Dodaj do ulubionych

Pożegnanie straconego czasu?

26.12.09, 13:54
Miłej lektury życzę i kłaniam się nisko.

www.polityka.pl/swiat/analizy/1501635,1,konczy-sie-dekada-strachu.read
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Pożegnanie straconego czasu? 26.12.09, 14:28
      Zapomniałem, że czcigodni Forumowicze rzadko otwierają linki, a to chyba ważny i
      rzadki tekst próbujący opisać skomplikowaną rzeczywistość, więc pozwolę sobie
      wkleić go w całości.
      Kłaniam się nisko.

      ******************
      Kończy się dekada strachu
      Pożegnanie straconego czasu?
      Na tle miłej i łatwej ostatniej dekady XX w. pierwsza dekada XXI w., która
      powoli się kończy, wyglądała jak kocie łby przy autostradzie.
      Dekada strachu - galeria
      Dekada strachu - galeria
      zobacz galerię
      PowiększNiedostatek wody i żywnościNiedostatek wody i żywności
      Czytaj także

      *
      Demokracja wymaga różnicy

      Chantal Mouffe, teoretyk polityki z Londyńskiego University of Westminster
      w rozmowie z Jackiem...
      *
      Prof. Jeffrey Sachs, ekonomista, o niesprawiedliwych społeczeństwach

      Jak pokonać światowy kryzys?
      *
      Rocznica zamachów z 11 września: Jak zmienił się świat i media?

      Terroryzm, czyli straszenie cudzym lękiem, to patologia stara jak świat.
      Media są tak samo stare,...
      *
      Nowa książka Krzysztofa Mroziewicza

      8 grudnia 2009 r.

      Niby nic się wielkiego nie stało. Niby nic się nadzwyczajnego nie działo. Zwykle
      co miało rosnąć – rosło, co miało maleć – malało. Ale wszystko wciąż się trzęsło
      i telepało. Jakbyśmy pod podłogą mieli pełen kipiącej lawy basen, z którego raz
      po raz wystrzeliwują ku górze gejzery konfliktów, emocji, lęków, zbiorowych obsesji.

      Zaczęło się od histerii i kończy się na histerii. Dziesięć lat temu, o północy
      31 grudnia, świat miały zniszczyć ogłupiałe komputery. Teraz ma go zniszczyć
      świński wirus. A w międzyczasie? Czego myśmy się przez te dziesięć lat nie bali.
      Wściekłe krowy, zagrypione ptaki, islamscy terroryści, ibn Laden, Lew Rywin,
      atak cybernetyczny, agenci swoi i obcy, ekspansja Chińczyków, kryzys
      energetyczny, globalne ocieplenie, rosyjski imperializm, katastrofa systemu
      finansowego, wyczerpanie zasobów, załamanie demokracji, upadek Zachodu, kryzys
      demograficzny, wojna płci, irańskie i koreańskie rakiety, upadek dolara,
      chińskie buty, znikające biliony, zdemoralizowani bankierzy, oś zła,
      zdeprawowane firmy farmaceutyczne, chciwi maklerzy... Polska wraz z całym
      Zachodem szła przez tę dekadę jak Odyseusz przez cieśninę dzielącą Scyllę od
      Charybdy.

      Na pierwszy rzut oka zachowywaliśmy się tak, jakby świat wkroczył w jakiś
      cielęcy wiek i zmagał się z młodzieńczą burzą hormonów. To jest optymistyczna
      wersja. Wersja pesymistyczna w nagłych uderzeniach emocji i gorączki
      identyfikuje objawy klimakterium starzejącego się i zużywającego swój rozwojowy
      potencjał powojennego porządku świata. Gdy ta dekada ruszała, ów porządek był
      jak pięćdziesięciolatek – na pozór w pełni sił, a pod pewnymi względami nawet u
      szczytu możliwości, ale już tu i ówdzie wyraźnie niedomagający, tu i ówdzie
      odczuwający strzykanie zapowiadające starość. Taki, co to chętnie pręży jeszcze
      muskuły, ale już się czasami zasapie i czasem zamiast szaleć woli posiedzieć
      przy kominku.

      McBurze

      Patrząc chłodno nie powinniśmy się czuć zaskoczeni. W latach 80. na powierzchnię
      zachodniej debaty zaczęło się przebijać przeczucie schyłku, a czasem nawet
      końca. Słowami „The End” zaczynało się coraz więcej książek. I odgrywały one
      coraz większą rolę. Takich, które słowa „koniec” nie miały w tytule, ale
      opisywały lub projektowały jakiś zasadniczy zwrot, przełom, nadchodzący kryzys,
      księgarnie były pełne.

      Najpierw w głównym nurcie się z tych książek śmiano, opinia publiczna czytała je
      jak fikcję, a politycy je lekceważyli i uprawiali tę samą politykę co zwykle. W
      latach 90. masa krytyczna została jednak przekroczona i wśród światowej elity
      górę zaczął brać pogląd, że coś trzeba zmienić.

      Dokładnej daty mentalnego przełomu ustalić się nie da. Ale da się obronić miękką
      tezę, że nastąpił on w okolicach 1997 r. W Polsce był to rok wielkiej powodzi i
      nowej konstytucji. Na świecie był to rok, który ujawnił katalog podstawowych
      wyzwań i zagrożeń. Załamanie rynków azjatyckich zapoczątkowało serię
      dramatycznych kryzysów finansowych i erozję obowiązującej ekonomicznej wiary.
      Protokół z Kioto zapoczątkował globalne zmagania z ociepleniem klimatu.
      Informacja o sklonowaniu brytyjskiej owcy Dolly uruchomiła światową debatę na
      temat ingerencji nauki w naturę. Pokojowe odzyskanie Hongkongu przez Chiny
      symbolicznie zapoczątkowało zmianę warty przy sterach wielkiego świata – Zachód
      zaczął się wycofywać z dominującej pozycji, a nowe potęgi zaczęły po nią sięgać.
      Zaproszenie Czech, Polski i Węgier do NATO symbolicznie otworzyło drogę do
      przekształcenia paktu obronnego rynkowych demokracji w stabilizatora światowego
      porządku.

      Utworzenie wspólnego Amerykańsko-Meksykańskiego rynku uruchomiło nowe procesy
      regionalnej integracji uzupełniającej globalizację projektowaną przez (stworzone
      w 1994 r.) WTO. Śmierć księżnej Diany wywołała pierwszą globalną żałobę i
      stworzyła pierwszy medialny kult świecki o planetarnym zasięgu. Atak terrorystów
      islamskich w Luksorze zapoczątkował falę nowego terroryzmu i antyterrorystycznej
      histerii. Wybicie kurzych stad w Hongkongu dało początek serii globalnych
      histerii higienicznych.

      Zanim ta dekada zaczęła się na dobre, katalog problemów w zasadzie został więc
      skompletowany. Świat wiedział, że musi zmienić kurs i z grubsza wiedział, na
      jaki, ale nie umiał zmienić go wystarczająco sprawnie, by ominąć nadciągające
      cywilizacyjne burze.

