Dodaj do ulubionych

"Jabłko Sodomy"

05.09.08, 10:31
www.dziennik.pl/opinie/article232617/Rokita_Osobiste_rzady_Donalda_Tuska.html

Pragnienie hegemonii zamiast rządzenia
czwartek 4 września 2008 23:32

Rokita: Osobiste rządy Donalda Tuska
» Rokita: Osobiste rządy Donalda Tuska Zamknij X

zobacz galerię Jan Rokita w DZIENNIKU: Osobiste rządy Tuska fot.
Piotr Gęsicki Donald Tusk zyskał status pozwalający na sprawowanie w
Polsce rządów osobistych. Dlaczego w takim razie premier osobiście
sformułował jak dotąd tylko jeden cel dla swojego rządu i to cel tak
nieskomplikowany, jak budowa gminnych boisk piłkarskich? - pyta w
DZIENNIKU Jan Rokita.

czytaj dalej...REKLAMA
System rządów osobistych Donalda Tuska określa dziś zasadniczy
kształt władzy politycznej w Polsce. Rządów osobistych - rzecz
jasna - nie wolno mylić z dyktaturą albo jakąkolwiek inną formą
tyranii. Od tyranii - generalnie - różni je silna legitymizacja.
Tyrania z natury rzeczy jest skutkiem jakiejś przeszłej opresji i
nie posiada dlatego dostatecznego uzasadnienia dla faktu swych
narodzin. Rządy osobiste przeciwnie. Nie tylko zrodziły się w sposób
całkowicie legitymizowany, a więc także legalny, ale ponadto - dla
swojego trwania potrzebują powtarzalnych świadectw nieustanności
silnego mandatu poparcia. Od dyktatury zaś w szczególności rządy
osobiste różnią się tym, że nie zawieszają normalnego funkcjonowania
podstawowych instytucji politycznych. Zachowując je, ograniczają
jednak istotnie ich realną polityczną moc i sprawczość.

"Wydarzenia" Polsatu: Rząd Tuska dostał wotum zaufania


W okresie nowej niepodległości Polska przeszła już raz przez krótki
okres rządów osobistych. Były to rządy Tadeusza Mazowieckiego do
późnej wiosny roku 1990, kiedy to Lech Wałęsa pozbawił je niezbędnej
mocy i poparcia. Legitymacja tamtych rządów miała charakter
wyjątkowy, wynikała z fali politycznych przewrotów ogarniających
Europę Środkową. Dzisiaj oczywiście jest inaczej. Nie dzieje się
żaden nadzwyczajny historyczny proces, który by dawał obecnie rządom
osobistym w Polsce mocne uzasadnienie. Mimo to w sytuacji dość
pospolitej ukształtował się taki właśnie model wykonywania władzy.
Chyba powszechne jest odczucie, że coś zmieniło się naprawdę w
mechanizmie polskiej polityki w ciągu ostatniego roku oraz że nie
jest to zmiana mało istotna. Żeby tę zmianę zrozumieć i ocenić,
trzeba spróbować stworzyć model, który byłby w stanie uchwycić jej
głębszą polityczną naturę. Budowanie modeli jest zawsze myślowo
ryzykowne. Stąd najczęściej uwaga nasza koncentruje się na
obserwacjach często ciekawych, acz powierzchownych. Dyskusje i
komentarze obracają się więc głównie wokół dwóch zjawisk rzucających
się w oczy w polskiej polityce, o nie do końca jasnej genezie:
wszechogarniającego konfliktu PO contra PiS oraz zdumiewającego
zazwyczaj obserwatorów, bo paradoksalnego braku inicjatywy bardzo
silnego politycznie rządu. Ten ostatni wątek stał się od pewnego
czasu motywem przewodnim poważniejszych analiz czynionych za granicą
(np. obszerny tekst w "The Economist”).

