gloria.z.warkoczem
08.05.11, 00:27
Niedawno zakończyłam niezbyt długą, ale bardzo pouczającą przygodę, jakim była praca na stanowisku sprzedawcy w dość popularnym sklepie sieciowym w galerii handlowej. Pouczającą, bo gdybym tylko była psychologiem lub socjologiem, to miałabym materiał do badań na kilka prac magisterskich. Dziennie przewijało się minimum 1500 osób przez sklep i niestety, muszę napisać, że o ile Lem dzięki internetowi dowiedział się, że jest tylu idiotów, to ja dzięki tej pracy dowiedziałam się, ile niekulturalnych osób jest wśród nas. Nigdy wcześniej, jako klientka, nie pomyślałam, że można:
- wykłócać się ze sprzedawczynią o ilość wnoszonych jednorazowo rzeczy do przymierzalni i stosować w tym celu różne środki - od szantażu po wyzwiska - jakby reguła, że można wziąć do przymierzalni 6 rzeczy była wymyślona przeze mnie, na dodatek w celu udręczenia tych biednych kobiet. To naprawdę nie jest wymysł sprzedawcy. Jak dla mnie panie mogłyby i po 50 rzeczy wnosić, ciekawe tylko co by powiedziały, gdyby musiały czekać w kolejce do przymierzalni po takiej, która ma podobną ilość.
- wymigiwać się od numerków, z machaniem rękami włącznie. Czy rozdawanie w przymierzalni numerków kogoś naprawdę tak obraża, stygmatyzuje?
- wykłócać się, żeby sprzedawca sprawdził w systemie, czy dana rzecz jest w innym sklepie danej sieci - dlaczego tak ciężko uwierzyć, że niektóre sklepy nie mają takiego systemu? Ja bym chętnie sprawdziła, zamiast chwytać za telefon i wydzwaniać po wszystkich sklepach w mieście, angażując w to koleżanki z tych sklepów i robić sobie kolejkę przy kasie.
- zadać sprzedawczyni pytanie, gdy rozmawia z inną klientką, bez magicznego "przepraszam", zażądać od niej jakiejś czynności podczas kasowania innej klientki, wszystko na już, bez odrobiny kultury w postaci właśnie "przepraszam" czy "proszę". Dla mnie zawsze było naturalne, że czekam na swoją kolej, a nie przeszkadzam, poczekam aż sprzedawczyni skończy z innym klientem i wtedy zadaję swoje pytanie/prośbę.
- puszczać małe dziecko samopas i nie mówię tu o sytuacji, gdy mama coś mierzy, a dziecko jej ucieka z przymierzalni, tylko o sytuacjach, gdy mama ogląda ubrania, a dziecko wyciąga z wózka, żeby sobie pochodziło. Bo ekspedientki tylko marzą, żeby zająć się słodkim bobasem, które może zrobić sobie krzywdę w sklepie pełnym ludzi, wieszaków, szklanych półek i stołów. Oczywiście po zwróceniu uwagi standardową reakcją jest obraza. Podobnie w wypadku mam starszych dzieci, które sobie organizują zawody lekkoatletyczne po sklepie.
Na szczęście takie sytuacje nie należały do większości, ale zdarzały się zbyt często, jak na klientelę sklepu, który celował raczej nie w młodzież, ani nawet nie w studentki. Aż dziw, że niektóre panie, choć eleganckie, zadbane, dobrze sytuowane, mniemam, że również wykształcone z dobrą pracą, potrafią być tak zwyczajnie chamskie i chodzi tu raczej o ogólny poziom manier, a nie o coś co może wynikać z np. kiepskiego nastroju.