      Z perspektywy dekady dobrze widać ujawnioną wtedy dysproporcję między szybko
      rosnącą dynamiką cywilizacyjnych procesów i zagrożeń a niesterownością wielkiej
      polityki. Rzecz w tym, że gospodarka, media, zmiany ekologiczne, wiedza, nauka,
      kultura popularna, rynki, technologia, świadomość i emocje społeczne pędzą przez
      świat coraz szybciej klucząc jak motorówki somalijskich piratów, a wielka
      polityka próbując się dostosować do zmiennej rzeczywistości, zatacza wielki łuk
      jak dwustutysięczny tankowiec zmieniający kurs w połowie oceanu, by za kilka dni
      trafić w główki portu.

      Różnica dynamiki sprawia, że polityka coraz bardziej nie nadąża za
      rzeczywistością. Nawet kiedy nadciągające burze widoczne są na pokolenie z góry.
      Tak przynajmniej jest z trzema groźnymi burzami, które cywilizowany świat przez
      dwie dekady próbował ominąć i które wciąż się do niego zbliżały.

      Ryzyka stworzone wraz z powstaniem McŚwiata (termin ukuty przez Benjamina
      Barbera dla określenia współczesnej masowej kultury i konsumpcji, zorganizowanej
      na wzór barów McDonald’s), ale też McGospodarki i McDemokracji mogliśmy
      wspólnymi siłami ominąć albo ograniczyć. Ale stworzone w latach 90. plany
      zostały na początku nowego stulecia porzucone i zlekceważone.

      CDN
      • diabollo Re: Pożegnanie straconego czasu? 26.12.09, 14:29
        McRynek

        Dobrym przykładem może być ekologia. Na początku lat 90. oenzetowski Szczyt
        Ziemi w Rio de Janeiro przyjął, że grozi nam globalne ocieplenie wywołane
        rosnącą emisją gazów cieplarnianych. Pod koniec lat 90. w Kioto przyjęto
        protokół przyznający poszczególnym krajom limity emisji. Gdyby protokół był
        realizowany, ryzyko globalnego ocieplenia byłoby dziś może ponurym wspomnieniem.
        Ale gdy zaczął się wiek XXI, główni truciciele zakwestionowali, a potem
        odrzucili wcześniejsze ustalenia. Jedni tworzyli i upowszechniali naukowe teorie
        przeczące ociepleniu lub jego uznanym powszechnie przyczynom (USA). Inni
        podnosili sensowniejsze, lecz nie wysunięte podczas wcześniejszych negocjacji
        argumenty natury politycznej i finansowej (Chiny). To sprawiło, że emisja wciąż
        rosła, a z nią rosło ryzyko globalnej katastrofy.

        W odróżnieniu od ostatniej dekady XX w., kiedy megatankowiec globalnej polityki
        próbował zmienić kurs w taki sposób, żeby ominąć widoczne na radarach McBurze, w
        pierwszej dekadzie XXI w. górę wzięły próby utrzymania wcześniejszego kursu.
        Ochrona klimatu była jedną z wielu ofiar tego trendu, który wszystko
        podporządkował obronie przyjętego modelu gospodarki oraz globalizacji w formie
        najkorzystniejszej dla rynków finansowych i wielkich korporacji.

        Po dramatycznych kryzysach finansowych w Azji Południowo-Wschodniej (1997 r.) i
        w Rosji (1998 r.) wybuchła gorąca debata na temat trafności tzw. konsensu
        waszyngtońskiego narzucającego jednakową metodę transformacji wszystkim krajom,
        które potrzebowały wsparcia Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Na początku
        XXI w. dyskusję szybko wyciszono, bo płynące z niej wnioski naruszyłyby status
        quo i zaszkodziły wielkim potentatom.

        Gdy w 2001 r. pękła gigantyczna bańka internetowa i załamała się giełda
        nowojorska, rozgorzał ostry spór o potrzebę ściślejszej regulacji rynków
        finansowych. Ale wyznawcy deregulacji szybko go wyciszyli, bo regulacja musiała
        oznaczać ograniczenie spekulacyjnych zysków.

        Podobnie zamiatano pod dywan wszystkie dochodzące z realnego świata sygnały
        ostrzegawcze, świadczące o niesprawności coraz bardziej zderegulowanych rynków
        oraz tworzonych przez nie coraz większych napięciach i nierównowadze. Telepanie
        światowej gospodarki, powodowane lawinowo rosnącym zadłużeniem rządów i
        gospodarstw domowych w krajach rozwiniętych, unieważniano pokazując wysokie
        stopy wzrostu. Podobnie jak przechwytywanie coraz większej części bogactwa przez
        spekulujący coraz intensywniej i podejmujący coraz większe ryzyko sektor
        finansowy oraz związaną z nim elitę finansową.

        Wstrząsy na rynkach surowców, wywołane rosnącym zapotrzebowaniem krajów
        rozwijających się na ograniczone zasoby i hamowaniem rozwoju nowych technologii,
        wyciszano upowszechniając wiarę, że nowe złoża można odkrywać bez końca. Rosnące
        zadłużenie nie przeszkadzało obniżaniu podatków, bo niższe podatki miały
        zapewnić jeszcze większy wzrost. Jakby zadłużenie i wzrost mogły nie mieć granic...

        Kto kwestionował fundamentalną dla systemu absurdalną tezę, że wzrost i
        konsumpcja mogą zwiększać się bez końca, ten dostawał łatę radykała. Na dyskusję
        o modelu globalizacji nie miało wpływu rozwarstwienie gwałtownie rosnące zarówno
        w krajach rozwiniętych, jak rozwijających się. Dystans między krajami
        rozwiniętymi i rozwijającymi się statystycznie malał – co pokazywano z dumą –
        ale w dużym stopniu malał dzięki temu, że w krajach rozwijających się bogaci
        byli coraz bogatsi, a w krajach rozwiniętych biedni byli coraz biedniejsi.

        McŚwiat

        Świat telepał się politycznie już w latach 90. Praktycznie wszystkie
        społeczeństwa szybko się bowiem rozwarstwiały, a w miarę rozwoju
        telekomunikacji, handlu i ruchu ludzi, dla miliardów osób coraz bardziej
        widoczne i drażniące stawały się różnice pomiędzy kulturami, poziomem
        zamożności, jakością i stylem życia w poszczególnych krajach. Rosnąca
        transparentność świata sprawiała, że różnice, które zawsze istniały, zaczęły
        wywoływać coraz silniejsze napięcia. A jednocześnie rosła globalna
        współzależność. Bogata Północ coraz bardziej uzależniała się od surowców, rynków
        zbytu i taniej robocizny biedniejszego Południa, a Południe potrzebowało
        technologii, kapitałów i rynków Północy.

