azza4
22.01.08, 16:42
Prawie caly swoj czas spedzam z dzieckiem.Zmagamy sie wciaz juz
chyba ze 4 miesieace z tym paskudnym naczyniakiem.Caly ten czas
wzloty i upadki ale od kilku dni zaczynam wymiekac.Nie wytrzymuje
tego juz psychicznie i nawet to,ze chlop mi sie oswiadczyl nie
zrobilo na mnie wrazenia (no,moze nie az tak,ale...).Rozwalili jej
skore na naczyniaku laserem i boli to ja okrutnie.Bierze silne leki
przeciwbolowe.Jest tak,ze w ciagu dnia ma ataki placzu,drapie ciagle
to miejsce,nie wiem czy ja boli,czy swedzi.Potem bawi sie i jest
dobrze po czym znowu to samo.W nocy troche sie poprawilo i budzi sie
tylko raz.Jak jest spokojna to i ja jestem spokojna a jak zaczyna
sie histeria to we mnie tez cos wstepuje i czasem musze wyjsc do
innego pokoju i wale,kopie w sciane,rzucam czym popadnie.Mam zal do
lekarzy ogromny i gdyby staneli w tym momencie na mojej drodze to
chyba bym zabila.Jestem bezradna bo czy ja nosze na rekach czy
pozostawie sama sobie jest to samo.Jednym slowem jej placz dziala na
moje nerwy jak plachta na byka.Tlumacze sobie,ze to minie itd.ale to
nie pomaga.Koszmar jakis,ktory nie wiadomo kiedy sie skonczy.Tworzy
sie bledne kolo,moj niepokoj udziela sie dziecku i wiecej
marudzi.Moje zle nastawienie do lekarzy przyciaga byc moze do mnie
takie leczenie jakie mamy.Zaczelam nawet chodzic na silownie zeby
zrzucac to z siebie i troche sie oderwac ale nic nie pomaga.Wciaz
sie modle do Rafaela i innych ale widocznie taka karma i musze to
przejsc:(Ciekawe dlaczego?Dlaczego przezemnie musi niewinne
dzieciatko tak cierpiec?Poradzcie cos dziewczyny.Poradzcie jak
przetrwac takie "wisielcze" momenty kiedy to chcialoby sie wyjsc z
siebie i sobie pojsc ale nie da sie.