Spot PiS o złym wilku Tusku


System rządów osobistych spowodował istotne przemiany kilku ważnych
instytucji politycznych, gdy idzie o ich rzeczywisty wpływ na
kształtowanie polityki i ich realną, a nie prawno-legalną,
polityczną naturę. Zmiana ta w pierwszej kolejności dotyczy
parlamentu. Sejm utracił znaczenie nie tylko jako miejsce
wypracowywania i podejmowania decyzji. Przestał również być miejscem
ustrojowo ważnym z punktu widzenia formowania opinii publicznej, ba…
przestał ważyć nawet jako ośrodek politycznej propagandy. U źródeł
tej zmiany legł brak parlamentarzystów suwerennie formułujących sądy
albo podejmujących działania, które miałyby znaczenie dla
kształtowania polityki. Przeciwnie. Politycy parlamentarni nie
wyrażają ani własnego, ani reprezentatywnego dla jakiejś grupy
poglądu na sprawy państwa, a już na pewno nie czyni tego żaden
polityk obozu rządowego. Historia poufnego przesyłania z urzędu
premiera kompletnych sformułowań, jakich danego dnia używać mają
posłowie partii rządzącej we wszelkich oświadczeniach publicznych,
jest w istocie przecież koronnym, empirycznym - i co tu dużo mówić -
mocno żałosnym świadectwem gnuśności parlamentaryzmu, a nie żadną
wesołą ludową anegdotką o niemądrych posłach. Odpowiedzialność
parlamentarzysty w systemie rządów osobistych redukuje się bowiem do
obowiązku entuzjastycznego okazywania poparcia i zaufania dla
przywódcy i - co ważne - znajdowania do tego na własną rękę częstych
okazji. A także do niezmordowanego potępiania i ośmieszania jego
przeciwników najlepiej w sposób brutalny, bo ten - co poświadczają
analitycy polityki - najsilniej zapada w powszechną pamięć (vide
głośny wywiad z Erykiem Mistewiczem).

"Wydarzenia" Polsatu: Tusk: polityka zagraniczna to ja


Zanik politycznego znaczenia parlamentu postąpił mocno naprzód, gdy
opisywany tu mechanizm zapanował ostatnio nad trybem prac komisji
sejmowych. Jeszcze całkiem niedawno konflikty polityczne na
posiedzeniach komisji nie rozgrywały się wedle formuły: "popatrz w
lustro, do czego ty jesteś podobna” (między posłankami), lub
mocniejszej: "niedługo już skończymy z waszym matolstwem” (pomiędzy
posłami). W takiej sytuacji tracą na politycznym znaczeniu nawet
kluczowe urzędy parlamentarne. Widać, że urząd marszałka sejmu
przestał być narzędziem niemal automatycznego - jak w przeszłości -
zdobywania autorytetu. Zaś przypomnienie ciągu personalnego
następstwa (spoza SLD) na urzędzie szefa komisji spraw zagranicznych
(Geremek - Bielecki - Zalewski - Lisek) dobrze unaocznia skalę tego
trendu. Znaczenie izby poselskiej redukuje się stopniowo do tego, że
jej partyjny podział jest jakby mechaniczną stop-klatką w ciągle
przepływającym strumieniu sondaży. Można zapytać, czy aby wielki
monitor ustawiony naprzeciw siedziby premiera, który wykazywałby,
jaka decyzja znalazła wymaganą większość, a jaka z jej braku upadła,
nie byłby w stanie skutecznie i sprawnie wejść w dzisiejszą rolę
izby?. W każdym razie posłowie wyzuci z konstytutywnego dla
wszelkiej polityki prawa do osądzania spraw państwa, tym bardziej są
pozbawieni politycznej inicjatywy. W Sejmie przestało się więc
toczyć realne życie polityczne.

