godzinach
                                              autobus zatrzymał się w jakimś dziwnym miejscu. Była to jakaś wioska
                                              z rozstawionymi stołami. Była to pora ramadanowej kolacji więc
                                              kierowca i wszyscy podróżni Egipcjanie wysiedli i poszli jeść.
                                              Jakież było moje zdziwienie gdy po kilku minutach jakiś Egipcjanin
                                              wtargnął do autobusu i oznajmił, że bezdyskusyjnie mamy wysiadać,
                                              gdyż właśnie dla nas nakryli. Tego się nie spodziewałem, było to
                                              naprawdę miłe i sympatyczne z ich strony. Dostaliśmy egipski chleb,
                                              ryż, jakiś sos i sałatka. Dali nam również do picia soki i herbatę.
                                              Było to naprawdę wspaniałe przeżycie, którego można doświadczyć
                                              tylko podróżując samemu. Byłem naprawdę wzruszony, widok był
                                              niesamowity przy jednym długim stole siedziała chyba cała wioska. Po
                                              kolacji ruszyliśmy w dalszą drogę. Było już ciemno, nie pamiętam
                                              która godzina gdy zatrzymaliśmy się na krótki postój w Kenie. Nie
                                              trwało to jednak zbyt długo i ponownie ruszyliśmy w drogę.

                                              Do Hurghady dojechaliśmy po północy. Wysiedliśmy w Sakkali. Mimo iż
                                              było bardzo późno, życie tu kwitło w najlepsze. Tak więc po ponad
                                              dwóch tygodniach ponownie zawitaliśmy nad Morze Czerwone. Szybko
                                              odnalazła nas taksówka i po chwili już jechaliśmy do La Perli.
                                              Jednak nie był to koniec atrakcji na dzisiaj. W hotelu z
                                              rozbrajającą szczerością recepcjonista oznajmił nam, że nie ma
                                              naszej rezerwacji, która rozpoczęła się dwa dni temu i musimy
                                              normalnie zapłacić za pokój. Wulkan wybuchł. Oświadczyłem temu panu,
                                              że ma napisać oświadczenie, że nie ma naszej rezerwacji i bierze na
                                              siebie całą odpowiedzialność oraz wszelkie koszty w przypadku gdyby
                                              jednak się odnalazła. To spowodowało, że jej odnalezienie stało się
                                              jego punktem honoru. Okazało się, że VIVA TOURS figuruje tam pod
                                              jakąś inną nazwą, i że rzeczywiście mamy opłacony tydzień pobytu.
                                              Jak chce to potrafi. Jednak straciliśmy dobra godzinę, o nerwach nie
                                              mówiąc. Nie ma to jak polegać tylko na sobie. W ramach przeprosin
                                              dostaliśmy świetny pokój S2, który zrekompensował nasze straty
                                              moralne. Wszelkie próby skontaktowania się z jakąkolwiek
                                              przedstawicielką biura były bezowocne. Podczas całego naszego pobytu
                                              i kilku prób nikt się nami nie zainteresował. Po prostu wyłożyli się
                                              w naszych oczach na dobre. I tak choć nerwowo rozpoczął się nasz
                                              pobyt w Hurghadzie.

                                              Ostatnie pięć dni w Egipcie spędziliśmy na beztroskim leniuchowaniu.
                                              Nasz schemat dnia wyglądał identycznie: plaża, basen, knajpki,
                                              spacery...
                                              • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 20:59
                                                I to tyle. Jeżeli dotarłeś do tego momentu, to jesteś gotów tam
                                                jechać na własną rękę.

                                                Pozdrawiam Dario.
                                                • platynka.iw Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 22:27
                                                  Nie mam jak czytac przed komuterem :-(
                                                  Dlatego jeszcze nie czytalam-ale juz jest wydrukowane i czeka..... czeka na cisze w domu, goraca herbatke i cala dostojna otoczke..... juz sie nie moge doczekac czytania! I juz z gory Ci dziekuje!
                                                  Jak przeczytam napisze co czuje....
                                                  Pozdrawiam, Iwi
                                                • figo7000 Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 22:42
                                                  78dario napisał:

                                                  > I to tyle. Jeżeli dotarłeś do tego momentu, to jesteś gotów tam
                                                  > jechać na własną rękę.
                                                  >
                                                  > Pozdrawiam Dario.

