sss9
08.05.06, 08:05
Z dala od gorącej Italii, utrudzeni służbą na Górnym Śląsku włoscy strzelcy
alpejscy szukali pocieszenia w ramionach panienek z Raciborza, Rybnika i
Głubczyc. Szerzyła się prostytucja, ale nie zabrakło też gorących romansów.
"W marcu i kwietniu 1921 r. na Górnym Śląsku panował bałagan" - pisał Arka
Bożek, były wicewojewoda śląsko-dąbrowski, działacz polski w Raciborskiem. W
swych pamiętnikach, zredagowanych podczas pobytu z rządem polskim na emigracji
w Londynie, odnotował: "Obsada Śląska przez wojska koalicyjne nie przyniosła
żadnego jakiegoś wpływu na uspokojenie. Przeciwnie [wojskowi] byli młodzi, nie
znali się na bractwie, które taki Anglik, Francuz czy Włoch ani rusz nie mogli
rozróżnić".
Jak jednak wynika z zachowanych akt raciborskiej policji obyczajowej za lata
1920-1924, którym sporo uwagi w szkicu pt. "Życie nocne płatne w lirach"
poświęcił nieżyjący już znakomity badacz górnośląski dr Ryszard Kincel,
italscy wojacy, a wraz z nimi nieliczni zakwaterowani w Raciborzu angielscy
dżentelmeni w mundurach, poznali się na wdziękach rodzimych kobiet lekkich
obyczajów. Ich grono tworzyły raciborzanki, rybniczanki i mieszkanki Głubczyc.
Prym wiodły Trudy, jak zwykło się nazywać Gertrudy, ponadto Any (Anny) i
Mariki (Marie). Co ciekawe, choć w większości prostytucją parały się młode
panienki, to nie zabrakło wśród nich wdów i mężatek.
Kobiety przychodziły pod koszary włoskie przy obecnej ul. Dąbrowskiego. Tam
zdobywały amantów, kasując nawet - co może budzić zdziwienie - ogromne jak na
ówczesne czasy sumy tysiąca marek. Najprawdopodobniej były to tylko
przechwałki, bo podczas przesłuchań zatrzymane najczęściej podawały stawkę 20
marek.
Szpitalny ambaras
Języki obce otwierają okno na świat - zwykło się dziś mówić. Rozumiały to
nasze bohaterki. Rychło nauczyły się konwersować po włosku, co było nader
przydatne, bo kochankowie z Italii coraz częściej umawiali się z nimi w
raciborskich knajpach, nieraz i renomowanych lokalach, wreszcie w ich domach,
gdzie spędzali całą noc przy popularnych wówczas winie, likierach i rozmowach
rzecz jasna. Kubły włoskich obelg nierządnice wylewały na włoskich dowódców
odganiających je od murów koszar, chcących zadbać nie tylko o morale armii,
ale i zdrowie.
To drugie, jak się okazuje, było ważniejsze. Włoskie dowództwo wszczęło bowiem
raban, kiedy w garnizonie wybuchła epidemia chorób wenerycznych. Zaalarmował
ich lekarz batalionowy, diagnozując przypadki trudnej w leczeniu kiły. Do
policji obyczajowej wysłano dane kobiet pozyskane podczas wywiadu z chorymi
żołnierzami. Ci podawali również dokładne adresy kochanek, do których wymykali
się na przepustkę. Jedna z podejrzanych okazała się zdrowa, choć - jak
odnotowano - higiena nie była jej mocną stroną. Tymczasem druga, niejaka
Elżbieta D., okazała się nosicielką wstydliwych bakterii. Nie była wcześniej
leczona, bo w szpitalu miejskim zabrakło wolnych miejsc. Włoskie dowództwo
zganiło za to magistrat.
Gorące romanse
„Władza okupacyjna w Raciborzu w latach 1920-1921 należała do Włochów. Komenda
marszowa uno-due sprawiała nam dzieciom wiele radości. Chętnie ją
podchwytywaliśmy, wykrzykując na głos cienkimi głosami. Później okazało się,
że okupanci poślubili sporo dzielnych córek miejscowych rodzin, co dla wielu
obywateli miasta było wydarzeniem szokującym” - pisze w swoich pamiętnikach
Herbert Hupka. Niedawno ukazały się drukiem w Polsce pt. „Niespokojne sumienie”.