Dworskie partie

Obserwuj wątek
    • kielbaska.i.kiszona.kapusta Re: "Jabłko Sodomy" 05.09.08, 10:32
      Dworskie partie

      Druga instytucja, której rzeczywista funkcja zmieniła się istotnie w
      warunkach rządów osobistych - to partia rządząca. Jej tradycyjna
      rola polegała na ciągłej interakcji z własnym rządem, a to dla
      wyrażenia wobec niego jakichś preferencji ideowych, a to - częściej -
      dla artykulacji ukształtowanych wewnętrznie interesów i roszczeń o
      ich zaspokojenie. Interakcja ta najczęściej zmniejszała rozpiętość
      pomiędzy aspiracjami rządu a ludzkimi roszczeniami, zazwyczaj o
      podłożu socjalnym. Często przyczyniała się do osłabienia
      reformatorskiej ambicji premiera i ministrów. Budowała także i
      rujnowała kariery rozmaitych działaczy w instytucjach państwa. Fakt
      owej interakcji powodował, że w przeciwieństwie do partii
      opozycyjnej skazanej na wewnętrzną martwotę albo życie wewnętrzną
      intrygą oderwaną od realnych losów państwa, partia rządząca
      faktycznie żyła roztrząsaniem dylematów prawdziwej polityki. Ten
      czas się skończył wraz z nastaniem systemu rządów osobistych. Partia
      rządząca przestała pełnić obie swoje tradycyjne funkcje. Nie jest
      już ideotwórcza, ponieważ każda idea może stanowić jutro
      nieoczekiwane zagrożenie dla wewnętrznego autorytetu przywódcy, od
      którego nie można i nie należy oczekiwać lojalności wobec idei.
      Swoboda jednako twardej argumentacji polityków obozu rządowego
      najpierw przeciw, a potem za tarczą antyrakietową jest jednym z
      licznych tego rodzaju świadectw. Ale partia rządząca przestała także
      być miejscem jawnego organizowania się i artykułowania rozmaitych
      politycznych interesów. Zaobserwować można ciekawe w tej mierze
      zjawisko spontanicznego wymierania bądź głębokiej konspiracji
      interesów, co do których sformułowano najczęściej niemożliwe do
      zweryfikowania podejrzenie nie legitymizowania ich przez przywódcę.
      Krążąca opinia: "słuchaj, podobno Donald jest przeciw” skutecznie
      uśmierca nawet dobrze wcześniej zorganizowane interesy
      wewnątrzpartyjne. Tak czy owak z partii rządzącej uszło życie i
      jakby to paradoksalnie nie brzmiało - partii formalnie sprawującej
      władzę w realnej polityce po prostu nie ma.

      Podmiotowość polityczną ma natomiast otoczenie przywódcy. Na ten
      temat pisano trochę ciekawych tekstów, czasami złośliwych, bo
      kwestia tzw. dworu jest na złośliwości szczególnie podatna. Proces
      oligarchizacji przywództwa partyjnego w Polsce w ogóle ciekawie
      przeanalizował prof. Paweł Śpiewak, wskazując zwłaszcza na przemożny
      wpływ praktycznie swobodnego dysponowania olbrzymimi funduszami
      przeznaczanymi na partie przez państwo na umacnianie się
      wewnątrzpartyjnych oligarchii. Na użytek tej analizy ważne jest
      tylko to, że system rządów osobistych powoduje kształtowanie się
      najbardziej klasycznego i - wydawać by się mogło - istniejącego już
      tylko w literaturze historycznej albo w prymitywnych państwach
      trzeciego świata modelu otoczenia władzy. Występuje w nim więc
      majordom prowadzący z pewną dozą niezależności dużą część spraw,
      zawsze jest ulubieniec lidera, jest podczaszy albo dostawca drobnych
      dóbr bardzo praktycznych, bywa nawet wpływowy błazen, który
      dostarcza zinstytucjonalizowanej wesołości. Kwestia jednak nie w
      anegdocie. Rzecz w tym, że o ile XX-wieczna demokracja partyjna
      zastąpiła klasyczne otoczenie władzy siecią organizacji partyjnej z
      całą brzydkością funkcji pełnionych często przez tę sieć, model
      rządów osobistych uśmiercając partię, odtwarza jednocześnie dworską
      strukturę władzy państwowej. Bo system władzy nie dopuszcza próżni,
      a polityczna nierealność partii jakoś musi zostać zastąpiona.

      Zdominowani ministrowie

      Rządy osobiste przeobrażają także polityczną istotę rady ministrów.
      Niezależnie od raczej kanclerskiego, czy też raczej parlamentarno-
      gabinetowego modelu rady ministrów, jej członkowie zasiadają w niej -
      najkrócej mówiąc - nie tylko dlatego, że chciał tego premier. Te
      drugie przyczyny obecności ministrów w rządzie definiują zazwyczaj
      polityczny charakter samej rady. Jeżeli główną drugą przyczyną
      członkostwa rządu jest wybitna kompetencja merytoryczna - rząd nosi
      charakter ekspercki, a dodatkowym oparciem ministrów są uniwersytety
      i społeczna elita kraju. Jeżeli jest nią potwierdzona wewnętrznymi
      wyborami pozycja ministrów w hierarchii partyjnej - rząd jest
      faktycznie komitetem wykonawczym partii, de facto sprawującej
      władzę. Jeśli główną drugą przyczyną jest osobista popularność
      ministrów - rząd z reguły jest pozaparlamentarny i nosi charakter
      populistyczny. W każdym razie rzecz w tym, że od owej drugiej
      przyczyny w znaczącym stopniu zależy faktyczny model władzy. Rządy
      osobiste charakteryzują się tym, że nie ma w ogóle owej drugiej
      przyczyny. Jeżeli uważniej przyjrzeć się składowi obecnego gabinetu,
      uderzać musi fakt, że jego członkowie są tam wyłącznie z woli
      swojego szefa. I z jego woli z dnia na dzień mogą tam przestać być.
      Można z dużą dozą pewności założyć zresztą, że tak jak klub sejmowy
      partii rządzącej budowany był nie wedle kryterium zalet osób, ale
      ich dyspozycyjności, rzecz ma się podobnie z rządem. Z tą tylko
      różnicą, że w przypadku gabinetu głównym kryterium była raczej
      łatwość usunięcia w przyszłości kandydata niż jego prosta
      dyspozycyjność. W efekcie obecny premier posiada prawie
      nieograniczoną zdolność przebudowy składu rady ministrów w razie
      takiej potrzeby, praktycznie bez groźby jakiegokolwiek kryzysu i bez
      płacenia ceny większej niż kilkudniowe zainteresowanie gazet. W
      zasadzie jedyny wyjątek na tej mapie to wicepremier Waldemar Pawlak,
      za którym stoi właśnie silna druga przyczyna: prezesura koalicyjnego
      stronnictwa. Nie jest do końca jasne, jak się mają sprawy ministra
      rolnictwa Sawickiego. Niewykluczone, że jeśli rzeczywiście zbudował
      on w PSL partię wewnętrzną, rywalizacyjną wobec prezesa Pawlaka, to
      i jego rządowa podmiotowość oraz cena za usunięcie mogła istotnie
      wzrosnąć. I to jest koniec tej listy.

      Oczywistym skutkiem braku podmiotowości politycznej członków rady
      ministrów jest ich podległość premierowi. Logicznie taki sposób
      konstrukcji gabinetu każe domniemywać istnienia jakiegoś niezwykle
      ambitnego i ryzykownego premierowskiego planu rządzenia, dla którego
      potrzebuje on całkowitego uzależnienia od siebie rady ministrów.
      Operując kategoriami niemieckiego systemu kanclerskiego premier
      zyskał w ten sposób niegwarantowaną w Polsce konstytucyjnie swobodę
      ustalenia i wyegzekwowania w każdym resorcie tzw. Richtlinien der
      Politik, czyli szczegółowych wytycznych polityki resortu. Można by
      więc oczekiwać, że każdy z członków rządu otrzymał premierowskie
      portfolio zawierające zadania, terminy ich wykonania i wskaźniki
      oceny, trzy pierwsze instrumenty każdego kancleryzmu. Zaś
      przebudowana kancelaria szefa rządu jest już faktycznym centrum dla
      policy making, czyli strategicznego planowania, korygowania i
      rozliczania polityk prowadzonych przez każdą ze struktur władzy. No
      bo w przeciwnym razie - można naiwnie zapytać - po co w ogóle
      tworzyć taki system? Jest rzeczą wiadomą, że bez perfekcyjnie
      zorganizowanego mechanizmu wysyłającego ciągłe impulsy z centrum tak
      skonstruowany gabinet musi ulec wewnętrznemu zablokowaniu. Nie
      istnieje bowiem kancleryzm bez kanclerza i urzędu kanclerskiego.

