styga.gdy
15.02.07, 02:10
Mąż od tygodnia siedzi sobie wraz z dwudziestoma kolegami w domku i czeka
łaskawie na rozciągające się w czasie negocjacje(a właściwie ich zakończenie.
Choć prawdopodobnie jeszcze się chyba dobrze nie zaczęły).A cała sprawa
wygląda tak:
Firma, w której od 2,5lat pracuje mój mąż wraz z 30-toma Polakami, to duża
Irlandzka firma budowlana.Wstąpili do Siptu na przełomie
pażdziernika/listopada. Nie wstąpili dlatego by walczyć o jakieś
odszkodowania (bo nawet nie przypuszczali,że im przysługują, nie mieli
pojęcia,że wykonując pracę majstra dostają stawkę pomocnika,że pracodawca
płaci im mniej niż płacić powinien) lecz po to,by wreszcie zostały
uregulowane formalności (by dostali kontrakty i podwyżki,które rzekomo miały
być co 6 m-cy, a na dobrą sprawę nie było ani jednej.Dawano im puste
obietnice,a na końcu kazano wstępić do Związków (tylko pracodawca preferował
i nakłaniał ich do innych niż oni sobie obrali)Pewnie takich, które zamiast
po stronie pracownika stały by za nim. No i wstąpili. Po jakimś czasie Siptu
wyliczył im kwoty jakie pracodawca jest im dłużny,okazało się,że ów sprawa
nadaje się do sądu. Ludzie byli gotowi odpuścić z tym sądem i zrezygnować z
kwot należnych. Chcieli tylko w zamian za to kontrakty i podwyżki (tyle,że na
piśmie bo w te słowne już wierzyć przestali)Początkowo na tym miała sprawa
się zakończyć, firma prosiła tylko o czas na sformułowanie odpowiednio tych
kontraktów. Jednak po jakimś m-cu ciszy "Wielki Pan i Władca" przedstawił
ofertę nie do odrzucenia (ludzie mają zrezygnować z rozszczeń, wystąpić ze
Związków, kontraktów dać nie może, podwyżki tak (oczywiście na gębę) a on w
zamian za to jest gotów zapomnieć o sprawie i pozwolić im pracować jak do tej
pory. 10-ciu dało się przekonać (tu kolejny problem, bo to ludzie nie znający
języka i prawdopodobnie nie wiedzieli co podpisują, choć ja bym tu
polemizowała). Reszta została przy Związkach i czekali na rozwój wypadków.
Propozycje od firmy jak rozwiązać problem aby każdy był zadowolony sypały się
jak z rękawa, z tym,że takie jedniodniowe bez pokrycia.
Mój mąż jako przewodnik i prowodyr całej afery został mianowany
Foremanem,dostał swoją budowę i każdego dnia był przyciskany do muru aby
nakłonić ludzi do wykroczenia ze związków. Większością głosów zdecydowano,że
NIESTETY NIE. Sprawa poszła za daleko, firma miała dość czasu by naprawić swe
błędy a w zamian za to pogrążała się każdego dnia jeszcze bardziej. W piątek
odebrano ludziom narzędia pracy, firmowe busy i kazano czekać na P-45.
Związki natomiast poinformowano,że ludzie są na bezpłatnych urlopach bo
brakuje pracy. Praca jest,bo ludzie pracują, niestety tylko ci, którzy nie
wstąpili do związków. Ludzie są w kropce bo nie wiedzą, czy mają szukać
pracy (P-45 jeszcze nie otrzymali) czy wracać do domu,bo ich pozycja jest z
góry przegrana gdyż nikt po takich aferach ze Związkami ich nie zatrudni, czy
siedzieć w domu i liczyć kiedy sprawa się zakończy i czy starczy im pieniędzy
na przeżycie i opłatę mieszkania.
Jaka jest szansa, że sprawa zakończy się pomyślnie, ile może trwać? Czy
faktycznie mogą mieć problem ze znalezieniem pracy po takim incydencie? Czy
był lepszy sposób? Czy posuneli się zbyt daleko?