plazzek
15.04.08, 16:35
Dla Polski w latach 2007-2013 zarezerwowano tytułem subwencji
unijnych 91 mld euro, podczas gdy polska składka do UE w tym okresie
wyniesie niewiele ponad 22 mld euro.
Warto zauważyć, że stopień wykorzystania funduszy jest jak dotąd
nikły. A początkowe działania rządu PO nawet go zmniejszyły. Choć
nawet marne 25% wykorzystania może zapewnić nam bycie na plusie, to
jednak trzeba mocno się starać.
Można powiedzieć, że jakby co, to sami będziemy sobie winni. Jednak
upada w ten sposób jeden z głównych argumentów wysuwanych przed
referendum akcesyjnym - że zamiast polskiego burdelu będzie
europorządek. Polemizowałem z tym stanowiskiem, uważając, że sami
jesteśmy w stanie uporządkować nasze finanse. Jak widać, burdel jak
był, tak jest, a a za to wysiłków nad porządkowaniem finansów na
serio nie podjęto.
Od ewentualnej nadwyżki trzeba jeszcze odjąć koszty wdrażania
ogólnoeuropejskich inicjatyw. Komisarz Verheugen szacuje je na 600
mld euro w skali Unii. Nasz udział, jako nowego członka, na pewno
mocno przekracza udział, jaki by wynikał z proporcjonalnego
przeliczenia wg liczby mieszkańców. Podobno chodzi nawet o ponad 100
mld euro!
Dodatkowo finansowanie z Unii na ogół wymaga wkładu własnego. Ciągle
biedny kraj, jakim jest Polska, nie zawsze stać na taki wydatek,
szaczególnie dotyczy to samorządów. Moglibyśmy własne fundusze
pomnażać, ale i na to nasi władcy wymyślili sposób - opodatkowanie
emicji CO2. Za szybszy niż Unia zezwala rozwój zapłacimy więc
dodatkowo.
Kto się z takiego obrotu sprawy najbardziej cieszy? Oczywiście
unijna biurokracja, bo z samego rozdzielania takiej kasy da się
wykroić niezła fortuna.