      Ucieczka od ambicji

      • kielbaska.i.kiszona.kapusta Re: "Jabłko Sodomy" 05.09.08, 10:33
        Ucieczka od ambicji

        Łatwo zauważyć, że ambitnym rządom sprzyjają także opisane wcześniej
        przekształcenia parlamentu i partii rządzącej. Jak zwykle w polityce
        coś dostaje się za cenę czegoś innego. To prawda, że na dłuższą metę
        przekształcenia te prowadzą do degeneracji tak parlamentu, jak i
        rządzącej partii. Wielkie, kosztowne, a zarazem tracące realne
        znaczenie instytucje polityczne muszą z konieczności prowadzić do
        zła zdemaskowanego przez komisję ds. afery Rywina. Jeśli pojawia się
        fasada, to za nią muszą być jakieś tyły. I wcześniej czy później -
        trzeba będzie znowu odkrywać ich zdeformowane kształty. Na krótką
        jednak metę dzięki rządom osobistym można uzyskać inną istotną
        polityczną wartość. Jest nią efektywność władzy. Ambitnego przywódcę
        choć na chwilę nie musi oblewać w nocy zimny pot przerażenia, gdy we
        śnie pojawiają mu się trzy najstraszniejsze zmory: parlament, jego
        ministrowie i własna partia.

        Dla pełnej prawdziwości obrazu przyznać trzeba, że swoboda
        przeobrażania państwa przez rządy osobiste Donalda Tuska doznaje z
        dwóch stron pewnych ograniczeń. O pierwszym była mowa - jest nim
        partner koalicyjny. Od czasu do czasu bywa to ograniczenie
        kłopotliwe, gdyż partia ta ma dość jasno zdefiniowane i raczej
        nieprzyjemne interesy. Dotyczą one trzech obszarów: pilnowania
        przywilejów finansowych rolników, podejrzanych interesów
        gospodarczych na Wschodzie oraz utrzymywania z budżetu dość
        prymitywnej nomenklatury partyjnej w instytucjach związanych z wsią
        i leśnictwem. Ograniczenie drugie wiąże się z eksploatowaną wciąż
        propagandowo, acz - co trzeba podkreślić - nie realnie, groźbą weta
        ustawodawczego prezydenta sprzymierzonego z lewicą. To ograniczenie
        zadziałało w zasadzie tylko raz, paraliżując próbę zmiany
        politycznej kontroli nad państwową telewizją. Ale najciekawszą
        kwestią do analizy jest wewnętrzne samoograniczenie, które ten
        system stworzył dla samego siebie. Pytanie zatem brzmi: jak to
        możliwe, że system rządów osobistych stworzony dla ambitnej polityki
        wytwarza politykę wyzutą z ambicji? Ambicji w dobru, albo nawet w
        złu? Gdyby tylko na jeden moment spsychologizować to pytanie, można
        by go sformułować następująco: dlaczego polityk, który przecież nie
        odziedziczył dynastycznie, ale własnym sprytem, czarem i
        brutalnością stworzył ten system, nałożył swoim ambicjom rządzenia
        tak beznadziejnie minimalistyczne ramy? Dlaczego od czasu sejmowego
        expose aż do dzisiaj jedyny jasny cel wymyślony i postawiony przez
        premiera przed własną władzą to gminne boiska piłkarskie, tzw.
        orliki? Projekt jasny, celowy, ambitny i o mierzalnych efektach.
        Czyli taki, jaka powinna być cała polityka w tak komfortowych
        warunkach rządzenia.