        W latach 90., gdy współzależność stała się oczywista, ugruntował się pogląd, że
        Północ musi we własnym interesie zainwestować w rozwiązanie problemów Południa.
        Bo jeśli tego nie zrobi, pogrążające się w anarchii i beznadziejności Południe
        zdestabilizuje świat, zaleje Północ falami uchodźców, zniszczy system
        zaopatrzenia w surowce. Magatankowiec światowej polityki zaczął więc szukać
        jakiegoś środkowego kursu.

        Głównie argumenty praktyczne, a nie moralne albo polityczne zdecydowały, że u
        schyłku lat 90. ONZ przyjęła tak zwane cele milenijne. Kraje bogate zobowiązały
        się m.in. w ciągu półtorej dekady zmniejszyć o połowę liczbę osób żyjących w
        biednych krajach za mniej niż dolara dziennie, zapewnić wszystkim dzieciom
        świata naukę na poziomie podstawowym, zrównać dostęp płci do edukacji,
        zmniejszyć o 60 proc. wskaźnik umieralności dzieci i o 75 proc. wskaźnik
        umieralności matek, powstrzymać rozprzestrzenianie się HIV, malarii i innych
        groźnych chorób, stosować zasady zrównoważonego rozwoju, udostępnić krajom
        najbiedniejszym nowe technologie – zwłaszcza informatyczne – i zmniejszyć liczbę
        ludzi mieszkających w slumsach przynajmniej o 100 mln. Cel był ambitny, ale
        wyglądał dość realistycznie. Koszt programu szacowano na około 0,5 proc. PKB
        krajów rozwiniętych. Wkrótce jednak klimat międzynarodowy zmienił się zasadniczo
        i w pierwszej dekadzie XXI w. udało się zebrać zaledwie 87 z obiecanych 152 mld dol.

        CDN...
        • diabollo Re: Pożegnanie straconego czasu? 26.12.09, 14:30
          Zanim ruszył przygotowywany przez większość lat 90. projekt milenijny, duża
          część świata – zgodnie z prognozą Benjamina Barbera – znalazła się pod wpływem
          populistów i radykalnych fundamentalistów. Napięcia wywołane przez nowe
          rozwarstwienie i naruszającą struktury społeczne szybką modernizację sprawiły,
          że w coraz liczniejszych krajach konflikt między obrońcami tradycji i
          promotorami zmian przybrał formę mniej czy bardziej gorącej wojny domowej.

          W krajach arabskich szerzył się fundamentalizm islamski. W Ameryce gwałtownie
          rosły wpływy fundamentalistów chrześcijańskich. W Izraelu coraz większą rolę
          odgrywali fundamentaliści żydowscy. W Polsce umacniali się katoliccy
          fundamentaliści ze środowiska radiomaryjnego. Szerzeniu się fundamentalizmu
          towarzyszyło narastanie tendencji autorytarnych. Globalny szok wywołany atakiem
          11 września 2001 r. sprawił, że rosnący w siłę fundamentaliści i autorytaryści
          zawładnęli globalną opinią publiczną. W ten sposób opisana przez Benjamina
          Barbera, toczona w wielu krajach wewnętrzna walka McŚwiata z Dżihadem (czyli
          modernizacji z tradycjonalizmem) zamieniła się w zapowiedziane przez Samuela
          Huntingtona zderzenie cywilizacji.

          Światową polityką zawładnęła walka fundamentalistów islamskich z
          chrześcijańskimi oraz żydowskimi i młodych nacjonalizmów krajów rozwijających
          się z zachodnim hegemonizmem. To, co w światowej polityce działo się przez
          następne lata, można odczytywać jako przejaw ksenofobicznego amoku po obu
          stronach „wojny z terroryzmem”. Ale można też widzieć w tej „wojnie”
          przygotowaną przez Al-Kaidę próbę wyrwania Arabów spod wpływów Zachodu i
          zamierzoną przez amerykańskich neokonserwatystów ostatnią zapewne próbę
          odzyskania kontroli Zachodu nad światem.

          Z dzisiejszej perspektywy widać, że obie strony tę wojnę przegrały. Nie tylko w
          tym sensie, że nie udała się planowana przez neokonserwatystów demokratyzacja
          islamu ani planowane przez ibn Ladena narzucenia, Arabom islamistycznego
          porządku. Oba fundamentalizmy, które uwikłały świat w wojnę, straciły w swoich
          społeczeństwach dominującą pozycję.

          Ważniejszy wydaje się jednak efekt, o którym żadna z walczących stron chyba nie
          myślała. Gdy Zachód topił energię i wielkie pieniądze w „wojnie z terroryzmem”,
          jego wewnętrzne problemy szybko narastały, a globalna pozycja coraz szybciej
          słabła. Kiedy u schyłku dekady załamała się zachodnia gospodarka, motorem świata
          były już nowe wielkie potęgi – Brazylia, Rosja, Indie, Chiny (BRIC). Ameryka
          wciąż ma więcej czołgów i samolotów niż cały rozwijający się świat razem wzięty;
          Zachód wciąż posiada, produkuje i konsumuje więcej niż kraje BRIC, ale mało kto
          już wierzy, że tę przewagę da się zachować na dłużej.

          McDemokracja

          Patrząc z dzisiejszej perspektywy na to, co świat przeżył w mijającej dekadzie,
          trudno jest nie postawić pytania, jak do tego doszło. Dlaczego wolny, bogaty,
          intelektualnie wyrafinowany i demokratyczny Zachód, który w XX w. pokonał dwa
          wielkie totalitaryzmy oraz stworzył historycznie bezprecedensową strefę
          bezpieczeństwa, rozwoju i dobrobytu, popełnił tyle kardynalnych błędów. Dlaczego
          naraził się na tak kosztowne straty i w takim stopniu roztrwonił swoją pozycję w
          świecie? Jak to się stało, że nasz megatankowiec nie zdołał wykonać planowanego
          w latach 90. manewru i w pierwszej dekadzie XXI w. zawrócił na kurs, który
          wpakował go w sam środek globalnych burz?

          Chmury gromadzące się nad zachodnią demokracją zauważono już w latach 70.
          Wszystko jeszcze wtedy pozornie działało, ale przenikliwe umysły – takie jak
          Samuel Huntington czy Daniel Bell – przestrzegały przed rosnącym napięciem
          między demokracją, zakładającą zdolność ogółu obywateli do dokonywania mniej
          więcej racjonalnej oceny rzeczywistości i wybierania z grubsza kompetentnej
          władzy, a rozszerzającą się kulturą konsumpcji i rozrywki, która odcina ludzi od
          rzeczywistości i ogranicza ich zainteresowanie sprawami publicznymi.

          Jądro problemu Huntington widział w coraz bardziej masowych, komercjalizujących
          się i nieodpowiedzialnych mediach, a Bell w potędze zmieniającej społeczną
          świadomość reklamy i w rozszerzającym się na wszystkie dziedziny życia rynku,
          którego spontaniczna siła coraz wyraźniej wyzwalała się spod społecznej kontroli
          i zdobywała przewagę nad procesem politycznym.

          Oba te procesy przez ponad 30 lat stopniowo narastały, ale były na różne sposoby
          hamowane lub równoważone. W krajach rozwiniętych media, reklama, nauka, rynki,
          indywidualna konsumpcja (zwłaszcza kredyty konsumpcyjne), usługi medyczne i
          prawne, a nawet znaczna część handlu były trzymane w ryzach przez regulacje
          prawne lub kulturowe samoograniczenia. Radykalną zmianę uruchomił upadek
          komunizmu. Triumf wolności – rynkowej i politycznej – zrobił takie wrażenie, że
          politycznie nie sposób już było się oprzeć żądaniom zniesienia ograniczeń.

          Proces „wyzwalania” zaczął się w latach 90., ale apogeum osiągnął na początku
          XXI w. W porównaniu z nieśmiałymi próbami deregulacji, podejmowanymi w latach
          80. przez Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, „wolnościowa krucjata” przełomu
          tysiącleci była prawdziwym tsunami. Na całym Zachodzie jedne po drugich pękały
          nawet te ograniczenia, które za niezbędne uważali liderzy pierwszej fali
          deregulacji. Likwidowano nie tylko przepisy chroniące rynki finansowe,
          udzielanie kredytów, prawa konsumenckie i pracownicze, konkurencję i prawa
          obywatelskie (zwłaszcza ubezpieczenia i gwarancje społeczne) – ale także
          regulacje dotyczące reklamy, mediów, badań i polityki.

          W krótkim czasie zasadniczo zmieniło to funkcjonowanie systemu. Media zostały
          skoncentrowane w wielkich konglomeratach i w dużej mierze podporządkowane
          regułom rządzącym rozrywką. Nauka, która po upadku komunizmu straciła zamówienia
          wojskowe, uzależniła się od korporacyjnych zleceń i darowizn. Polityka,
          swobodniej finansowana komercyjnymi pieniędzmi, zaczęła silniej reprezentować
          optykę elity finansowej, a słabiej interes publiczny. Coraz powszechniej obecna
          i bardziej agresywna reklama silniej koncentrowała uwagę społeczeństw na wciąż
          kreowanych pragnieniach konsumpcyjnych. Wszystko to razem sprawiło, że szybko
          malała przestrzeń racjonalnej debaty.

          Demokracja traciła racjonalne jądro. Przestawała wyrażać poglądy i interesy
          wyborców, a zaczęła wyrażać głównie ich rosnące, łatwe do manipulowania emocje.
          Poczucie zagrożenia, wywołane szybkimi zmianami, rosnącym rozwarstwieniem,
          ograniczaniem zabezpieczeń socjalnych, zbliżeniem różnych kultur, sprawiało, że
          opinia publiczna coraz aktywniej szukała winnego. A jednocześnie coraz trudniej
          było jej zrozumieć, gdzie on się znajduje.

          Istotne dla polityki dziedziny nauki – ekonomia, stosunki międzynarodowe,
          kryminologia, politologia, historia, a nawet klimatologia i epidemiologia – w
          coraz mniejszym stopniu tłumaczyły świat, a w coraz większym produkowały proste
          uzasadnienia korzystnych dla sponsorów tez. Przesuwające się ku rozrywce media
          coraz mniej uwagi poświęcały opisywaniu świata, a coraz więcej wywoływaniu
          dających się łatwo sprzedać emocji i upowszechnianiu poglądów korzystnych dla
          ich właścicieli. Biznes coraz więcej pieniędzy przeznaczał na podporządkowanie
          opinii publicznej swoim interesom poprzez wpływanie na naukę, media i politykę.
          I także politycy w coraz większym stopniu stawali się produktami nowej sytuacji.
          Coraz bardziej zajmowali się kierowaniem publicznych emocji na cele, które
          zapewniały im dostęp do finansowania koniecznego, by wygrać wybory.

          Jak w latach 90. gospodarka zajęła się zaspokajaniem pragnień, które sama
          sztucznie kreowała, tak w mijającej dekadzie demokratyczna polityka
          skoncentrowała się na zarządzaniu lękami, które rozdmuchiwała. Wyborcy zaś,
          którzy coraz więcej uwagi poświęcali konsumpcji i rozrywce, a mniej zrozumieniu
          i kształtowaniu komplikującej się rzeczywistości, coraz chętni
          • diabollo Re: Pożegnanie straconego czasu? 26.12.09, 14:30
            Jak w latach 90. gospodarka zajęła się zaspokajaniem pragnień, które sama
            sztucznie kreowała, tak w mijającej dekadzie demokratyczna polityka
            skoncentrowała się na zarządzaniu lękami, które rozdmuchiwała. Wyborcy zaś,
            którzy coraz więcej uwagi poświęcali konsumpcji i rozrywce, a mniej zrozumieniu
            i kształtowaniu komplikującej się rzeczywistości, coraz chętniej przyjmowali
            podsuwane im proste wyjaśnienia.

            McEnd

            Pointą tej dekady jest obecny kryzys. Ale nie chodzi tylko o doraźne problemy
            spowodowane niesprawnością amerykańskiego rynku finansowego. Chodzi o – jak
            pisał Wallerstein – kryzys świata, jaki znamy. Bo poza doraźnym kryzysem
            gospodarczym mamy przecież na głowie kryzys ekologiczny, kryzys globalnego
            systemu finansowego, kryzys dolara jako waluty globalnej, kryzys politycznego
            przywództwa Zachodu, wywołany zmianą układu sił ekonomicznych, kryzys
            ludnościowy, przejawiający się eksplozją demograficzną w krajach rozwijających
            się i zachwianiem równowagi pokoleń w krajach rozwiniętych, kryzys demokracji
            słabnącej na Zachodzie i ponoszącej porażki w demokratyzowaniu kolejnych
            społeczeństw, a na dodatek kryzys nauki i mediów.

            10 lat temu wszystkie McBurze widzieliśmy na horyzoncie. Dziś stoimy z nimi
            twarzą w twarz. Straciliśmy dekadę, która była szansą na ominięcie przynajmniej
            oka cyklonów. Wielu rachunków za tę straconą dekadę już nie unikniemy. Ale na
            horyzoncie widać coś na kształt happy endu. Bo jednak coś chyba do nas dociera.

            W Kopenhadze widać, że nie ma dziś na świecie poważnego państwa, które by – jak
            w latach 90. – kwestionowało konieczność walki z globalnym ociepleniem. Rządy
            znów zmagają się z rosnącą nierównością, hazardem rynków finansowych, kryzysem
            mediów, wykluczeniem, wypieraniem postaw obywatelskich przez zainteresowany
            tylko sobą konsumariat. Nie mamy gotowych uniwersalnych recept. Świat spiera się
            o bezlik detali. Rozwiązań dopiero szukamy. Ale naiwna wiara w proste
            rozwiązania szczęśliwie wraz z tą dekadą odchodzi do historii.

            www.polityka.pl/swiat/analizy/1501635,1,konczy-sie-dekada-strachu.read
            • uffo Re: Pożegnanie straconego czasu? 26.12.09, 21:58
              Ameryka w latach 80-siatych to apogeum konsumeryzmu na skale masowa,
              konserwatysci i republikanie u wladzy, wszystko zmierzalo ku
              katastrofie, ale udalo sie to zatuszowac, demokraci z Clintonem
              powstrzymali upadek, na chwile, a wlasciwie dzieki pozorom, tak jak
              teraz Obama. W kazdym razie Ameryka odchodzila wowczas od apogeum
              wolnosci emocjonalnej lat 60-siatych i 70-siatych, w kierunku
              neokonerwatyzmu. Doszlo do przesilenia i naduzyc, no i pendulum w
              druga strone. Wszystko po to by w koncu wyladowac w jakims stanie
              wzglednej rownowagi przeciwienstw, co tez nigdy nie jest doskonale.
              Teraz dopiero jest lekka odwilz. Ale, co mnie ciekawi, wszystko
              wskazuje na to ze to co zabilo komune, zabija tez kapitalizm, z tym
              ze kapiatlizm posiada wieksza racjonalnosc, wiec nie tak szybko
              zwala go z nog, ale jednak. Egoizm, myslenie czysto rynkowe,
              ekonomiczne. Marks tez przeciez uzaleznial powodzenie Rewolucji od
              warunkow ekonomicznych. Chociaz zalamanie finasowe wydaje sie byc
              apogeum tegoz egozimu na poziomie elit, to zadziwiajaco przypadkowo
              pojawilo sie tuz przed wyborami prezydenckimi w Stanach i chyba
              przewazylo o wyborze Obamy. Co z tego wyniknie nie wiem. Zmiana
              kursu wydaje sie faktem, choc jak zwykle jest zbyt powolna.
              Fundamentalisci z obu stron musieli sie jakos objawic, tak jak na
              lokalna skale PIS w Polsce, mimowolnie i dla wlasnych korzysci,
              zamortyzowal uderzenie populistow, ktorzy skompromitowali sei w
              oczach spoleczenstwa. Dlatego tez konserwa swiatowa tez musiala sie
              jakos skompromitowac, nieefektywnoscia wobec obecnych zagrozen. Nowa
              rewolucja Przemyslowa. Wszyscy sie tego boja, bo przetasowanie sil
              jest nieuchronne. Nie obejdzie sie bez zaburzen. To ze Ameryka upada
              widac jak na dloni w usamodzielnieniu sie Europy. Kazde imperium
              upada. Tak jak kazdy czlowiek kiedys umiera. ja stawiam na tych
              ktorzy dokonaja szarzy ekologicznej, jako nastepcow Ameryki.
              Ameryka, zanim stanie jednym z wielu srednio znaczacych kraikow, ma
              przed soba boj ostatni do stoczenia, wewnetrzny, azeby uniknac
              transformacji w policjanta swiata.
              • grgkh Re: Pożegnanie straconego czasu? 28.12.09, 03:30
                uffo napisał:

                > Ale, co mnie ciekawi, wszystko wskazuje na to ze to
                > co zabilo komune, zabija tez kapitalizm, z tym
                > ze kapiatlizm posiada wieksza racjonalnosc, wiec
                > nie tak szybko zwala go z nog, ale jednak.

                Kapitalizm też mógłby upaść, bo to nie w jego sile jest odpowiedź.
                Gdy zwarł się w śmiertelnej walce z komunizmem, wygrał ten system,
                który był silniejszy. Teraz kapitalizm nie ma innego, godnego siebie
                i lepszego od niego następcy. To go ocaliło od upadku.

                Chiny są splecione ekonomicznie z USA nierozerwalnym węzłem. Zależą
                od siebie ekonomicznie i żadna z tych potęg w tej chwili nie może
                istnieć bez drugiego. I dlatego będą sobie wzajemnie serwowały
                bardzo drogie kroplówki podtrzymujące konkurenta przy życiu.

                > Kazde imperium upada.

                To jest zasada, która nieźle sie sprawdzała w przypadku, gdy te
                imperia mogły bez siebie żyć, a zniszczenie konkurenta nie pociągało
                zbyt dużych kosztów dla siebie. Obecnie jest to raczej zakurzony
                staroć, który ze względu na globalizację należy wyrzucic do lamusa
                historii.

                Teraz świat stał się autentyczną, globalną wioską.

                > ja stawiam na tych
                > ktorzy dokonaja szarzy ekologicznej, jako nastepcow Ameryki.

                Ekologia - tak, ale nie należy liczyć się z powszechnym
                przystąpieniem wszystkich do tego klubu. Ekologia jest droga,
                przynajmniej na początku. Zawsze łatwiej i taniej będzie wyrwać coś
                przyrodzie zostawiając po sobie gnój, niż współistnieć z nią bez
                gwałtów. I dlatego jeszcze nieprędko cała ludzkość zacznie myśleć, i
                działać proekologicznie.

                Cała ludzkość... :) Nie liczmy na jednomyślność. Ale nie będzie źle.
                Ja jestem w tym względzie optymistą.
          • maria421 Re: Pożegnanie straconego czasu? 27.12.09, 19:42
            diabollo napisał:

            > 11 września 2001 r. sprawił, że rosnący w siłę fundamentaliści i autorytaryści
            > zawładnęli globalną opinią publiczną.

            Bzdura. Po 11 wrzesnia 2001 politycy i media zgodnym chorem mowili ze islam jest
            "religia pokoju" i ze Bin Laden wypacza te "piekna pokojowa religie".
            Jedyna Oriana Fallaci plynela pod prad swoja "Wsciekloscia i duma" za co ja po
            sadach targano.

            W ten sposób opisana przez Benjamina
            > Barbera, toczona w wielu krajach wewnętrzna walka McŚwiata z Dżihadem (czyli
            > modernizacji z tradycjonalizmem) zamieniła się w zapowiedziane przez Samuela
            > Huntingtona zderzenie cywilizacji.

            Dzihad = tradycjonalizm ? Mozna i tak powiedziec dodajac slowo "islamski".

            > Światową polityką zawładnęła walka fundamentalistów islamskich z
            > chrześcijańskimi oraz żydowskimi i młodych nacjonalizmów krajów rozwijających
            > się z zachodnim hegemonizmem.

            Fundalemtalisci islamscy nie walczyli z zadnymi fundamentalistami
            chrzescijanskimi do licha! Walczyli z Zachodem! Z "niewiernymi".

            To, co w światowej polityce działo się przez
            > następne lata, można odczytywać jako przejaw ksenofobicznego amoku po obu
            > stronach „wojny z terroryzmem”.

            Ksenofobiczny amok po "obu stronach"????
            I to pewno rezultatem tego "ksenofobicznego amoku" jest wybor Obamy na
            prezydenta USA i przyznanie mu pokojowego Nobla?

            > porządku. Oba fundamentalizmy, które uwikłały świat w wojnę, straciły w swoich
            > społeczeństwach dominującą pozycję.

            "Oba fundamentalizmy" znowu... Zeby bylo sprawiedliwie i poprawnie.
            Tylko ze pamiec zawodzi, bo fundamentalizm islamski atakowal USA jeszcze za
            czasow Clintona, a tego o fundamentalizm chyba nikt nie podejrzewa.
            • grgkh Re: Pożegnanie straconego czasu? 28.12.09, 03:32
              Ja to podsumuje tylko tak - żadna religia nie jest dobra.
    • grzespelc Doskonały artykuł 26.12.09, 23:32
      Świetna analiza. Mogę jeszcze dodać jedno: jak wiadomo, lewica rozdaje kasę
      każdemu człowiekowi-nieudacznikowi. Teraz poznaliś,y prawicową receptę na
      kryzysy: rozdaj kasę wszystkim nieudacznym firmom, jakie znasz.
      Myslę, że dalej będzie ciekawie i wesoło, bo rynki kwitną (bogaci zachowali
      przecież bogactwo dzięki państwowej pomocy, a jakoś kasę trzeba pomnażać,
      łatwiej pohandlować na giełdzie niż coś wytworzyć). Ameryka się sypie i sypać
      się będzie jeszcze bardziej, a zwyciężą Chiny jako ten komunistyczny upiór,
      który zza grobu wrzep[ił siekierę w plecy triumfującego Wuja Sama. Sam już nie
      wiem, kto w końcu nad kim zatriumfował: kapitalizm nad komunizmem czy
      oborot. A może po prostu tak wygląda zwycięstwo osławionej trzeciej
      drogi: kapitalistyczna dyktatura partii koumunistycznej. Marcuse w grobie się
      przewraca, a co na to Habermas? Nie wie ktoś?
      • diabollo Re: Doskonały artykuł 27.12.09, 18:17
        grzespelc napisał:

        > Świetna analiza. Mogę jeszcze dodać jedno: jak wiadomo, lewica rozdaje kasę
        > każdemu człowiekowi-nieudacznikowi. Teraz poznaliś,y prawicową receptę na
        > kryzysy: rozdaj kasę wszystkim nieudacznym firmom, jakie znasz.
        > Myslę, że dalej będzie ciekawie i wesoło, bo rynki kwitną (bogaci zachowali
        > przecież bogactwo dzięki państwowej pomocy, a jakoś kasę trzeba pomnażać,
        > łatwiej pohandlować na giełdzie niż coś wytworzyć). Ameryka się sypie i sypać
        > się będzie jeszcze bardziej, a zwyciężą Chiny jako ten komunistyczny upiór,
        > który zza grobu wrzep[ił siekierę w plecy triumfującego Wuja Sama. Sam już nie
        > wiem, kto w końcu nad kim zatriumfował: kapitalizm nad komunizmem czy
        > oborot. A może po prostu tak wygląda zwycięstwo osławionej trzeciej
        > drogi: kapitalistyczna dyktatura partii koumunistycznej. Marcuse w grobie się
        > przewraca, a co na to Habermas? Nie wie ktoś?


        Nie wydaje mi się, żeby Chiny "zwyciężyły", ale zgadzam się, że hegemonia USA
        będzie nie-do-utrzymania.

        Analiza rzeczywiście jest świetna bo tłumaczy skomplikowane procesy, problemy i
        zagrożenia, której stoją przed dzisiejszym światem.

        Niestety nie mogę wyjść z pewnego szoku, że wykształceni ludzie wierzą, że
        przyczyną dzisiejszego terroryzmu jest książka napisana tysiąc dwieście lat
        temu, a przyczyną nazizmu była klika bandziorów, którzy podstępnie przejęli władzę.
        O dyskusji w sprawie globalnego ocieplenia czy ostatniej konferencji w
        Kopenhadze - lepiej nie wspominać.

        Więc jak ludzie mniej wykszatłceni mogliby rozumieć dzisiejsze - przecież bardzo
        złożone problemy? A to przecież ci ludzie mają wymusić na "wielkiej polityce"
        kroki w celu rozwiązania owych problemów.

        Kłaniam się nisko.
        • grzespelc Re: Doskonały artykuł 27.12.09, 22:18
          > Nie wydaje mi się, żeby Chiny "zwyciężyły", ale zgadzam się, że hegemonia USA
          > będzie nie-do-utrzymania.

          Może i nie. Ale co sądzisż o tym: partia komunistyczna popiera wyzysk robotników
          i przymierza się do prywatyzacji, a konserwatytwni ultrakapitaliści wprowadzają
          w czyn socjalizm w postaci taniej hipoteki dla każdego, a do tego sbsydiują
          upadające gałęzie gospodarki i nacjonalizują banki.
          Tego by nie wymyślili najwięksi mistrzowie absurdu! :)
          • diabollo Re: Doskonały artykuł 27.12.09, 22:28
            grzespelc napisał:

            > > Nie wydaje mi się, żeby Chiny "zwyciężyły", ale zgadzam się, że hegemonia
            > USA
            > > będzie nie-do-utrzymania.
            >
            > Może i nie. Ale co sądzisż o tym: partia komunistyczna popiera wyzysk robotnikó
            > w
            > i przymierza się do prywatyzacji, a konserwatytwni ultrakapitaliści wprowadzają
            > w czyn socjalizm w postaci taniej hipoteki dla każdego, a do tego sbsydiują
            > upadające gałęzie gospodarki i nacjonalizują banki.
            > Tego by nie wymyślili najwięksi mistrzowie absurdu! :)

            Komunistyczna Partia Chin to przede wszystkim partia władzy, która przede
            wszystkim ma charakter utylitarny.
            To w cale nie są tacy głupi ludzie - z resztą wszelkie analogie do PZPR będą
            chybione, choćby rekrutacja w szeregi Partii, w Chinach do niej nikt nie bierze
            nikogo z łapanki, wręcz przeciwnie starannie dobiera się elity: np. proponuje
            się "wpartiowstąpienie" tylko kilku najlepszym studentom z roku.

            Oni (KPCh) doskonale rozumieją, że tylko sukces ekonomiczny gwaratnuje im
            utrzymanie się przy władzy i utrzymanie jedności takiego ogromnego państwa (w
            którym napięcia między prowincjami i tak są). Jak dotąd nieźle im idzie, choć
            problemy też mają ogromne.
            Wzrost PKB rocznie po 10% gwarantuje władzę, ale w dłuższej perspektywie jest
            nie do utrzymania.

            A z tym kapitalizmem chińskim to oczywiście wyzysk, ale to trochę tak jak u nas
            z budową "Nowej Huty".
            Wyzysk wyzyskiem, ale dla wyzyskiwanych to i tak lepsza sytuacja bytowa, niż
            poprzednie życie na poziomie rolnictwa średniowiecznego.
            No i też na dłuższą metę ma to krótkie nogi.

            Kłaniam się nisko.
            • grzespelc Re: Doskonały artykuł 28.12.09, 01:54
              > chybione, choćby rekrutacja w szeregi Partii, w Chinach do niej nikt nie bierze
              > nikogo z łapanki, wręcz przeciwnie starannie dobiera się elity: np. proponuje
              > się "wpartiowstąpienie" tylko kilku najlepszym studentom z roku.

              Do KPZR zanim można było wstąpić, przez kilka lat było się kandydatem. To tylko
              u nas tak łatwo było, bo do partii i tak nieiwielu stosunkowo sie garnęło.

              > No i też na dłuższą metę ma to krótkie nogi.

              Na razie Chińczycy sprytnie sobie radzą utrzymując niski kurs juana (czy jak mu
              tam). Żeby coś sie zmieniło, musiałby być spory kryzys, bo ten, jak widać, nie
              wystarczył. Robotnicy nie zaczną o wiele więcej zarabiać, bo są trzymani za pysk
              i wszystko się kręci. JEdyna szansa na załamanie to chyba braki surowców na rynku.
              • diabollo Re: Doskonały artykuł 28.12.09, 08:09
                grzespelc napisał:

                > Na razie Chińczycy sprytnie sobie radzą utrzymując niski kurs juana (czy jak mu
                > tam). Żeby coś sie zmieniło, musiałby być spory kryzys, bo ten, jak widać, nie
                > wystarczył. Robotnicy nie zaczną o wiele więcej zarabiać, bo są trzymani za pys
                > k
                > i wszystko się kręci. JEdyna szansa na załamanie to chyba braki surowców na ryn
                > ku.

                Robotnicy w Chinach zaczynają więcej zarabiać.
                Choć jest to oczywiście względne.
                I tak, jeżeli robotnik kilka lat temu zarabiał 50 euro miesięcznie, a teraz
                zarabia 100 euro, to dla Europy Zachodniej czy USA to ciągle śmiesznie mało, ale
                dla robotnika to 100% więcej.

                Ze względu na rosnące koszty produkcji (tak brzmi jak absurd w Chinach, ale to
                fakt), wiele firm przenosi się z bogatego i drogiego Wschodniego Wybrzeża coraz
                bardziej w głąb kraju na zacofany cywilizacyjne zachód.

                Kłaniam się nisko.
        • grgkh Re: Doskonały artykuł 28.12.09, 04:00
          diabollo napisał:

          > Nie wydaje mi się, żeby Chiny "zwyciężyły",
          > ale zgadzam się, że hegemonia USA
          > będzie nie-do-utrzymania.
          >
          > Analiza rzeczywiście jest świetna bo
          > tłumaczy skomplikowane procesy, problemy i
          > zagrożenia, której stoją przed dzisiejszym światem.

          Zadziwiające, jak się z Tobą zgadzam. :) Moim zdaniem rozpatrywanie
          w czasach globalizacji ogólnoświatowej kto będzie hegemonem jest bez
          sensu.

          Bieda naszego globu jest już także naszą biedą, a ludzie z tej
          strefy stoją za ścianą i pukają do drzwi naszej enklawy. I są nam
          potrzebni, bo to właśnie oni nam produkują za psie pieniądze to, co
          nam jest potrzebne do luksusu życia.

          Świat się będzie wtedy dopiero porządkował, gdy różnice między tymi
          strefami będą malały. To daleka przyszłość, ale bez zaawansowania
          tego procesu nie ma widoków na lepsze jutro dla Ziemi.

          I wrócę do tego, co gdzieś tu niedawno pisałem, chyba w odpowiedzi
          dla Marii...

          W najdalszej przyszłości ludzkość musi się wycofać z aktywnego
          uczestnictwa w ziemskiej ekosferze. Żeby się to udało, na początek
          trzeba się skupić na edukacji. To ona zahamuje nadmierne rozmnażanie
          się ludzi. To ona da wszystkim zrozumienie, jakimi szkodnikami dla
          Ziemi i nas samych jesteśmy. To ona da nam większa włądzę nad
          technologiami, które nas uniezależnią, oby wreszcie całkowicie, od
          kaprysów klimatu, kataklizmów, braku zasobów, gospodarki
          niezanieczyszczającej środowiska itp.

          Gdy będzie nas znacznie, bardzo znacznie mniej, będziemy mogli
          (będziemy muslieli) zadbać o to, by każda ludzka istota nie była
          pozostawiana sama sobie, ale by poświęcić maksimum wysiłku w celu
          uczynienia jej kimś najwyższej jakości.

          I dlatego wcale nie uważam ostatnich lat za stracony czas. Nie da
          się przeskoczyć od tego, co było, do społeczeństwa "idealnego".
          Nauczyliśmy się bardzo dużo i w coraz większym stopniu korzystamy z
          tej wiedzy. Ale ciągnie się za nami balast świata, który był
          odrzucany przez nas, wykorzystywany, eksploatowany bez umiaru. Teraz
          te dysproporcje muszą się wyrównać, a my musimy sobie zdawać sprawę,
          że bez dokonania się tego nie jest możliwy kolejny krok do przodu.

          Świat ludzi to ciągłe dążenie do stanu pozornej równowagi, dokładnie
          tak, jak to się dzieje w każdym innym ekosystemie. A cała nasza
          siła, to jest to wszystko, co zdołaliśmy od czasów kamienia łupanego
          zgromadzić. Dbajmy o to, by ten dorobek, ludzka kultura, był
          najwyższej jakości.
    • diabollo Jeszcze raz pan Żakowski 28.12.09, 17:25
      Polski błąd
      Jacek Żakowski,

      Dziwny rok za nami. A chyba ważniejszy, niż się z polskiej perspektywy wydaje.

      Dla nas był to przede wszystkim rok światowego kryzysu gospodarczego, który
      polska gospodarka na razie przejechała półdarmo. Dla świata był to głównie rok
      wielkiego przestawiania zwrotnic. Nie tylko z toru szybkiego wzrostu na tor
      łagodnej stagnacji. Zmiana jest poważniejsza. Bo głównie mentalna. Zmieniają się
      wektory trendów, wpływów i imitacji. Pierwszy raz od wieku to nie nasze rządy,
      banki i koncerny ratują załamujące się inne gospodarki. Teraz nasze rządy, banki
      i koncerny szukają ratunku w Rosji, Chinach, krajach Bliskiego Wschodu. Pierwszy
      raz od wojny to nie Zachód, nie Ameryka, nie obejmująca też Rosję cywilizacja
      chrześcijańska decyduje o nowym światowym ładzie, lecz Chiny, które rozegrały
      szczyt klimatyczny, jak chciały, i za zamkniętymi drzwiami na przekór Ameryce i
      Unii osiągnęły dokładnie to, co zamierzyły. Zmienia się też kierunek wektorów
      wewnątrz samego Zachodu. Pierwszy raz od przeszło pół wieku Ameryka naśladuje
      "starą" Europę, wprowadzając powszechną opiekę zdrowotną. Pierwszy raz od dekad
      to nie lewica naśladuje prawicę (czego kwintesencją była trzecia droga Blaire'a
      i Schrödera). Teraz prawica kupuje pomysły lewicy, przyjmując język ekologów,
      domagając się silniejszych regulacji, lansując globalne podatki (m.in. podatek
      Tobina od międzynarodowych przepływów finansowych), promując misję państwa.

      Co dwa lata temu zdawało się przyszłością, teraz zdaje się przeszłością; co
      zdawało się być nowoczesne, okazuje się anachroniczne. Dzieje się to szybciej
      niż kiedykolwiek. Światowe media, politycy, liderzy biznesu mówią nowym
      językiem. Świat w dużym stopniu myśli i działa inaczej.

      Myślę, że nowy język jest trochę mądrzejszy, myślenie trafniejsze, działanie
      sensowniejsze. Ale nie wiem, czy się z tego cieszyć. Bo dla Polski to nie musi
      być dobre. Nie dlatego że mamy szczególne interesy, choć je (jak każdy kraj)
      mamy. Dlatego że od sześciu lat mamy przed oczami niemal wyłącznie kolejne wybory.

      Polskie wybory zawsze oznaczają ogólne odmóżdżenie. Ale tym razem bardziej. I
      dużo dłużej. Dlatego nie doceniamy zmian zachodzących wokół. To nie są nasze
      zmiany. My ich nie współtworzymy. Oni się zmieniają. My co najwyżej się
      dostosowujemy. Nawet nie bardzo staramy się ich zrozumieć. Świat robi wielki
      skok w XXI wiek. My mentalnie trwamy w dwudziestowiecznych kontuszach.
      Przespaliśmy sporą część tej zmiany. Grozi nam, że - zatopieni w
      partyjno-wyborczych swarach - resztę też prześpimy. Jak reformację, oświecenie,
      pierwszą ponowoczesność.

      Kilka epokowych zwrotów, które Polska w przeszłości z różnych przyczyn
      przespała, zbudowało mentalną barierę między nami a jądrem Zachodu. Nie
      geopolityka, ale historyczne drzemki skazały nas na peryferyjność, wieczne
      imitacje, nieustanne doganianie innych. We krwi mamy polski konserwatyzm, więc
      trwanie wychodzi nam lepiej niż zmienianie. Zwłaszcza trwanie przy poglądach,
      rolach i idolach. To Polsce ciąży od wieków i różni nas od Zachodu. Kiedy Zachód
      dreptał sobie w miejscu, my się do niego stopniowo zbliżaliśmy. Kiedy zrywa się
      do kolejnego skoku, my znów zostajemy z tyłu. Pocieszamy się, że chwilowo mamy
      trochę większy wzrost albo wolniej rosnący dług. Nie zauważamy, że mentalnie od
      metropolii znów dzieli nas coraz większy dystans. Znów stajemy się coraz głębszą
      prowincją, za co zawsze po jakimś czasie musieliśmy słono płacić.

      Następny rok zdecyduje, czy jeszcze raz ten polski błąd powtórzymy. Więc gdybym
      miał państwu oraz sobie czegoś na nowy rok życzyć, życzyłbym głównie mniej
      upartego trwania na zajmowanych od dawna pozycjach, mniej zaabsorbowania walką
      Donalda z Kaczorem, a więcej uwagi, odwagi i determinacji w poszukiwaniu z
      innymi nowej wspólnej drogi.

      PS W wigilijnej "Gazecie" Aleksandra Klich ogłosiła polemikę z moim poprzednim
      komentarzem poświęconym kultowi Leszka Balcerowicza. Objętość tego komentarza
      nie pozwala bym na nią poważnie odpowiedział. Zrobię to niebawem w osobnym tekście.

      Jacek Żakowski, Tygodnik "Polityka"

      wyborcza.pl/1,75968,7400186,Polski_blad.html
      • uffo Pozegnanie straconego czasu? 28.12.09, 17:53
        Tez jestem umiarkowanym optymista, niemniej w Chiny nie wierze.
        Pomimo tego iz przejmuja paleczke, Chiny maja totalna pogarde dla
        jednostki. Masowa produkcja, masowe naduzycia, genetycznie
        modyfikowana zywnosc, rakotworcze scianki, rakotworcze zabawki, nie
        przestrzeganie praw obywatelskich, naduzywanie natury. Duzo, duzo,
        problemow wewnetrznych ktore wysypuja sie na zewnatrz w postaci
        zanizonej jakosci tej masowki jaka zalewaja swiat. Byc moze zwiazek
        Chin ze Stanami wzajemnie obie bestie przewartosciuje. Nie wiem Daj
        Boze. Co do podazania Ameryki za stara Europa, to raczej nieudolne
        pozory. Tak jak z Deklaracja Niepodleglosci ktora zostala
        zatwierdzona bez obalenia Niewolnictwa, tak z tym powszechnym
        ubezpieczeniem, jak slysze, bogatych czyni zdrowszymi i bogatszymi,
        a biednych i chorych jeszcze bardziej chorymi i biednymi.
      • grzespelc Jeszcze lepszy artykuł 28.12.09, 18:00
        > Dla nas był to przede wszystkim rok światowego kryzysu gospodarczego, który
        > polska gospodarka na razie przejechała półdarmo.

        I wszyscy się z tego strasznie cieszą, jakby było z czego... A w Kopenhadze
        prawicowy rząd dał dupy wielkiemu biznesowi. I tak zamiast być zdrowi i
        nowocześni, będziemy dalej tacy sami. Zresztą wielki biznes w ten sposób zjada
        własny ogon.

        > Dlatego że od sześciu lat mamy przed oczami niemal wyłącznie kolejne wybory.

        Niestety, taka nasza prawica, że interesują ją tylko stołki.
        • maria421 Re: Jeszcze lepszy artykuł 28.12.09, 19:40
          grzespelc napisał:

          > Niestety, taka nasza prawica, że interesują ją tylko stołki.

          Lewice, jak wiadomo, stolki, posady i uklady nie interesuja:)
          • grzespelc Re: Jeszcze lepszy artykuł 28.12.09, 20:53
            Lewica przynajmniej coś niecoś rozumie.
            • maria421 Re: Jeszcze lepszy artykuł 28.12.09, 23:09
              grzespelc napisał:

              > Lewica przynajmniej coś niecoś rozumie.

              Cos niecos. Bardzo niewiele :)
              • diabollo Re: Jeszcze lepszy artykuł 30.12.09, 21:28
                maria421 napisała:

                > grzespelc napisał:
                >
                > > Lewica przynajmniej coś niecoś rozumie.
                >
                > Cos niecos. Bardzo niewiele :)

                Tu nawet nie chodzi o "prawicę" czy "lewicę".
                Chodzi o pewną otwartość umysłową na zmieniającą się rzeczywistość i wyzwania
                które stoją przed poszczególnymi krajami czy globalnie przed światem, no i
                chodzi o to, żeby nie popadać w żaden dogmatyzm.

                Kłaniam się nisko.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka