Gość: bartekp
IP: 10.10.129.*
27.08.01, 10:30
Śledzę od dłuższego czasu "nasze" forum i wiele w nim postów od prawdziwych kibiców, ponieważ mam
dostęp do archiwum "Gazety" pozwoliłem sobie skopiować niesamowity reportarz Michała Jóźwiaka "Widzieć
Widzew" publikowany w ogólnopolskiej "GW" , każdy kibic powinien to przeczytać.
"Niech zobaczy swoją ukochaną drużynę... Kibice wszystkich klubów chcą złożyć się na operację oczu
niewidomego Marcina
W Żyrardowie do pociągu wsiedli kibice Legii. Miałem na sobie szalik Widzewa. Bili i kopali. Broniłem się białą
laską. Machałem na oślep. Miałem siniaki, ale szalika nie
oddałem - mówi Marcin, kibic Widzewa, od sześciu lat niewidomy.
- Dlaczego jeździsz na mecze, skoro nie widzisz?
- Bo kocham Widzew.
Marcin ma 22 lata, 190 cm, białą koszulę i klubowy szalik. - Czuję się widzewiakiem, pojadę za Widzewkiem w
każdy koniec Polski. Uwielbiam śpiew kibiców i
atmosferę stadionu.
- Kiedyś na meczu zamknąłem oczy, żeby znaleźć się w świecie Marcina - opowiada inny kibic Widzewa. -
Słyszałem śpiew i rozmowy kibiców. Ale kiedy sędzia
zagwizdał i wszyscy zaczęli krzyczeć, nie wytrzymałem. Otworzyłem oczy. A Marcin nie mógł. Z przejęciem się
dopytywał: �Co się stało?! Co się stało?!�.
A nasi chyba sprzedali mecz
Życie Marcina to Widzew, mecze, dworce i pociągi. Kursuje między Suwałkami, Krakowem i Łodzią. W
Suwałkach mieszkają rodzice i siostry. W Krakowie chodzi do
szkoły masażu. W Łodzi jest ukochana drużyna.
- Jak ktoś mieszka w Kutnie czy Żyrardowie, ma z Łodzi godzinę do domu - mówią inni kibice. - A dla Marcina
każdy mecz jest wielkim wyjazdem - do Suwałk wraca
całą noc.
- Po meczu z Groclinem piłkarze odjechali samochodami do swoich domów. My Marcina odwieźliśmy na dworzec
Łódź Fabryczna przed dziesiątą - opowiada jeden z
kibiców. - W tym czasie nasi kopacze zjedli pewnie dobrą kolację i oglądali magazyn sportowy w Canal+. Marcin
dojechał do domu następnego dnia rano. Jechał
kilkanaście godzin. A nasi chyba wtedy sprzedali mecz Groclinowi.
Innym razem, wczesną wiosną, pociąg dojeżdżał do Warszawy Wschodniej. Marcin stanął przy drzwiach. -
Usłyszałem głosy, trzaśnięcie drzwiami - opowiada. -
Pomyślałem: stacja. Otworzyłem drzwi, dałem krok i wpadłem w zaspę. Spadł na mnie plecak, porwała mi się
reklamówka. Zanim się pozbierałem, pociąg odjechał.
Okazało się, że wysiadłem w polu. Mówię: �trudno, idę po torach�, i wyjąłem laskę. Plecak musiałem
podtrzymywać ręką, bo urwał się pasek. Niewygodnie mi było, bo
jeszcze rozmawiałem przez komórkę, żeby koledzy na mnie poczekali. Co chwila słyszałem pociągi. Maszyniści
trąbili, musiałem zmykać z torów. Nie znałem terenu, na
dworcu byłem dopiero po pół godzinie. Okazało się, że przeszedłem dwa kilometry.
Na meczach wyjazdowych Marcin zawsze idzie pieszo w kolumnie kibiców od stacji na stadion i z powrotem. -
Przed łódzkimi derbami, które odbywały się na stadionie
ŁKS-u, zaproponowaliśmy mu, żeby zabrał się z nami taksówką - mówi Maciek, kibic Widzewa. - Ale on odmówił.
Nie wyobrażał sobie innego sposobu dotarcia na
stadion niż pieszo. Wyruszył spod stadionu Widzewa i szedł przez całe miasto.
Cztery oczy, piąta szyja
- Tata też jeździł za Widzewem - opowiada Marcin. - Kiedyś bardzo chciał jechać do Białegostoku, gdzie grał
Widzew, ale nie mógł. Nie było też żadnej transmisji w
radiu czy w telewizji. Zadzwonił więc do radia w Białymstoku, ale nie przyznał się, czyim jest kibicem. Gdy
usłyszał smutny głos dziennikarza: �Przegraliśmy jeden do
zera�, bardzo się ucieszył.
Rodzina Kaczorowskich pochodzi spod Łęczycy koło Łodzi. Zanim Marcin przyszedł na świat, rodzice
przeprowadzili się do Suwałk. Ojciec Marcina jest niewidomy.
Matka widzi bardzo słabo. Dwie młodsze siostry bliźniaczki, Anna i Maria, widzą dobrze. Marcin urodził się z
wrodzoną zaćmą i musiał nosić szkła korekcyjne. - Na
podwórku dali mi przezwisko �cztery oczy, piąta szyja�. Cztery oczy, bo szkła okularów były bardzo grube.
Gdy miał sześć lat, stracił wzrok w prawym oku. - Przewróciłem się na ślizgawce i upadłem do tyłu, uderzyłem
głową w lód. Wtedy odkleiła się siatkówka.
Starał się żyć jak inni. Uczył się, spędzał czas ze znajomymi. W każdy weekend jeździł do dziadka na wieś 40 km
od Suwałk. - Pomagałem w polu, jeździłem ciągnikiem.
Fajnie było.
Węchem i słuchem
Pamięta dobrze: 4 kwietnia 1995 r. Spadła mu na głowę ścięta gałąź. - Zacząłem słabiej widzieć, jakby za mgłą -
opowiada. - Kilka dni później podnosiłem ciężki worek z
paszą dla świń. Coś strzeliło w głowie i zrobiło mi się gorąco w oku. Nagle przestałem widzieć. Myślałem, że to
tylko chwilowe. Po kilku godzinach dotarło do mnie, że
jest znacznie gorzej.
W szpitalach przeszedł wiele badań. Lekarze dawali mu małe szanse. Poza tym po operacji trzeba by było
jeszcze kupić drogie leki. Rodzice utrzymywali się z renty.
Musieliby wziąć pożyczkę.
Marcin: - Dali mi wybór. Wybrałem. 5 maja pięć lat temu lekarze powiedzieli, że do końca życia nie będę widział.
Kiedy przestał rozpaczać, ojciec wytłumaczył mu, jak kierować się węchem i słuchem. Reszty nauczył się sam.
Do liceum odprowadzała go babcia, z powrotem - koledzy i koleżanki. Prawdziwą szkołę orientacji w terenie
przeżył, gdy mieszkał w Łodzi.
Po maturze, którą zdał za pomocą komputera z syntezatorem mowy, dostał się na prawo na Uniwersytecie
Łódzkim. - Mieszkałem w akademiku. Musiałem nauczyć się
przygotowywać jedzenie, prać, robić zakupy. Tylko prasowanie mnie pokonało. To była szkoła życia. Można
powiedzieć: zrehabilitowałem się sam.
Po roku przerwał studia. Zdał egzaminy do Medycznego Studium Masażu Leczniczego w Krakowie.
Biją się bez sensu, wyzywają od Żydów
Słuchał ryku silników na żużlu w Łodzi. Jeździł na mecze siatkówki w katowickim Spodku i na koszykówkę. -
Stadion jest takim miejscem, gdzie mogę się wyszaleć,
wykrzyczeć i być sobą. Poczuć tę atmosferę. Wolę iść na mecz, niż się upić albo słuchać radia. Co z tego, że jest
daleko i trzeba jechać całą noc? Na trybunach się
odprężam. Czasami coś ciekawego się wydarzy. Ktoś coś opowie śmiesznego, spotka się starych znajomych.
Mówi, że Widzew wciąga jak narkotyk: - Z ukochaną drużyną trzeba być na dobre i na złe. Niezależnie od tego,
czy Widzew wygra Ligę Mistrzów, czy spadnie do piątej
ligi, zawsze będę go nosił w sercu.
Nie podoba mu się tylko, że kibice �biją się bez sensu i wyzywają od Żydów�. - Przecież każdy z nich mógłby się
urodzić w innym mieście i wtedy kibicowałby komu
innemu.
Co ty z tego meczu wiesz?
Na początku szło jak po grudzie. Kibice go nie akceptowali. Młodsi podśmiewali się z niego: �Co ty z tego meczu
wiesz? Po co chodzisz, skoro nie widzisz?�. - Nie
widzę, ale czuję i wyobrażam sobie - mówi Marcin.
- Musiałem jak najczęściej przyjeżdżać na mecze - opowiada. - Pokazywałem, że daję sobie doskonale radę, nie
jestem maminsynkiem.
Zawsze jeździ z radiem. Czasami szybciej od innych wie, kto zdobył bramkę. Jak nie ma radia, pyta innych
kibiców, co się dzieje na boisku.
Teraz kibice pomagają mu wejść na trybuny. - Schody są tak strome, że nawet sprawny człowiek może mieć
kłopoty, żeby się na nie dostać - wyjaśnia Adam, kibic
Widzewa.
- Łza kręciła mi się w oku, gdy ten człowiek stał obok mnie i cały czas śpiewał - mówi Gregoo. - Kiedy kibice
podnosili ręce do �angielki� [unoszą ręce pod kątem 45
stopni na kształt litery V i klaszczą - red.], on podnosił pionowo w górę. Chyba nigdy nie widział, jak się to robi.
Kwiecień 1999. Warszawa. - Graliśmy wtedy z Legią i Widzew przegrał 1:2. - Marcin dokładnie pamięta daty,
wyniki i zdobywców goli. - Szliśmy z Dworca
Centralnego na stadion przy Łazienkowskiej. Policjanci kazali nam biec, żebyśmy nie tamowali ruchu. Jeden z
policjantów zaczął mnie popychać. Chwyciłem za ramię
jakiegoś kibica i biegłem za nim. Krzyknąłem mu: �Trzymaj tempo jak wszyscy, żebyśmy nie odstawali!�. Ale
policjantowi coś się n