        Zaprzepaszczona szansa

        Tymczasem tak się akurat składa, że przy swoich rozlicznych wadach i
        słabościach system rządów osobistych mógłby być zupełnie niezłą
        odpowiedzią na historyczny moment, w jakim znajduje się Polska. Po
        dwóch dekadach niepodległości kraj potrzebuje dużej i nowej dawki
        energii modernizacyjnej. Istnieje bowiem obawa, że powolne toczenie
        się koleiną wyżłobioną w ciągu tych dwu dziesięcioleci może okazać
        się już nie tak pewne i nie tak bezpieczne, jak wcześniej bywało.
        Powodów jest wiele. Wraz z rosyjską ofensywą na Kaukazie kwestia
        najbardziej elementarnego, życiowego bezpieczeństwa wraca po
        krótkotrwałej nieobecności w pobliże polskich granic. Niechwilowy
        deficyt energii z konsekwencjami dla jakości naszego życia czeka
        nas - jeśli wierzyć poważnym raportom - już od roku 2013. Niewiele
        później mamy szansę stać się najstarszym narodem Unii, także z
        nieprzyjemnymi konsekwencjami tak dla zewnętrznego znaczenia
        państwa, jak i dla perspektyw życiowych nieurodzonych jeszcze
        Polaków. Już wiemy, że niedokończony system emerytalny nie wytrzyma,
        jeśli ze strachu zachować go w obecnej postaci. Polska szkoła -
        zgodnie z obawami - zaczęła podlegać tym samym procesom upadku
        jakości, jakich swego czasu doświadczył niemal cały demokratyczny
        świat. Na dodatek ustrój konstytucyjny państwa w kilku
        najważniejszych dziedzinach (egzekutywa, sądy) się nie sprawdza, a
        standardy polityki, które miały przecież po aferze Rywina raptownie
        skoczyć w górę, pozostają dość przeciętne. Czas, w którym żyjemy,
        pozwala nam już to wszystko dostrzec. Jak mądrze mawiał Burke,
        społeczeństwo tworzy partnerstwo pomiędzy tymi, co żyją, tymi, co
        umarli i tymi, co się dopiero narodzą. Jeśli tak rozumieć Polskę, to
        minimalistyczna polityka nie jest dzisiaj wystarczającym działaniem
        dla Jej sprawy.

        Ów minimalizm w pewnej mierze polega na nieobecności takich
        długofalowych wyzwań w planie politycznym państwa, albo czasami na
        ich obecności niewystarczającej. Znana jest dobrze odwieczna słabość
        każdej władzy demokratycznej odpychania od siebie spraw, które mogą
        być zawiłe i politycznie kłopotliwe, a których złe skutki nie
        ujawnią się wystarczająco w perspektywie następnego kalendarza
        wyborczego. Obecna władza z tej doktryny uczyniła system. Ale istota
        zjawiska, które nazywam tu polityką minimalistyczną albo wyzbytą
        ambicji - ma nieco inną naturę. Władza wyzbyta politycznej ambicji -
        to władza nieposiadająca własnej agendy państwowej. Ambitna
        polityka - to polityka budująca własną przejrzystą agendę spraw i
        celów, jakie państwo ma osiągnąć i starająca się jej trzymać, wbrew
        wszystkim zewnętrznym presjom na jej rozbicie. Brak własnej agendy
        państwowej premiera po raz pierwszy spektakularnie ujawniło jego
        sejmowe expose, a od tego czasu nic się w tej mierze nie zmieniło.
        Władza bez agendy nie wiosłuje, tylko płynie. Przeciwnicy premiera
        czasami dość prostacko opisują to jako bezczynność albo lenistwo.
        Najczęściej wraca wtedy niemądry argument o ilości uchwalonych
        ustaw. Tymczasem istnieje głęboka różnica pomiędzy brakiem
        aktywności na polu politycznym a brakiem inicjatywy politycznej,
        jaka wyrosnąć może tylko na podłożu własnych idei i własnego planu
        politycznego. Ten dotkliwy deficyt własnej, nie pożyczonej od kogoś,
        albo wymuszonej przez bieg zdarzeń inicjatywy rządu po raz kolejny
        ujawniła ostatnio wojna na Kaukazie. Inicjatywę sytuującą Polskę
        wobec tej wojny podjął - z właściwym sobie wdziękiem słonia w
        składzie porcelany - prezydent, a czytelną kontrę wobec jego
        inicjatywy założyła lewica. A rząd płynął niesiony przez falę
        zdarzeń.