Z akt policji obyczajowej wynika, że wiele raciborzanek łączyły z Włochami
gorące romanse, których finałem był ślubny kobierzec. Niesprawiedliwie byłoby
więc sądzić, że kobietami kierowały tylko nieobyczajne pobudki. Nie od rzeczy
będzie również wspomnieć, że panny te przeżyły niemało upokorzeń. Kiedy
prostytucja przed koszarami włoskimi nabrała niepokojąco dużych rozmiarów,
lekarze mieli kłopot z opanowaniem zachorowań na kiłę i rzeżączkę, na biurkach
inspektorów znalazło się szereg donosów na widywane z południowcami kobiety. O
cnotliwość swoich córek bali się niejednokrotnie ich ojcowie. Anonimy pisali
także sąsiedzi, zawistni o marki i liry, jakimi można było wesprzeć domowe
budżety. Ludność górnośląska była wtedy w biedzie, a jak przekonują ustalenia
raciborskiej obyczajówki, to właśnie chęć zdobycia środków do życia pchnęła
niejedną Górnoślązaczkę do nierządu.
Jak Hugo most wysadzał
Skoro o Włochach mowa, wspomnijmy jeszcze jedną postać z tego okresu. Tuż po
tym, jak powiatowy komisarz Międzysojuszniczej Komisji Rządzącej i
Plebiscytowej na Górnym Śląsku otrzymał ostrzeżenie, że zostanie wysadzony
most zamkowy w Raciborzu, stacjonujące tu włoskie wojsko zostało postawione w
stan najwyższej gotowości. Już od rana w dniu, w którym miała nastąpić
eksplozja, strategiczna przeprawa odrzańska była obsadzona wojakami z 135.
pułku strzelców alpejskich. W więzieniu wylądowali nadburmistrz Raciborza Max
Westram i syndyk ziemstwa Lüdcke. W związku z planowanym aktem terroru Włosi
nałożyli na miasto 100 tys. franków kontrybucji, a szacowni więźniowie mieli
być gwarantem wypłaty tej niemałej sumy.
Napięcie rosło z minuty na minutę. Zamarł ruch na ulicach, gdy nagle na moście
pojawił się Hugo Christoph. Ten noszący się jak urzędnik miejscowy figlarz
zaczął polewać jezdnię wodą z konewki. Raciborzanie odetchnęli z ulgą.
Wiedzieli bowiem, że Hugo to niedoszły terrorysta, a w anonimowym liście do
Włochów użył słowa sprengen, które oznacza w niemieckim nie tylko wysadzać w
powietrze, ale również spryskać wodą.
Psotnik, zwany popularnie Krzysztofkiem, wrósł w raciborską obyczajowość na
dobre. Tuż przed II wojną światową pojawił się na targowisku i krzyczał: „Ein
Hering so fett wie Göring für 25 Pfennig!”, co znaczy: „śledź tłusty jak
Göring za dwadzieścia pięć fenigów”. Przyszedł policjant i zabrał Krzysztofka
do aresztu. Musiał odsiedzieć dwa tygodnie za obrazę marszałka Rzeszy. Po
wyjściu na wolność znów stanął na targu z beczką śledzi. Trzymał jednego za
ogon i wykrzykiwał: „Ein Hering so fett wie... vor vierzehn Tagen, für 25
Pfennig!”. Znaczyło to: „śledź tłusty jak dwa tygodnie temu za 25 fenigów”.
Policjantowi pozostało nic, tylko ruszać wąsami, bo formalnie nikt nikogo nie
obraził.
miasta.gazeta.pl/katowice/1,35055,3325428.html.
jestem szczerze zdziwiony milczeniem, które okryło ten artikel. liczyłem na
szeroki odzew, zwłaszcza z kręgu tych "prawdziwych Ślązaków" i naszych
forumowych "Niemców" w obronie czci, pamięci, dobrego imienia, etc, etc.
przecież wg nich Śląsk tamtego okresu, to była kraina "mlekiem i miodem...", a
tu, taka ciekawostka.
intrygujące, podobna cisza zapadła kiedy pytałem was czy II W.Ś. się wam
opłacała, przynajmniej do '44. wtedy "Niemcy" znikli z forum.
kiedy ponownie zaczniecie "żywić i bronić", to tym razem może się
powstrzymajcie od tych dziecinnych wycieczek typu "a u was..., a Polki..." jak
to miało miejsce poprzednim razem. przecież to historia tej ziemi, a wy tak
kochacie swoją historię - jej blaski i cienie. jak wszyscy. :)
w koncu, to nie mój tekst, więc jeśli chcecie traktować go jako prowokację, to
do autora proszę.