plazzek
05.06.09, 12:01
...za murzynami ;)
Jak pewnie zauważyliście, marudzę tu od dłuższego czasu, żeby władze
nasze zajęły się ułatwianiem życia ludziom przedsiębiorczym. Wtedy
żadne kryzysy nie będą nam straszne.
Z przyjemnością zamieszczam wyszperany w sieci test porównujący
wolności gosodarcze w Polsce i Rwandzie.
konradjestwrwandzie.wordpress.com/2008/09/07/wlasna-firma-w-rwandzie/
Własna firma w Rwandzie
Jakiś tydzień temu czytałem sobie artykuł o tym jakie problemy
spotkała kobieta próbująca założyć domowe przedszkole. Kupa
biurokracji, chodzenia od urzędu, do urzędu żeby kolejne razy
wypełniać te same rubryczki i co odwiedzone miejsce to inna
otrzymana informacja, często sprzeczna z tym, co się dowiedzieliśmy
wcześniej. Ostatecznie przedszkola nie udało się legalnie otworzyć,
z powodu licznych blokujących przepisów. Polecam wszystkim lekturę.
Tak sobie pomyślałem, że skąd ja to wszystko znam Sam miałem swoją
jednoosobową działalność gospodarczą. Pamiętam dobrze bieganie na
początku od Urzędu Miasta, do ZUSu, Urzędu Skarbowego, GUSu… No a
potem karę jaką otrzymałem za niezapłacenie podatku VAT (efekt
niejasnych przepisów, ale i mojego poddania się zawczasu w szukaniu
ostatecznej ich interpretacji) i która tak mnie wkurzyła, że
postanowiłem rzucić to w cholerę Ja się produkuję, biegam,
załatwiam, płacę podatki i ZUSy, żeby tylko legalnie sprzedawać na
Allegro podczas gdy muszę konkurować z szarą strefą, która nazywała
mnie frajerem. I faktycznie miała jak widać rację, bo to ja jako
zarejestrowany byłem kontrolowany co najmniej raz w roku. Oni:
wyrywkowo kilka osób z dziesiątek tysięcy. Ot, Polskie prawo.
Ale zostawmy Polskę. Po przeczytaniu lektury artykułu zastanowiłem
się czy gdzieś może być gorzej niż u nas. Może – pomyślałem – pewnie
w Rwandzie jest jeszcze bardziej rozpaczliwie. Zacząłem więc pytać i
czytać jak to jest tutaj z własną firmą.
Zakładanie firmy
Założenie firmy nie jest łatwe. Trzeba mieć nieziemską determinację
by przez to wszystko przejść.
Mianowicie trzeba udać się do miejsca, które nazywa się One Stop
Office. Znajduje się w każdym dystrykcie w siedzibie jego władz.
Siedziba dystryktu Nyamata znajduje się około 500 metrów od naszego
domu. Jako, że nie ma tu komunikacji miejskiej (no jest, ale co to
za komunikacja, rowerowa) już w tym punkcie sobie odpuściłem. Nie,
że chciałem założyć firmę, jeszcze nie Chciałem zobaczyć jak to
wygląda. Zamiast pójść, popytałem.
W One Stop Office trzeba powiedzieć urzędnikowi co chcemy założyć
(Uwaga! Nie znają języka polskiego! Pewnym ratunkiem jest fakt, że
każdy urzędnik mówi po francusku i angielsku) i dostaniemy formularz
do wypełnienia. Niestety formularza też nie widziałem, więc nie
powiem ile ma stron. Uwaga, formularz też jest nie po polsku, a po
angielsku. Ułatwieniem jest fakt, że formularz wypełniamy razem z
urzędnikiem, który cały czas wszystko tłumaczy co i gdzie wpisać.
Następnie należy udać się do… domu. Po dwóch, trzech dniach musimy
wrócić do urzędu, by dowiedzieć się, że nasza firma jest już otwarta.
Wiem, wiem co sobie myślicie. A gdzie kolejne urzędy? Gdzie kolejne
formularze? Gdzie pozwolenia, gdzie akceptacja sanepidu, gdzie
kontrola straży pożarnej przed rozpoczęciem działalności? Wiem, że
to brzmi nieprawdopodobnie, ale wygląda na to, że te dzikusy tu mają
te mityczne, obiecywane przez kolejne polskie rządy „jedno okienko”.
Skandal. Co to za rząd, który sprzyja ludziom przedsiębiorczym?!
[...]
Podatki
System podatkowy Rwandy można porównać do węzła gordyjskiego. Tego,
kto go opanuje choćby w podstawach, można śmiało nazwać mistrzem
świata.
Nieskromnie więc napiszę, że zostałem mistrzem świata No może
jeszcze nie do końca, bo sam nie mogę uwierzyć, że wystarczyła mi na
to godzina. Otóż cały system podatkowy (cały!) zapisany jest w
jednej ustawie. I do tego liczącej dwadzieścia stron.
Z moim polskim doświadczeniem nie mogę w to uwierzyć. Na pewno
gdzieś są skrzętnie ukryte kolejne ustawy zmieniające ustawę,
rozbudowujące ją, nowelizacje, interpretacje i inne kłody pod nogi.
Ale nie mogłem ich znaleźć. A to, że nie mogłem ich znaleźć to
przecież nie dowód na to, że ich nie ma, a na to, że są bardzo
dobrze ukryte!
No ale przyjrzyjmy się temu o czym piszą na stronie Urzędu
Skarbowego Rwandy i co jest w przeczytanej przeze mnie ustawie.
Podatek VAT:
Wynosi 18%, wyjątki są nieliczne, głównie zwolnione z podatku są
dobra importowane z za granicy poprawiające sytuację gospodarczą
kraju (na przykład komputery). Płaci go każdy przedsiębiorca.
Podatek dochodowy:
Ha! I tu ich mam, prymitywy nie wiedzą co to dobrze w Polsce znany
podatek liniowy, dyskutowany od lat, więc zapewne już dawno w kraju
nad Wisłą wprowadzony dla wszystkich. Podatek jest progowany zarówno
dla firm, jak i osób prywatnych i wynosi:
- 0% (zero procent) jeśli twój roczny dochód nie przekroczył 360000
FRW (na dzień dzisiejszy 654 USD)
- 20% jeśli twój roczny dochód nie przekroczył 1200000 FRW (2181 USD)
- 30% w najwyższym progu podatkowym
Jeśli jednak twój roczny obrót nie przekracza 200000000 FRW (około
36000 USD) zapominasz o progach i płacisz 4% od obrotu.
ZUS i inne podatki ukryte
Innych podatków (lokalnych, gruntowych…) nie widzę (widzę nieliczne
wzbogacenia), ale przypominam: to, że ich nie widać i wszyscy mówią,
że ich nie ma, oznacza tylko, że są skrzętnie ukryte, by gdy
przyjdzie co do czego, urzędnik wyciągnął podczas kontroli
tajemniczy przepis i zażądał kary rozkładającej twój mały biznes.
Ha! Ale ZUS za to mają (kiedyś pisałem, że za służbę zdrowia się
płaci przy wizycie u lekarza, ale okazuje się, że nie wiedziałem
jeszcze wszystkiego).
Każdy obywatel Rwandy, niezależnie czy pracuje czy nie, musi z
własnej kieszeni płacić składkę podstawową. W tragicznej do
zniesienia wartości tysiąca franków czyli dwóch dolarów. Rocznie.
Dodatkowo za osoby zatrudnione płaci następna składkę pracodawca.
Niestety nie znam liczb, ale o ile się już dowiedziałem nikt tu
niestety nie wpadł na rewelacyjny polski pomysł, aby stawka była
jednolita dla każdego, niezależnie czy firma przynosi zyski, czy
straty. W Polsce co miesiąc za pracownika i za siebie pracodawca
musi zapłacić prawie tysiąc złotych od głowy. Tutaj płaci procent od
wysokości wynagrodzenia. Za siebie płacić nie musi, ale jeśli
zachoruje, przy wizycie zapłaci całą kwotę.
Składka „ZUSu” nie pokrywa jednak kosztów wszystkich świadczeń.
Jeśli ktoś choruje „delikatnie” za wizytę musi dopłacić z własnej
kieszeni. Sam wybiera gdzie będzie leczony i co za tym idzie ile
dopłaci. Jednak jeśli sytuacja zagraża życiu (nawiązując do polskiej
sytuacji: przypadek znajduje się w koszyku świadczeń
gwarantowanych), nikt go nie zapyta o pieniądze. Zostanie wyleczony,
wtedy szpital wystawi mu rachunek, a jeśli nie jest go stać, nie
musi płacić – szpital jest od takich przypadków ubezpieczony i
pokrywa to prywatna firma ubezpieczeniowa.
I nieco z innej beczki: jeśli jesteś obywatelem Rwandy i pracujesz
jako wolontariusz, masz zapewnione ubezpieczenia zdrowotne. W Polsce
jak zostajesz wolontariuszem, masz nie tylko wyrwę w płaceniu
składek emerytalnych, ale jak zachorujesz, za wizytę musisz zapłacić
z własnej kieszeni. Tak, to nie pomyłka: w Polsce bardziej się
opłaca migać od pracy i być na bezrobociu, bo wtedy masz i
ubezpieczenie i kuroniówkę, niż pracować społecznie. Jak jesteś
wolontariuszem nie masz oczywiście ani pensji, ani ubezpieczeń, ani
składek na emeryturę, a dodatkowo jak chcesz żyć, musisz zapłacić.
Ustawa o wolontariacie jest pisana z tego co wiem, ale nie
zapominajmy o kolejności uczuć: najpierw przewałkować siedem razy
byłych es