        Jabłko Sodomy

        • kielbaska.i.kiszona.kapusta Re: "Jabłko Sodomy" 05.09.08, 10:34
          Jabłko Sodomy

          Coraz bardziej jednak sądzę, że przyczyna tego stanu rzeczy leży w
          ulokowaniu przez premiera swojej ambicji na całkiem innym terenie.
          To by znaczyło, że nieambitna polityka państwowa nie jest wynikiem
          jakiejś słabości, nieumiejętności bądź taktycznego wyczekiwania na
          dogodniejszy moment. Myślę, że jest ona raczej ubocznym rezultatem
          klasycznego, nieco cezarystycznego sposobu rozumienia i traktowania
          władzy. Ostatecznym uzasadnieniem dla budowy systemu rządów
          osobistych wydaje się być zdobywanie zwyczajnego hobbesowskiego
          panowania politycznego, czyli hegemonii. Hegemonia staje się w ten
          sposób celem wewnętrznym systemu, nie wymaga dla siebie żadnych
          zewnętrznych potwierdzeń. Dlatego kumulując władzę, nie musi się jej
          używać ani dla przeobrażania państwa, ani nawet dla własnej
          przyjemności. To przecież charakterystyczne, że tzw. potocznie "dwór
          Tuska” jest niemal wyzbyty inklinacji do dworskiego pławienia się w
          przywilejach władzy. Albowiem używanie władzy jest nieuchronnie jej
          zużywaniem, bez względu na to, w jakim celu się jej używa. Jeden z
          brytyjskich premierów oświadczył kiedyś w Izbie Gmin, że czuje się
          tak, jakby był "in office”, ale nie "in power”. Zdaje się, że takie
          właśnie poczucie towarzyszy polskiemu premierowi. Być "in office”, a
          więc sprawować nawet najbardziej wpływowy urząd w państwie, znaczy
          tylko być w drodze do zawsze większego celu, do tej prawdziwej,
          ciągle niezdobytej politycznej hegemonii. Dzisiaj znaleźć się w
          końcu "in power” znaczy zdobyć prezydenturę, mimo że daje ona
          przecież wielekroć mniej realnych instrumentów wpływu, a więc władzy
          prawdziwej, a nie tej przejawiającej się celebracją. I ze względu na
          ten cel zrelatywizować - z nieuchronną szkodą dla dobra wspólnego -
          całą państwową politykę. Ale przecież nawet jeśliby się ową
          prezydenturę z dużym trudem udało zdobyć - wizja osiągnięcia
          hegemonii politycznej tylko się oddali. Bo wkrótce okaże się, że
          prawdziwy wpływ na rzeczywistość wywierają inni, młodsi, wcale nie
          czekający tak jak dziś na rozkazy, które nie nadchodzą.

          Historyk i dziennikarz Bernard Levin przypomniał w latach 90.
          polityczną karierę brytyjskiego konserwatywnego premiera z połowy XX
          wieku - Harolda MacMillana. Levin twierdził, że droga MacMillana do
          przywództwa konserwatystów i Wielkiej Brytanii charakteryzowała
          się "brutalnością, przebiegłością i zachłannością na władzę
          spotykaną tylko na zebraniach bossów mafii. Kiedy jednak MacMillan
          wypchnął wszystkich swoich rywali i zdobył szczyt władzy” - pisał
          dalej Levin "pewnego dnia powiedział: tam było tylko jabłko Sodomy”.
          Jabłko Sodomy albo czarci owoc pochodzi z pustyni nad morzem
          Martwym. Podobno jest tak ładne, że stanowi pokusę dla oczu.
          Przytknięte jednak do ust rozsypuje się w ciemny popiół.

          Jan Rokita
          • kielbaska.i.kiszona.kapusta Re: "Jabłko Sodomy" 05.09.08, 10:36
            Ten Rokita to musi być z rodowodem pisowskim. Musi jak nic.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka