swarozyc
15.03.03, 12:52
W związku z tematem naszych rozważań nie można pominąć wypowiedzi Józefa
Piłsudskiego, który powiedział o swoich rodakach: "...przyglądałem się
bacznie, szukając ustawicznie stwierdzenia lub osłabienia prawdy, którą
dotychczas, tzn. do roku 1918, spotykałem. Prawdy, że naród polski jest
słaby wewnętrznie, (...) i dlatego łatwo służy obcym, dlatego nie widzi
wstrętu do służby obcemu - a nie dla siebie jedynie - że zatem jest mniej
wartościowy w porównaniu z innymi narodami, u których tego nie znajduję."
Los oszczędził Piłsudskiemu widoku klęski wrześniowej i ohydy masowego
donosicielstwa rodaków na rodaków do władz okupanta. Istnieje pokaźna liczba
publikacji powojennych na ten temat, są raporty i dokumenty władz Polski
Podziemnej, są liczne relacje ustne poszczególnych świadków. Cytuję
dokumenty: Z raportu Komendy Okręgu Lubelskiego AK z 30 I 1942
roku: "Służalcy niemieccy: cały szereg podanych nazwisk świadczy o
współpracy, przeważnie Polaków z Gestapo i policją niemiecką. Między
nazwiskami są żony oficerów polskich."
Sprawozdanie komendanta rejonu Zamość AK z 1 IX 1943: "Na terenie rejonu
stwierdzono wielu szpiclów, przeważnie rekrutujących się z młodzieży
gimnazjum." W styczniu 1944 komendant rejonu Biłgoraj donosił do Komendy
Obwodu: "Gestapo rekrutuje swój wywiad przeważnie spośród miejscowych
młodych panieniek." W rozkazie Obwodu Krasnystaw z 24 VI 1944 podana jest
taka informacja: "W ostatnich dniach Gestapo wysłało w teren dużą ilość
inteligentnych szpiclów celem dostarczenia dokładnych wiadomości co do spraw
wojskowych i politycznych w naszym obwodzie. (...) Będą zachowywali się jak
bardzo dobrzy Polacy, pragnący walki z okupantem i odrodzenia niepodległości
Polski."
Inteligentów do szpiclowania dostarczyła Niemcom inteligencja polska. To
Lubelskie. W Krakowskiem widział to samo prof. Wyka: "Lichota materiału
ludzkiego, oto codzienne, paskudne doświadczenie tych okolic. (...) Od
pierwszych dni wkroczenia Niemców obserwujesz tę plagę, nie możesz się z nią
oswoić i nie umiesz wytłumaczyć jej przyczyny. Fakty zaś są takie - wybieram
skromną cząstkę z obfitego łańcucha: oto żona biegnie na komendę niemiecką
ze skargą na swojego męża, że ten posiada broń, że słucha radia, że obraża
Hitlera. Następuje rewizja, wszystko na szczęście okazuje się kłamstwem.
(...)
Oto baba wiejska przybiega z wieścią, że proboszcz miejscowy oddał wprawdzie
stary aparat radiowy, ale nowy ma schowany w łóżku i stale słucha radia. Oto
inna baba wnosi dokładnie napisane pismo, że sołtys miejscowy wie o
ukrywaniu się we wsi działaczy śląskich, którzy mieszkają u takich a takich
gospodarzy - z nazwiskami. Oto dawny zarządca lasów, zgłaszając się do
współpracy z okupantami, przedstawia im ludzi niepewnych spośród
dotychczasowego zarządu dóbr. Oto żaden kupiec, który najcenniejsze towary
przed ucieczką dobrze zamurował, nie znalazł swojego dobytku, bo ten sam
mistrz kielni, który murował, pobiegł i pokazał, gdzie należy odmurować.
Wszystkie klasy, wszystkie warstwy zgodnie współpracują. Inteligent, który
ongiś przeczytał Mein Kampf, rzemieślnik, chłop (...) Niemcy to widzą - w
geście, w psim spojrzeniu, w lizusowskim i obleśnym uśmiechu, w ogniu do
papierosa, który na wyścigi wylatuje z kilku naraz kieszeni... (...) Tak
zachowuje się wieś, tak miejski żółtek na sklepiku z trzema półkami, tak
inteligent prowincjonalny. Te same anarchiczne, rozsadzające wady charakteru
szlachty polskiej powtarzają się wśród ludu, miasteczkowego i miejskiego
prostactwa i inteligencji tych okolic. Czyżby charakter narodowy,
szczególnie jego niedostatek, był trwalszym od historii i odradzał się w
warstwach, które z pozoru powinny być wolne od tych niedostatków, albowiem
historycznie w nich nie uczestniczyły? Ci ludzie na swoim maleńkim podwórku
czynią to samo, co magnaci osiemnastowieczni odwołujący się do cudzych
potęg, potulni wobec nich, anarchiczni wobec władzy własnej."
Tak, to prawda, że warstwy nieszlacheckie w herbowej anarchii nie
uczestniczyły. Uczestniczyły natomiast, i to jak najbardziej, w postaci
surowca w perpetuum mobile katolickiej wytwórni charakterów, która miała
monopol na produkt. Ten produkt - to katolik, a w lepszym gatunku:
polakatolik, mógł mieć wszelkie przymioty prócz godności narodowej czy w
ogóle godności ludzkiej. Jeden taki specimen pozwolę sobie zaprezentować
Czytelnikom na podstawie opowiadania pani K., którą poznałem po wojnie we
Wrocławiu. Małżeństwo K. mieszkało przed wojną w Inowrocławiu. W czasie
okupacji zostało stamtąd wysiedlone przez Niemców i osiadło w Krakowie. Pan
K., człowiek rzutki, rychło urządził się w tym mieście i wysiedleni żyli
względnie dostatnio jak na warunki okupacyjne. W domu, w którym zamieszkali,
mieszkała o piętro niżej wraz z córką wdowa po sędzi. Córka, pracownica
jakiegoś biura niemieckiego, za popełnione tam nadużycia odsiadywała wyrok w
więzieniu. Samotna wdowa, nazwijmy ją Anna Kłodnicka, była katoliczką bardzo
pobożną, codziennie chodziła na mszę, często przystępowała do komunii. Była
też częstym gościem u pani K., która pomagała materialnie ubogiej sąsiadce.
Pewnego dnia zjawia się u pani K. Niemiec z Kripo (Kriminalpolizei), robi
rewizję i nie znalazłszy czego szukał poleca rewidowanej zgłosić się do
biura Kripo przy ul. Na Szlaku. Gdy po godzinie pani K. zgłosiła się tam,
Niemiec, ten sam co ją rewidował, pokazuje jej jakiś papier: "Lesen Sie,
bitte." Był to donos, że pani K. handluje złotem i biżuterią. Donos
podpisała Anna Kłodnicka! Otóż gdy profesor Wyka, naukowiec, stwierdza
lichotę obserwowanego przez siebie materiału ludzkiego i decyduje się na
skojarzenie tej lichoty z charakterem narodowym, to można by się dziwić -
dlaczego zatrzymał się przed dalszym logicznym ogniwem skojarzeń i nie
dotarł do wytwórni charakterów w Polsce, do katolicyzmu. Można by - gdyby
ktoś zapomniał, że temat katolicyzmu jako genezy charakteru narodowego jest
w Polsce absolutnym tabu, o którym już wyżej była mowa.