absztyfikant
22.06.06, 11:43
21 czerwca 2006
W 1995 roku zdawałam maturę i byłam mocno zaangażowana w działalność
organizacji anty-nazistowskich i anty-faszystowkich. Starałam się - w miarę
skromnych możliwości - aktywnie sprzeciwiać się działalności różnych grup
nacjonalistycznych, skrajnie prawicowych, związanych ze skinheadami.
Pan Piotr Farfał jest ode mnie niewiele młodszy. W tym samym 1995 roku był
zapewne w szkole średniej. I tak jak ja był zaangażowany politycznie. Jego
zaangażowanie przejawiało się m.in. w redagowaniu pewnego pisma.
Uogólniając, mogę napisać, że wówczas zetknęliśmy się "na polu walki". Bo ja
doskonale pamiętam fanzin "Front". Zjadliwe, ziejące nienawiścią artykuły i
rysunki w nim zamieszczane.
Wydawało mi się wówczas, że owszem, istnieją osoby, które myślą tak, jak
autorzy wymienionego pisma, ale jest to, na szczęście, margines. Niewiele
znaczące indywidua, próbujące w jakiś chory sposób zabić własne kompleksy.
Jak bardzo zdziwiłam się wczoraj, kiedy przeczytałam, że naczelny redaktor
doskonale przeze mnie pamiętanej "gazety" jest nie tylko osobą publiczną, ale
ważnym urzędnikiem państwowym. Jest wiceprezesem Zarządu TVP. Jest osobą na
stanowisku eksponowanym. Człowiek, który publikował - sam, czy jako redaktor -
poglądy, za których głoszenie powinien stanąć przed sądem, znalazł się w
niepojęty dla mnie sposób na jednej z najważniejszych posad w kraju.
Trzy dni temu Naczelny Rabin bronił Polski i polskiego rządu na łamach
międzynarodowych. W liście do New York Timesa tłumaczył, że nie ma powodów do
niepokoju, że antysemityzm w Polsce nie jest bardziej widoczny niż dawniej,
że nie ma on przyzwolenia władzy.
W niedzielę podczas obchodów wydarzeń sprzed 30 lat w Ursusie
najwyraźniejszym elementem uroczystości stało się zjadliwe, antysemickie
wystąpienie.
Wczoraj zaś kolejna niespodzianka.
I jak ma się czuć osoba z pochodzeniem żydowskim? Czy nie ma prawa
domniemywać, że takie poglądy mają przyzwolenie rządowe? Że "władza" może i
sama nie głosi ich, ale daje im jakieś błogosławieństwo dopuszczając osoby
takie, jak młody pan prezes, do kluczowych pozycji? Pozwalając na tłumaczenie
się "błędami młodości" i argumentując, że przecież "skaza" na śnieżnobiałym
charakterze miała miejsce dawno? A co było i nie jest, nie pisze się w
rejestr...
To właśnie można było usłyszeć podczas wczorajszej konferencji prasowej. Tak
tłumaczył dziś rano wiceprezesa pan marszałek Marek Jurek.
Interesujące, że nie dotyczy to osób poddawanych agresywnej lustracji czy
będących w przeciwnym dla rządzącego obozie.
Opór przeciwko publikacji na temat przeszłości (jednakże nie tak dawnej) pana
Farfała poszedł dalej - poseł Cymański zarzuca Gazecie Wyborczej bezmyślność
i "dawanie zagranicznym mediom bezpodstawnych argumentów dla budowania
stereotypu antysemickiej Polski". Bo skoro już musieli pisać o "Froncie", to
czemu zaraz na pierwszej stronie?
Oficjalne wypowiedzi naszych rządzących nie pozwalają na posądzenie ich o
antysemityzm czy inne formy neonazizmu. Zastanawia jednak to, że ich
oburzenie budzi nie działalność czy wypowiedzi w rodzaju tych publikowanych
we "Froncie" czy wygłoszonych w Ursusie, ale raczej ich ujawnienie (że się
posłużę słówkiem tak przez obecną władzę ulubionym).
I tak się składa, że osoby postrzegające świat w taki sposób, jako pełen
knujących garbatonosych szczurów i wymagający radykalnego oczyszczenia, czują
się coraz bardziej w sile, czują się uprawomocnione do głoszenia opinii,
które uwłaczają jakimkolwiek normom i prawu. Coraz częściej zdarza mi się
spotkać w pociągu, autobusie czy na ulicy pana lub panią dających upust
swojej nienawiści bez zażenowania, ba - z poczuciem dobrze spełnionego
obowiązku!
Powtórzę - jak ma się czuć ktoś, kogo te wypowiedzi dotyczą? Ktoś, kto żyje w
swoim kraju (a przynajmniej tak mu się wydawało), pracuje w nim, wiąże się z
nim na dobre i na złe. I nagle osoba, która wulgarnie domaga się wyrzucenia
go z tego kraju, wypowiada się oficjalnie? Zajmuje publiczne stanowisko?
Jestem osobą młodą, naukowcem, zatrudnionym w polskiej państwowej instytucji.
Mimo kiepskiej sytuacji ekonomicznej, ciężkich warunków pracy, zdawało mi się
oczywiste, że tu jest moje miejsce.
W szkole nie miałam co prawda zajęć z przedmiotu "wychowanie patriotyczne",
ale wydawało mi się, że je odebrałam, wyniosłam z domu czy szkoły.
A teraz się zastanawiam, czy jednak wyjazd stąd nie byłby najrozsądniejszym
rozwiązaniem.
Tak jak chce lub w niedawnej przeszłości chciał pan wiceprezes TVP.
"Polska dla Polaków" - legitymujących się polskością, określaną podług
kategorii jego i jemu podobnych.
Dagmara Mańka
FŻP