kaczy.i.indyczy
27.07.09, 20:51
www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TS/rozwaz_wiara_01.html#4
"Wola Boża a nasza wola
O tym, czy nasza wiara pogłębi się kiedyś aż do całkowitego przylgnięcia do
Chrystusa, będzie decydowało nasze pragnienie pełnienia we wszystkim Jego woli
i związana z tym zgoda na krzyżowanie naszej woli własnej. Przylgnąć do
Chrystusa to poddać własną wolę Jego woli. Życie wewnętrzne dokonuje się w
ciągłym napięciu między wolą Boga i wolą człowieka. Napięcie to wypływa z
faktu, że my ciągle obracamy się wokół własnej woli, wokół tego, co nam jest
wygodne, podczas gdy wiadomo, że zakres naszych planów i pragnień, zakres
tego, czego my chcemy, nie pokrywa się z tym, czego chce Bóg. Człowiek broni
się przed przekreślaniem własnych pragnień. Broni się bądź świadomie,
odmawiając Bogu podporządkowania się Jego woli, bądź jest to proces
nieświadomy, który często przybiera formę obronnego mechanizmu racjonalizacji.
Mechanizm ten ukazuje, jak wiele jest w naszych pragnieniach i działaniu
szukania samego siebie.
Na czym polega ten mechanizm obronny racjonalizacji? - Polega on na
nieświadomym przypisywaniu własnemu działaniu motywów przez nas akceptowanych
przy jednoczesnym odrzucaniu nie akceptowanych przez nas motywów faktycznych.
Mówiąc językiem potocznym powiedzielibyśmy, że do tego, co robimy, by
zrealizować własne pragnienia i zamiary, dorabiamy pewną
samousprawiedliwiającą teorię, która nas uspokaja. Klasycznym przykładem
ilustrującym taki system obronny jest sytuacja, kiedy matka broni swojego syna
wobec synowej. W przypadku zaistnienia mechanizmu obronnego racjonalizacji
matka będzie pełna przekonania, że kieruje się wyłącznie miłością, że ma do
tego prawo, ponieważ jest jego matką i chce jego dobra. Występująca wtedy
zwykle zaborczość miłości do syna pozostaje ukryta pod nieświadomym
mechanizmem obronnym i dorobioną, usprawiedliwiającą taką postawę, subiektywną
teorią. Przekonanie tak zachowującej się matki, że kocha ona samą siebie w
swoim synu, że rozbija małżeństwo, że powinna usunąć się, a nawet stanąć
raczej po stronie synowej niż syna, jest wówczas prawie niemożliwe.
Mechanizm obronny racjonalizacji jest tak silną i trudną do rozbrojenia
"twierdzą" przede wszystkim dlatego, że jest nieświadomy. Jakże często każdy z
nas dorabia sobie jakąś teorię usprawiedliwiającą niewłaściwe postępowanie.
Mówimy - przecież muszę odpocząć, nie mogę się tym zająć, przecież mam prawo
do tego, przecież skrzywdzono mnie, muszę się bronić itd. Możesz nawet bardzo
oddawać się rzekomej miłości, apostolstwu, szlachetnym zainteresowaniom, a u
źródeł tego wszystkiego może leżeć ukryty i nieświadomy egoizm.
To egoizm sprawia, że nasze życie wewnętrzne toczy się w ramach nieustannego
napięcia między naszą wolą i wolą Boga. Jeżeli życie wiarą oznacza
przylgnięcie do Chrystusa i Jego woli, to w tym kontekście należy podkreślić,
że szukanie własnej woli jest czymś najgorszym. Jest ono źródłem zła i
grzechu, źródłem naszego nieszczęścia i zniewolenia. Przylgnięcie do Chrystusa
i Jego woli oznacza, że wtedy, gdy Jego wola jest niezgodna z naszą, my
godzimy się, by On zburzył nasze plany, by je pokrzyżował. Wydarzenia z życia
świętych bardzo często ukazują nam takie Boże krzyżowanie ludzkich planów, aby
wola człowieka mogła jednoczyć się z wolą Pana.
Oto św. Teresa z Avila jedzie do Sewilli, gdzie ma założyć nową fundację
zakonną. Są to trudne czasy reformy. Teresa zakłada wtedy nową, reformowaną
gałąź karmelitanek. Założenie fundacji w nowej miejscowości wymaga, by
pojechała tam jako przełożona z grupą sióstr. Siostry jechały zwykle szczelnie
krytym wozem, bo karmelitanki reformowane, tzw. bose, są zakonnicami
klauzurowymi i nie mogą pokazywać się publicznie. Ukryte w opatulonym wozie
czuły się bezpieczne i miały nadzieję, że dojadą na miejsce tak, by ich nikt
nie widział, bo nie chciały być przedmiotem sensacji czy widowiska.
Był dzień Zesłania Ducha Świętego. Siostry wyjechały bardzo wcześnie rano.
Teresa upatrzyła sobie kościół na dalekim przedmieściu Kordoby, gdzie
postanowiły się zatrzymać. Tam ks. Julian z Avila miał odprawić dla nich Mszę
św., tak by nie były widziane, a później siostry zamierzały jechać dalej.
Wkrótce okazało się, że aby dojechać do tego wybranego kościoła, trzeba
przejechać przez most. Most jednak o tak wczesnej porze był zamknięty, a
pilnujący wejścia strażnicy oznajmili, że o klucz trzeba prosić burmistrza.
Okazało się jednak, że burmistrz jeszcze śpi i że nie życzy sobie, by w takich
sytuacjach go budzić. Trzeba więc czekać. Tymczasem wschodzi słońce i zaczyna
się upał. Wokół wozu gromadzą się ludzie. Niektórzy, bardziej żądni sensacji,
usiłują nawet zajrzeć do środka wozu. Wreszcie, po dwóch godzinach czekania,
przyniesiono klucz i otworzono bramę. Wóz ruszył, ale okazało się, że nie mogą
przejechać przez most, gdyż wóz jest za szeroki.
Zaczęły mijać następne godziny. - A św. Teresa tak pragnęła być w tę
uroczystość Zesłania Ducha Świętego wcześnie na Mszy św. i tak bardzo zależało
jej na tym, by siostry przejechały przez nikogo nie zauważone. Kiedy wreszcie
sterczące części odpiłowano i siostry dojechały do kościoła za miastem,
spotkało je znów coś nieoczekiwanego. Oto okazało się, że w tym właśnie
kościele uroczystość Zesłania Ducha Świętego jest świętem patronalnym, i jak
to zwykle bywa w takim dniu, w kościele i przed kościołem jest pełno ludzi.
Tego już było za dużo. Św. Teresa stwierdza, że była gotowa nawet nie być na
Mszy św. Pozostałe siostry też chciały już z niej zrezygnować. Potem dopiero
Teresa przyzna, że popełniłaby wielką winę. Na szczęście ks. Julian nakazał
siostrom, by mimo tłumu poszły na Mszę św. Wyszły więc ze swego bezpiecznego
ukrycia i zaczęły przechodzić przez zatłoczony kościół. Św. Teresa, która
zwykle barwnie opowiadała, powie później, że kiedy ludzie zobaczyli je -
okryte zasłonami, w białych samodziałowych strojach - zareagowali tak, jak
uczestnicy igrzysk reagują na ukazanie się byka na arenie. Teresa wyzna, że
była to w jej życiu jedna z najcięższych przykrości. Tą jedną z najcięższych
przykrości obdarzył ją Duch Święty w swoją uroczystość.
Nie był to jeszcze koniec trudności. Po Mszy św. siostry musiały znów przejść
pośród krzyczącego i szarpiącego je tłumu, a po wyjściu okazało się, że z
powodu wielkiego upału nie można było jechać dalej. Konie nie chciały ciągnąć
wozu. W wozie zaś było tak gorąco i duszno, że resztę dnia siostry spędziły
pod mostem (Księga fundacji, rozdz. 24, 12-14). Z ich planów nic nie wyszło.
Duch Święty może zstąpić na człowieka z taką łaską, która zburzy wszystkie
jego plany. To są Jego wielkie łaski ogołocenia. W takim potraktowaniu Teresy
w dniu Zesłania Ducha Świętego była przecież Jego wielka miłość do niej. Ona
tak sobie wszystko doskonale ułożyła i zaplanowała, a On te jej plany
doskonale pokrzyżował, bo były niezgodne z Jego wolą. W tym wszystkim ważne
jest jednak to, że dokonała się rzecz istotna - Duch Święty "zstąpił" na
Teresę i pozostałe siostry, bo one przyjęły Jego działanie: poddając się woli
Bożej bardziej przylgnęły do Chrystusa. Duch Święty, ten wielki Budowniczy
naszej wiary, ogołocił je i uczynił bardziej ubogimi, aby zdolne były przyjąć
moc Tego, który w liturgii Kościoła zwany jest "Ojcem ubogich". "