cosadelavita
06.08.09, 11:24
Witam się z Wami Dziewczyny i od razu przyznaję się, ze powinnam to
uczynić już dawno, bo podczytuję to forum od paru ładnych tygodni.
Moja egipska przygoda jest do pewnego momentu podobna do wielu z
Waszych. Należę do tych amatorek wakacyjnych przygód, które oddając
w recepcji klucz od hotelowego pokoju zamykają bezpowrotnie historię
przelontego romansu. Mam za sobą 2 takie przygody i każda z nich
była dla mnie czymś w rodzaju dodatkowej rozrywki w pakiecie all
inclusive. Nie wymieniam się telefonami, nie podaję adresu e-mail,
nie oczekuję że będzie tęsknił, wzdychał, dozgonnie kochał. Nie
powiem, że po prowrocie nie brakuje mi tego derszczyku związanego z
flirtem i fajną zabawą, ale to mija tak samo jak tęsknota za ciepłym
morzem, za opalaniem, za luzem i beztroską. Poprostu - wskakuję
w "swoje tryby" i już.
Dodam, że jestem szczęśliwą mężatką, mamą i bynajmniej nie szukam u
arabskich adoratorów dowodów własnej atrakcyjności czy też panaceum
na kompleksy. Najzwyczajniej w świecie - tak jak jedni lubią na
wakacjach powędkować, inni zdobyć jakieś szczyty a jeszcze inni
zwiedzać zabytki - ja lubię poflirtować. Uprzedzając pytania o to,
czy kocham swojego męża - tak, kocham go bardzo i wcale nie cierpię
na jakiekolwiek niedostatki adoracji z jego strony. Ani mi w głowie
go ranić, czy narażać szczęście mojej rodziny, dlatego dbam o to by
moje "wakacyne hobby" nigdy nie wyszło na jaw. Jego nieświadomość =
jego szczęście. W tym względzie stosuję zasadę "czego oczy nie widzą-
tego sercu nie żal" .
Wcale tak nie uważam i zawsze będę głośno protestować przeciwko
takim teoriom, jakoby przelotnym wakacyjnym romansom oddawały się
tylko pełne kompleksów, niechciane i niekochane, mało atrakcyjne i
naiwne kobiety.