                                                  DZIĘKUJĘ, świetna relacja!
                                                  Ja się raczej nie wybieram ale tak szczegółowy opis na pewno zachęci
                                                  wiele osób.
                                                • matanzas Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 22:51
                                                  Jestem pod wrażeniem -REWELACJA !!!!!
                                                  • janan2 Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 20.04.08, 09:53
                                                    matanzas napisał:

                                                    > Jestem pod wrażeniem -REWELACJA !!!!!
                                                    Mogę tylko dołączyć do powyższego stwierdzenia.A jakby można było rzuć parę ich
                                                    słów na odczepne (taka obrona przed natrętami)i co one mniej więcej znaczą żeby
                                                    nie przeholować.Gdzieś to już widziałem ale mi umknęło i nie mogę
                                                    odnależć.Gratulacje!!!
                                                  • wp2007 Re: do matanzas 20.04.08, 14:01
                                                    Jeżeli ktos pisze na temat , wiernie oddaje swoje wrażenia to taki
                                                    opis musi budzic podziw i zainteresowanie wszystkich forowiczow. Juz
                                                    ten temat kiedyś poruszałem - mogę tylko napisac - A NIE MÓWILEM.
                                                    wp2007
                                                • buterfly5 Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 20.04.08, 13:43
                                                  Szukran!!!
                                                • kasia_p45 Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 22.04.08, 21:44
                                                  wow.... co za historia :)))
    • imka.allegro Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 22:08
      Absolutna RE-WE-LA-CJA.
      Dzięki że Ci się chciało! :))

      Imka (pytania później, zieeeeef....! ;)
    • 0nna Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 19.04.08, 23:59

      Wspaniałe, gratulacje
    • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 20.04.08, 13:39
      HURGHADA

      HOTEL LA PERLA

      W Hurghadzie przez pięć dni mieszkaliśmy w trzy gwiazdkowym hotelu
      La Perla w opcji HB. Hotel jest położony w Sakkali tuż przy drodze.
      Posiada niewielki basen ulokowany w ogrodzie, w którym znajduje się
      niewielki parkiecik. Pokoje były zadbane i funkcjonalne. Co do
      czystości nie mam żadnych zastrzeżeń. Co do zwierząt w ostatnim dniu
      pobytu zza klimatyzatora wyszła niewielka jaszczurka, która była
      jednak bardzo sympatyczna. Co do jedzenia to dla mnie było w
      porządku. Do godziny siedemnastej w hotelu nie chciano nam podać
      sziszy o piwie nie wspominając. Było to dosyć dziwne ponieważ we
      wszystkich knajpkach w pobliżu nie było z tym żadnych problemów.
      Jednak właściciel hotelu jest bardzo konserwatywny i ściśle
      przestrzegał ramadanu. W całym hotelu pracowali wyłącznie mężczyźni.
      Brakowało tu luzu jaki był w hotelu New Pola w Luksorze, a przecież
      byliśmy w mecce turystycznej Egiptu. Żeby zapalić sziszę w hotelu
      przed siedemnastą musieliśmy iść do hotelowej chińskiej knajpki,
      gdzie kelnerzy cichcem nam ją przyrządzili. Kolacje były serwowane w
      ogrodzie przy basenie. Był to bardzo fajny pomysł, minusem były
      jednak komary, które nie dawały ani chwili oddechu. Raz w tygodniu
      miały miejsce występy tancerki brzucha. Była to jedyna zauważona
      przeze mnie rozrywka jaką przygotował hotel dla swych gości.

      PLAŻA

      Goście hotelu La Perla mogli bezpłatnie korzystać z plaży przy
      hotelu Old Vic. Znajdowała się ona jakieś 300 metrów od hotelu. Aby
      wejść na plażę należało wcześniej odebrać w recepcji jednodniową
      przepustkę, którą pokazywało się w hotelu Old Vic. Plaża była bardzo
      zadbana i dosyć duża. Na jej teren nie można było wnosić żadnych
      napojów. Przy plaży znajdował się bar, w którym można było kupić
      napoje bezalkoholowe, piwa nie serwowano. Ceny jednak były
      skandaliczne. Można było za darmo korzystać z leżaków i materaców.
      Co pewien czas dostawaliśmy oferty wykupienia różnych lokalnych
      wycieczek.

      POZA HOTELEM

      Po wyjściu z hotelu niezależnie od pory dnia od razu byliśmy
      zapraszani przez taksówkarzy do skorzystania z ich usług. Tuż obok
      hotelu znajdowały się sklepiki, obok których nie można było przejść
      niezauważonym. Tuż za nimi był obwarowany punkt kontrolny w którym
      cały czas kilku policjantów w pełnym uzbrojeniu wypatrywało wroga.
      Karabiny były wycelowane we wszystkie strony. Na ich widok od razu
      czułem się bezpieczniejszy. Skoro hotel nie domagał na piwko i
      sziszę chodziliśmy zazwyczaj do pobliskiej knajpki Bella Salsa.
      Wieczorami spacerowaliśmy po pięknej promenadzie wypełnionej
      sklepami, kafejkami i wszystkim czego turysta może zapragnąć.
      Odwiedziliśmy Restaurację Libańską, gdzie odbywały się wieczorne
      występy. Czasem zdarzyło nam się odwiedzić MD czy jakiś inny fast
      food. Zrobiliśmy również wypad do Daharu, który był najstarszą
      częścią Hurghady

      PAMIĄTKI

      Po dwutygodniowym przedzieraniu się przez Egipt nauczyłem się już
      wielu egipskich sztuczek i w Hurghadzie niewiele mnie już potrafiło
      zaskoczyć. Sklepów z pamiątkami było mnóstwo, a ja chciałem kupić
      tylko kilka drobiazgów, więc zawsze osiągałem cenę która mi
      odpowiadała. Kupiliśmy egipską porcelanę, talerzyk ozdobny, kilka
      papirusów, jakieś posążki i dzbanuszek. Nabyliśmy też trochę tytoniu
      do sziszy, który pod koniec pobytu kupowaliśmy po 1,5 LE za paczkę.
      Na Khan el Khalili byliśmy szczęśliwi jak znaleźliśmy coś za 3 LE.

      WYPAD DO SAFAGI

      Mimo, że w Hurghadzie głównym celem był odpoczynek nie potrafiliśmy
      usiedzieć na miejscu. Postanowiliśmy pojechać więc do położonej na
      południe od Hurghady Safagi, w której chcieliśmy odwiedzić rodzinę
      naszego egipskiego przyjaciela mieszkającego na stałe w Polsce. W
      tym celu zatrzymaliśmy taksówkę, lecz kierowcy nawet nie chcieli
      słyszeć o tak odległym kursie, a ci co się przełamywali żądali od
      nas od 200 do 150 LE za ten kurs w jedną stronę. Po przepuszczeniu
      dwudziestej taksówki zatrzymał się busik z polskimi turystami, gdy
      kierowca usłyszał gdzie ma jechać tylko się uśmiechną, a jakaś pani
      spytała co to jest ta Safadża, a gdy powiedziałem aż jęknęła -o boże
      tak daleko. Halas uciąłem męczącą konwersacje i czekałem dalej. Przy
      trzydziestym podejściu trafił się śmiałek, który za 50 LE postanowił
      odbyć tą eskapadę, nie zważając na zagrożenia po drodze. Jęczał cos
      o problemach z policją i że mogą nas nie przepuścić, bo turysta bez
      problemu może do Hurghady wjechać ale wypuścić go się już boją. Po
      drodze przejechaliśmy przez dwa punkty kontrolne, na jednym
      musieliśmy dać10 LE policjantowi, gdyż nasz taksówkarz mógł by mieć
      kłopoty. Nim dojechaliśmy do Safagi cały był spocony i wypalił z 10
      papierosów, ale się przebił. Safaga okazała się niewielką osadą, w
      której życie toczyło się wzdłuż głównej ulicy, przy której stał
      meczet. Pojechaliśmy odwiedzić brata naszego przyjaciela, który
      pracował w Holiday Inn. Spotkanie było bardzo sympatyczne,
      chcieliśmy pojechać jeszcze do jego rodziców, lecz ci akurat
      pojechali ja jakąś uroczystość do Kairu. Czas mijał szybko a mu
      musieliśmy wracać na kolację. Z powrotem pojechaliśmy również
      taksówką, tym razem nie było problemów. Po drodze mijaliśmy Sharm el
      Naga gdzie ponoć są wspaniałe warunki do snurkowania. Tym razem nie
      mięliśmy czasu może innym razem.

      WYJAZD

      W ostatni dzień pobytu rano na recepcji dowiedzieliśmy się, że do 12
      musimy opuścić pokój. Pomyślałem, że to jakiś żart gdyż nasz pobyt w
      hotelu kończył się o 12 następnego dnia, a wylot był zaplanowany na
      rano. Recepcjonista był mało komunikatywny i nie trafiały do niego
      żadne tłumaczenia, że ma w rękach nieaktualny woucher, a nasz pobyt
      w hotelu zaczął się dzień później niż miał tam napisane. Po raz
      kolejny próbowaliśmy uzyskać jakąkolwiek pomoc od przedstawicieli
      VIVA TOURS jednak z nikim nie było kontaktu. Po raz kolejny
      musieliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Pojechaliśmy taksówką do
      hotelu ROMA, kolejnego z listy tego biura w nadziei, że tam złapiemy
      jakiś kontakt. Udało się nam znaleźć numer do kolejnej rezydentki,
      która o dziwo odebrała telefon. Jakież było nasze zdziwienie gdy
      dowiedzieliśmy się, że już nie pracuje dla VIVA TOURS, a zachowanie
      naszej rezydentki, która nas olała nie jest normą wśród
      przedstawicieli VIVA TOURS. Wciąż jednak nie mieliśmy zamiaru się
      poddać. Wygrzebaliśmy numer od egipskiego współpracownika VIVA TOURS
      i po raz kolejny zadzwoniliśmy. Tym razem nastąpił przełom. Zmartwił
      się on bardzo naszą sytuacją i obiecał, że za kwadrans będzie w La
      Perli i wszystko załatwi. Wróciliśmy więc do hotelu i czekaliśmy.
      Przyjechał punktualnie i od razu zaczął rozwiązywać problemy. Zajęło
      mu to pięć minut. Już nas nie chcieli wymeldować. Recepcjonista
      tłumaczył się, że go źle zrozumieliśmy –kretyn jeden. My jednak
      byliśmy wciąż mocno nakręceni i poprosiliśmy o zwrot kosztów za
      taksówki i telefony do niekompetentnych rezydentów. Uczynił to bez
      mrugnięcia okiem. Gdyby nie jego postawa, wystąpiłbym z tym biurem
      na wojenną ścieżkę, jednak ten pan, niestety nie pamiętam jak się
      nazywał uratował honor biura, które i tak jest u mnie na
      cenzurowanym. Nie skreśliłem go ostatecznie, ale dopóki nie znajdą
      kompetentnych rezydentek należy się mu bacznie przyglądać.

      Następnego dnia wcześnie rano przyjechał po nas busik i bez
      problemów zawiózł na lotnisko. Dostaliśmy również prowiant na drogę.
      Tym razem nie było żadnych niespodzianek. Lot przebiegł
      bezproblemowo. Opuszczaliśmy Egipt w pięknym słońcu, i wspaniałej
      temperaturze, Katowice przywitały nas deszczem, zimnem i zimnym
      wiatrem. Kilka dni po przylocie spad pierwszy śnieg.






      **********************************














      • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 20.04.08, 13:44
        Na Foto Forum zacząłem zamieszczać zdjęcia z mojej wyprawy. Na
        początek 20 fotek, stopniowo jak będę miał chwilę czasu
        będędodawałkolejnych a jest tego trochę.

        Pozdrawiam Dario.

        Do zainteresowanych:

        Le Szokran -w 50 % wystarczało.

        Enta Gazma (Mafena) - Tylko dla opornych.

        Buz tizi -jak będziemy mieli wrażenie że nas obrażają.

        Kos omak - tylko w skrajnych przypadkach -ciężki kaliber.
        • lukaszslupik Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 20.04.08, 16:35
          Jesteś moim idolem:)Przeczytałem od deski do deski...i aż mi się łezka w oku
          zakręciła, za moim Egiptowem:)
        • janan2 Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 22.04.08, 12:00

          >
          > Pozdrawiam Dario.
          Dzięki skorzystam jak będę musiał.Mam jaszcze pytanie.Czytając całość na mogę
          wyjść z podziwu nad tym że byłeś ze swoją partnerką.One takie odmienne i ciągle
          zaskakują.Rozumiem nurkowanie jak w ogóle pływa ale w Twoim przypadku zwiedzanie
          dawno nie odwiedzanych piramid w ciemnościach niekiedy,jeszcze trzeba się
          przeciskać szczelinami to jak to jest w praktyce.Albo zaprawieni jesteście w
          bojach tego typu,albo wchodzi(u mężczyzny)głowa i cała reszta.A u kobitki
          jak,jest akurat odwrotnie.No i kasa.Zaraz paciorki jak małpiatka,tylko spuścić z
          oka i nie przypilnować portfela.Gdzie tam mnie do Was,ale tak praktycznie to
          istotne pytania.Mam nadzieję że przynajmniej część z tych Waszych przygód będzie
          moim udziałem.Zobaczymy
          niedługo.Zle się stało że przyszpilili.Szkoda aby było nie czytane,a warto.Może
          i ten wpis po to.Jeszcze raz gratuluję i podziwiam.
          • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 22.04.08, 17:47
            W moim przypadku nie musiałem dwa razy namawiać, żony na tą
            przygodę. To zależy od osobowości. Pisałem plan wycieczki a ona
            tylko dokładała ciekawe miejsca. Zgodziła się nawet zrezygnować z
            dwóch dni pobytu w hotelu w Hurghadzie, byle tylko więcej zwiedzić.
            A przeciskanie się pod drzwiami piramidy Łamanej jest dla nas leprze
            niż leżenie przy basenie, choć i tym nie pogardziliśmy. Przecież
            Egipt nie jedno ma oblicze.
    • imka.allegro Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 21.04.08, 09:42
      Dario, pierwsza seria pytań jak mi przyszła na myśl :)
      1. JAK się płaci za przejazd w autobusie komunikacji miejskiej w Kairze?! :))
      2. Ile kosztowało Was 'zapewnienie sobie przychylności i pomocy kierowcy na cały
      dzień' w Luksorze?
      3. Coś mi nie gra lokalizacja New Pola Hotel. Na mapie jest sporo na południe za
      mostem. I naprawdę widać z niego świątynię Hatszepsut?! I naprawdę do Świątyni
      Luiksorskiej z tego hotelu jest 350 m jak podają na stronie
      www.newpolahotel.com/page.aspx?id=3 ? I 200 m do Muzeum Luksorskiego? I
      idąc z niego do Świątyni mijaliście Winter Palace? Kupy mi się ta mapka
      znaleziona nie trzyma ;) I te metry ze strony też ;->
      4. Zrozumiałam, że wyjazd samochodem 'na własną rękę' z Luksoru do Asuanu też
      obowiązkowo w konwoju. A gdybym na przykład chciała 'kopnąć się' tylko do Edfu i
      z powrotem? :) Do zorganizowania?
      5. Nie pytanie ale podziękowanie za technikę kupowania biletu na przepłynięcie
      na Agilkiję :)
      6. Czy pamietasz nazwy hoteli w Asuanie z których zrezygnowaliście?
      (dobrze byłoby wiedzieć które sobie od razu odpuścić ;)
      7. Czy pamietasz z jakiego biura był turysta 'wypuszczony' ze statku, spotkany w
      Asuanie? :) Kurde, płynełam statkowym stadem z TUI i Logostourem - nikt,
      absolutnie nikt z obu wycieczek, na żadnym etapie trasy, nie wygłaszał takich
      kwestii. Miałam szczęście?! :)
      8. Czy możesz podać dokładniejszą lokalizację/adres hotelu Keylany w Asuanie?
      Daleko/blisko od katedry/suku/dworca/Old Cataract? (te punkty znam ;)

      Imka
      • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 21.04.08, 10:45
        Witam odpowiadam na część pytań.

        1. Kupuje się bilet u biletera.
        2. Zależnie od trasy od 120 do 300 LE.
        3. Z dachu hotelu widać świątynie Hatszepsut -choć jest malutka.
        Idąc do Świątyni Luksorskiej mijamy Winter Palace, do którego było
        jakieś 400 m, do samej świątyni był na oko co najmniej kilometr może
        nieco więcej. W muzeum nie byłem i nie wiem nawet gdzie się
        znajduje -nie byłem zainteresowany.
        4. Tam wszystko jest do zorganizowania.
        7. To ja miałem pecha, gdyż spotkałem wielu turystów i tylko w tym
        przypadku usłyszałem takie kazanie. O biuro nie pytałem.
        8. Zrobie zdjęcie mapki i jak chcesz to podeślę na maila.W każdym
        razie było to tuż obok promenady niedaleko restauracji Monaliza.

        Jak chcesz to mogę ci wysłać namiary na kierowcę w Luksorze -
        sprawdzony, uczciwy i uczynny. Można powołać się na mnie. Dzięki
        niemu dowiedziałem się na przykład, że można wjechać na szczyt
        pomnika przyjażni w Asuanie -widoki na tamę -rewelacja. Jeździł z
        nami po Luksorze i Asuanie. Ale oczywiście choć chodziliśmy razem na
        sziszę za każdym razem trzeba się było targować.
        • imka.allegro Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 21.04.08, 11:51
          1. Pamietając te autobusy w Kairze obwieszone ludźmi ze wszystkich niemalże
          stron, aż trudno mi uwierzyć w istnienie biletera :) Urzęduje z przodu czy z
          tyłu autobusu? :) Pamietasz może numer autobusu jakim dojechaliście do piramid
          od stacji metra, czy po prostu wsiedliscie w ten wskazany przez 'samorzutnego
          przewodnika'? :)
          3. Jak mówisz, że do świątyni najmniej kilometr, to zaczyna mi się zgadzać -
          pochrzanili z tymi metrami na stronie hotelu i tyle.
          7. Pocieszające że jednak tacy są w mniejszości :)
          8. Baaardzo proszę o mapkę, na maila gazetowego. Nie zależy mi na basenie, tv,
          sejfie, lodówce, telefonie, balkonie, widoku z okna - najbardziej zależy mi na
          czystości i miłym klimacie. A jak jeszcze w pobliżu Corniche - tym lepiej :)
          A gdyby udało Ci się na zdjęciu ująć szari Al-Mahhata (ulica prostopadła do
          Corniche, wiodąca od dworca kolejowego) to już w ogóle byłoby super :)
          I proszę o namiar na kierowcę. Co prawda samodzielną wyprawę do Luksoru planuję
          w czasie dość odleglym - ale nigdy nie wiadomo kiedy i co może się przydać ;)

          I kolejne pytania:
          9. Z Twojego opisu odniosłam wrażenie że biegle władasz angielskim. Jak oceniasz
          szanse osoby z angielskim baaardzo podstawowym? Czy Twoim zdaniem wystarczy
          kilka podstawowych zwrotów i masa dobrych chęci co do dogadania się? :)
          10. Czy pamietasz firmę balonową z którą leciałeś? MagicHorizon, Sindbad,
          VikingAirEgypt? Ten start po wschodzie słońca mnie irytuje i chcę to ominąć ;->

          Imka
          • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 21.04.08, 15:49
            1. Siedział z tyłu autobusu. Wsiedliśmy do autobusu RAZEM z naszym
            przewodnikiem :-). Inaczej bym się dwa razy zastanowił. Jednak
            miałem ochotę na taki kurs, a skoro była okazja. Autobus tylko dla
            nas się zatrzymywał, dla Egipcjan tylko zwalniał, a ci wszidali i
            wyskakiwali w biegu. Autobus był pustawy, może miałem szczęście albo
            była to poboczna linia.

            9. Mój angielski jest co najwyżej średni, a porozumiewam się z
            ludżmi jak Piętaszek z Robinsonem, ale fakt dogadałem się z każdym i
            wszędzie. Egipcjanie są bardzo kontaktowi i jezeli znasz
            najpotrzebniejsze zwroty to się z nimi dogadasz. Najważniejsza jest
            odpowiednia motywacja. Czasem też przydaje się kilka arabskich
            zwrotów. Fajnie jest też znać ich cyfry i porównywać ceny jakie są
            wystawione z tymi jakie oferują.

            10. Co chcesz ominąć wschód słońca? To znaczy,że chcesz lecieć tak
            jak ja gdy jest już zupełnie jasno, czy w nocy? Firma Alaska.

            Mapkę i namiary postaram się umieścić w tym tygodniu na foto forum,
            na którym właśnie zacząłem wklejać zdjęcia.

            Dario.
            • kama07_2 Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 22.04.08, 11:58
              BARDZO Ci dziękuje za ta relacje, coś niesamowitego,
              fajnie jest poczytać o ludziach, którzy zadaja sobie tyle trudu,
              żeby coś takiego przeżyc. Ja też tak chce!!!!!!!!!!!!
              Dzięki, pozdrawiam.
            • imka.allegro Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 22.04.08, 13:35
              1. Jechaliście baaardzo rano, skoro kasa do Cheopsa była jeszcze zamknięta.
              Pewnie dlatego autobus był pustawy :)
              Nie ukrywam - mam straszną ochotę na taką przejażdżkę po Kairze, metro
              delikatnie już przetrenowaliśmy (i też momentalnie znalazł się ktoś, kto chętnie
              pokazał co i gdzie na stacji ;)
              9. Pytam o porozumiewanie, bo do tej pory jakoś się zawsze dogadywałam - ale
              jednak jest inaczej jak jest ten 'parasol ochronny' w postaci pilota z biura, a
              inaczej jak się jest samopas :) A ichnich cyferek nauczyłam się już przed
              pierwszym wyjazdem, a potem tylko trenowałam na rejestracjach samochodowych ;)
              10. Nie - właśnie nie chcę ominąć wschodu słońca :) Odwrotnie - chcę ominąć
              biura baloniarskie, które startują PO wschodzie ;-> Leciałam z MagicHorizon, do
              balonu się pakowaliśmu jeszcze po ciemku, start był podczas przedświtu, a wschód
              słońca po dobrym kwadransie lotu :)
              Wrażenie z głaskania palmy od góry - bezcenne! ;)
              11. O, jeszcze jedno pytanie - łapaliście taksówki w różnych miastach. Czy
              trafiliście na taksówkarza, który ani słowa nie rozumiał po angielsku?

              Imka
              • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 22.04.08, 17:50
                Kasa biletowa do Cheopsa nie jest czynna przez cały dzień. Bilety są
                reglamentowane, na pierwszy ognień się nie załapaliśmy, ale za to
                przy następnym podejściu byliśmy już pierwsi w kolejce.

                Raz w Alexandrii w efekcie zamiast do Katedry Koptyjskiej trafiliśmy
                do kościoła katolickiego :-)
    • kasia_p45 Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 22.04.08, 17:55
      Oo widze Dario, ze tu sporo lektury do czytania.. napewno znajde tu
      cos dla siebie:))
      • kasia_p45 Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 23.04.08, 18:41
        Ja poprosze jeszcze o uzupelnienie. Chodzi mi o kamere, czy aparat
        foto... Wyczytalam, ze prawie nigdzie nie mozna uzywac kamery czy
        robic zdjec i ze trzeba przed wejsciem do zwiedzanych obiektow
        zostawiac kamery i aparaty fotograficzne. Nie rozumiem tego:..jakto
        zostawiac? Kto tego pilnuje? ...Nie ukradna?... A gdybym nie
        wyjmowala kamery z plecaka to czy wejde na zwiedzany obiekt?
        I w ogole nie rozumiem tego...jakto nie wolno filmowac czy
        fotografowac tych wszystkich zabytkow?....
        • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 23.04.08, 18:58
          Generalna zasada-nie wolno filmować i fotografować w
          Piramidach,Mastabach, Grobowcach, Muzeach, Katakumbach.

          Można w świątyniach poza Abu Simbel.

          Często wystarczy,że kamera czy aparat bedą schowane i możesz je mieć
          przy sobie.

          Ja musiałem zostawić sprzęt w Muzeum Kairskim, Katakumbach w
          Aleksandrii, w Dolinie Królów.

          Ale to Egipt więc wszystko może się zmienić.
          • kasia_p45 Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 23.04.08, 19:43
            no i komu to zostawiales? kto tego pilnowal?
            • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 23.04.08, 21:29
              Oddawałem do depozytu, a przy piramidzie Cheopsa połozyłem na murku
              obok strażnika. Niczego mi nie ukradli.
              • iskierka_1983 Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 25.04.08, 20:38
                Czy mozesz nam zdradzic ile was wyniósł cały pobyt w Egipcie??Bo
                pewnie podliczyliscie sie po przyjezdzie (z przelotem i bez) Z gory
                dziekuje:)
                • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 03.05.08, 18:50
                  około 5000$

                  Pozdrawiam Dario
                  • kasia_p45 Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 31.05.08, 16:36
                    czy to juz koniec opowiesci?
                    • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 31.05.08, 18:45
                      Tej tak ale za 2 tygodnie lece na Synaj -więc na pewno podziele się
                      swymi wrażeniami.

                      Pozdrawiam Dario.
                      • kasia_p45 Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 31.05.08, 21:00
                        To super :)) czekamy na relacje..
                        • zizou84 Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 01.06.08, 01:20
                          a ja mam jeszcze 2 pytania.... bo juz sobie czytam opis- jest
                          super :):) i wlasnie czegos takiego szukalem... cos czuje ze na
                          wiele wieczorow sobie go zostawie...

                          moje 2 pytania:

                          te ceny podawane w nawiasie [za zwiedzania, wstepy itd] to sa na
                          osobe ??? czy raz tak, a jak na wszystkich - to jest pisane ze na
                          wszystkich ????

                          2. ile gdzies tak, jesli mozna wiedziec, kosztowala z zl cala
                          wyprawa [nie liczac samolotu]... sam pobyt tam, transport, hotele,
                          jedzenie itd ??? tak orientacyjnie na osobe?

                          z gory dziekuje za odpowiedzi :)
                          • 78dario Re: Egipt na własną rękę. Od Alexandrii do Abu Si 01.06.08, 10:34
                            Ceny są na jedną osobę.

                            Generalnie trzymalismy się zasady, że razem z żoną nie wydamy więcej
                            niż 100$ dziennie. Przeważnie się udawało, choc kilka razy
                            przekroczylismy ten limit (głównie przy zmianie miast).

                            Pozdrawiam Dario.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka