grgkh
16.07.14, 14:29
W Polsce toczą się nieustannie, przyczyną jest zwyczajne dążenie do władzy organizacji religijnej. Sieje ona pewne idee w umysłach "swoich". Reszta dzieje się "sama". Możemy to obserwować w parlamencie, wśród ludzi władzy w terenie, podczas spontanicznych lub nakręcanych przez kler akcji dotyczących spraw światopoglądowych. Bo racja jest tylko jedna i "trzeba o nią walczyć", jak uważają wierzący. Jak oni walczą, to jest niesienie pozytywnego światełka ewangelizacji a jak się pojawi opór wobec tzw. kaganków (prawidłowo byłoby kagańców), to jest to bezprecedensowy atak na boga a w drugiej kolejności wolność wyznania lub "niczemu niewinną" organizację religijną.
Oszołomienie wiarą w wiarę i natężenie akcji religijnych ostatnio bardzo mocno wzrosło. Powinno nas to jednak niepokoić. Co prawda, nie ma religii konkurencyjnej, z którą polski katolicyzm musiałby wchodzić w szranki o prawo zarządzania duszami ale pretekst do mobilizacji, by wcisnąć następną porcję religijnego zakłamania każdy jest dobry. I sięga się po wszystko, co dotyka - jak religia uważa - spraw ją obchodzących i będących w jej gestii. W sumie to całe życie nasze codzienne. Niemal jak w islamie.
Nie tak znów dawno temu ustały regularne, krwawe boje pomiędzy chrześcijanami A i chrześcijanami B w Ulsterze. Bogowie "obu stron" (w praktyce to ten sam bożek wymyślony) oczywiście "popierali swoich" i utwierdzali ich w przekonaniu o słuszności obranej drogi miłości bliźniego swego. A miłość to tej samej klasy, którą okazują nędznej reszcie Polaków Polacy prawdziwi katolicy.
A teraz zacytuję mały kawałek większego tekstu o Polakach w tej średnio egzotycznej krainie. Nazywa się "Zaraz spalimy wam mieszkanie"... Reszta pod linkiem, nie wiem na ile dostępna dla wszystkich, bo ja sobie jednak wykupiłem prenumeratę i widzę wszystko. Ale początek bezczelnie skopiuję. Oto on:
W nasze okna poleciały kamienie. Spytałam dziesięcioletnich dresiarzy, czy mają z nami jakiś problem. Dzieci wyraziły wątpliwość, czy jesteśmy katolikami
Witamy w Belfaście, kiedy przestanie wiać, zrobimy herbatę. Obecność prądu w niektórych mieszkaniach skorelowana jest z siłą wiatru, przyzwyczajamy się.
Kiedy wprowadzaliśmy się na naszą ulicę, urzędnicy w Belfast City Council poradzili, żebyśmy się zgłosili do nieoficjalnego opiekuna naszej dzielnicy, która nazywa się The Markets, imieniem Gerard. Bez jego zgody nie będzie życia, wyjaśnili, ciesząc się, że rozumiemy więcej, niż mogą powiedzieć. I nie chodziło o dostawy prądu.
Policja tu nie przyjeżdża
Jeśli się rozejrzysz, zobaczysz miłe szeregowe domki z czerwonej cegły. Na chodnikach od rana do wieczora panie z wózkami. W dresach i z papierosem wiszącym w kąciku ust, ale jednak wietrzą swoje dzieci. Ale za tymi niewysokimi płotkami mieszkała latami wierchuszka Irlandzkiej Armii Republikańskiej. I nadal mieszka, choć teraz to oficjalnie dysydenci. Do Markets raczej nie przyjeżdża policja. Nie ma włamań ani rozbojów. Niepokoje łagodzone są, że tak powiem, siłami własnymi.
W City Council powiedzieli mi, że ten opiekun to były żołnierz Irlandzkiej Armii Republikańskiej, były więzień, zrzeszony w organizacji wspierającej byłych więźniów, która równolegle jest niestety organizacją paramilitarną. Nie mówi się o tym głośno.
Kiedy oficjalnie skończyły się The Troubles, wielu wypuszczonych z więzień katolików i protestantów zaczęło się mocno staczać. Ćpali i kradli. Nie wszyscy, ale w Irlandii Północnej namnożyły się organizacje, które miały tłumaczyć dzieciom i dorosłym, że rasizm jest krótkowzroczny oraz że protestanci i katolicy muszą razem żyć w Ulsterze. Wielka Brytania wpompowała w tę ideę miliony.
To wspólne życie średnio wychodzi. Gazety podały wyniki badań, że najwięcej samobójstw w całej Europie popełniają katolicy z zachodniego Belfastu. Protestanci ze wschodniego są nieco silniejsi. W Irlandii Północnej każdy kogoś stracił, każdy ma jakąś traumę, temu ojciec zginął w zamieszkach albo siedział, a żona zmarła, nie wychował syna, czuje, że w zależności od poglądów Irlandia lub Wielka Brytania jest stracona lub co najmniej zagrożona. Więc się wiesza, mimo tych setek organizacji, które oferują terapię. Jeden samobójca pociąga za sobą następnego.
Znaliśmy tu, w mieście, byłego więźnia, katolika, republikanina. Twardziel, nie mógł się przyznać, że ma depresję i stany samobójcze, wstydził się o tym rozmawiać. Więc jeździł na Shankill Road, która jest najbardziej protestancką ulicą w Belfaście. Ten człowiek chodził od pubu do pubu, ponieważ spodziewał się, że któryś z wrogów w końcu go na Shankill zabije. Uratował go jeden z paramilitarnych protestanckich lojalistów. Wziął go za kołnierz, wywiózł do republikańskiej dzielnicy, wyrzucił z auta i kazał nie wracać.
Niektórym się udaje. Nasz kolega protestant, Alistair, miał 17 lat, kiedy na rozkaz oddziału zabił katolika, potem poszedł do więzienia za kradzież, tam zaczął się uczyć i został terapeutą. Dziś opowiada w szkołach o konflikcie, pokazuje dzieciakom, jak nie poddać się naciskowi kolegów. Ma w sobie ciemność, gryzie go sumienie, nie może się pokazać na rodzinnej Shankill Road. Kumpluje się z Gerrym, katolikiem; ten z kolei podkładał bomby, od których ginęli protestanci. Ich stopień zażyłości jest ogromny. Współpracują, kiedy przekonują młodszych o konieczności utrzymania kruchego pokoju, ale żartują, że gdyby spotkali się 15 lat temu, jeden z nich musiałby zginąć. Alistair napisał książkę Give a Boy a Gun, polecam.
(...)
Wojny religijne, przekleństwo tego świata ze względu na sposób, w jaki religia manipuluje ludźmi, jak ich zamienia w zombi a potem wraki. Wojna religijna to wojna pod wpływem religii, pod wpływem zasiewanych przez nie idei, pod wpływem nienawiści, której religie są przyczyną.
Nasza bezczynność wobec tego, co dzieje się wokół nas, kiedyś obróci się przeciwko nam. Nie wolno milczeć.